21:00 15 Sierpień 2018
Na żywo
    Daniel Passent, dziennikarz i dyplomata

    Daniel Passent: "Oni się śpieszą, a my się nie dajemy". Część 2.

    © Zdjęcie : Krzysztof Żuczkowski
    Opinie
    Krótki link
    Robert Walenciak
    8137

    "Dzisiejsze dziennikarstwo albo władzę sprawuje, albo o nią walczy. Dziennikarstwo w służbie polityki nadal istnieje. To widać na każdym kroku", - uważa Daniel Passent, znany polski publicysta i dyplomata.

    —  A jaki los spotkał pana?

    — Byłem zwolennikiem kontynuowania „Polityki". Niewykluczone, że odgrywał w tym rolę pewien konformizm i obrona swojej pozycji. Byłem znanym dziennikarzem, pracowałem w bardzo dobrym piśmie i nie uważałem, że to wszystko należy przekreślić, zniszczyć.

    Dzisiaj trudno jest mi powiedzieć, ile było w tym osobistego wygodnictwa, a ile przekonania, że postępuję słusznie. W każdym razie ocaliliśmy „Politykę".

    —  Przewija się w naszej rozmowie stały motyw — czuje pan odpowiedzialność za „Politykę".

    — Ponieważ odgrywałem jakąś rolę w „Polityce", nieraz brałem na siebie napisanie czegoś niepopularnego po to, żeby pismu nie spadł włos z głowy.

    Pamiętam, że jedno czy drugie niemądre zdanie napisałem z wyrzutami sumienia. W poczuciu, że robię coś niesłusznego, ale że dzięki temu „Polityka" nadal będzie się ukazywać.

    Dzisiaj na pewno nie napisałbym tego. Ale w tamtych okolicznościach wyrzuty sumienia tłumiłem tym, że ciągle mamy pismo, które szanują czytelnicy i że jest to wartość.

    —  Czuł pan ich sympatię?

    — Do dzisiaj spotykam ludzi na ulicy, na mieście, którzy bardzo dobrze wspominają dawną „Politykę", nawiązując jeszcze do tej wielkiej płachty, wielkiego formatu.

    Ludzie o nastawieniu antykomunistycznym czy z kręgów IPN pewnie będą mieli inne zdanie. Nie tylko z powodów historycznych, ale i z powodów bieżących, bo „Polityka" nie poparła „dobrej zmiany".

    Trudno! Jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził.

    —  W dziennikarstwie najgorzej być letnim. Słusznym, ale nudnym.

    — Są tacy, którzy może nie mają takiego temperamentu, nie mają pióra… Ale tacy w naszym zawodzie też są potrzebni, bo wypełniają 90% pisma.

    —  A pan jest zadziora!

    — Owszem, byłem trochę zadziorny i złośliwy. I Rakowski, z którym się przyjaźniłem, nieraz na korytarzu redakcyjnym pytał mnie: „No, Passent, kogo dzisiaj opluwasz?". On to mówił z ironią. Bo szczypałem w felietonach.

    Byłem ambitny zawodowo, podejmowałem się różnych rzeczy — że pojadę do Wietnamu, kiedy bombardowano Wietnam Północny. Że zrobimy w Marianem Turskim pierwszą w polskiej prasie rozmowę z dziećmi. Że gdzieś pojadę za jedną dietę, byle coś zobaczyć. Miałem żyłkę dziennikarską.

    —  Fajne życie.

    — Miałem też przygody z cenzurą. Chociaż nie byłem antykomunistą.

    Był cenzor, Tomasz Strzyżewski, który wywiózł materiały cenzury do Szwecji i je opublikował. To się nazywa „Czarna księga cenzury PRL". Są tam setki przykładów, analizy postępowania cenzury w różnych sprawach.

    I na końcu, jako suplement, są zamieszczone w całości dwa teksty, które uchodziły za wzorowo skonfiskowane.

    To były teksty Wróblewskiego i mój.

    —  Ale do opozycji pan nie zawędrował.

    Adam Michnik i Lech Wałęsa. Warszawa
    © Sputnik . Leonid Swiridow
    Polska. Warszawa. Kancelaria Premiera RP w barwach narodowych
    © Zdjęcie : Kancelaria Premiera RP
    — Do pewnego czasu żyliśmy w złudzeniu, że ten system będzie wieczny. Że należy go ulepszać, naprawiać, reformować.

    Potem, każdy w innym wieku i w innym okresie, również zależnie od tego, w jakim żył środowisku, dochodził do wniosku, że jednak system nie nadaje się do niczego, nie jest w stanie wyprodukować zwyczajnej butelki z kapslem czy guzików…

    — Albo sznurka do snopowiązałki…

    — Różne wnioski ludzie z tego wyciągali. Niektórzy zaczęli się zbliżać do opozycji, do Towarzystwa Kursów Naukowych. Inni uważali, że to jest porywanie się z motyką na słońce, że ten system będzie wieczny.

    Nie wieczny w sensie tysiąca lat, ale że nas na pewno przeżyje.

    Nie wierzyłem, że dożyję czasów, kiedy nie będzie cenzury, nie będzie biura prasy, nie będzie wydziału propagandy.

    —  I Związku Radzieckiego.

    — Moje wyobrażenia w ogóle nie sięgały tak daleko. Tego, że może nastąpić zjednoczenie Niemiec, że Rosjanie się wycofają, w ogóle nie brałem pod uwagę.

    —  Z jednej strony można uznać pana za konformistę. Bo stan wojenny, przekonanie, że w Polsce nic się nie zmieni… A z drugiej — ta ochota do wkładania kija w mrowisko. Ile jest u pana konformizmu, a ile niepokory?

    — Wydaje mi się, że istnieją różne stopnie konformizmu.

    Jeden jest po prostu taki — nie wychylać się. I robić swoje. Wstąpić do partii, odmówić podpisania jakiegoś protestu, nie pójść na pogrzeb znajomego opozycjonisty, żeby nie podpaść.

    —  To pan!

    — Moje ustępstwo, nasze ustępstwa, polegały na tym, że nie podpisaliśmy żadnego protestu przeciwko zmianie konstytucji. Czy, jak Sławomir Mrożek, przeciwko wkroczeniu wojsk do Czechosłowacji. To był taki konformizm trochę tchórzliwy, bierny. Ale był też konformizm czynny. To znaczy, że pisało się paszkwil na Słonimskiego, na Konwickiego, potem na Wałęsę czy coś takiego… To było świństwo wyższego stopnia. Trudne do usprawiedliwienia.

    I dzisiaj mamy też takich dziennikarzy, którzy przecież łżą w żywe oczy.

    Dzisiaj być może łatwiej im to przychodzi, bo za ich kłamstwami nie idą zaraz decyzje administracyjne.

    A pamiętam czasy Marca, kiedy jednego dnia ukazywał się w „Trybunie Ludu" jakiś artykuł, w którym było wymienione jakieś nazwisko, a drugiego dnia ten człowiek zostawał wyrzucony z posady.

    —  Tak jak dzisiaj…

    — Dzisiaj też pan czyta o niektórych ludziach, że mają lepkie ręce, że byli aferzystami, że mieli dziadka w Wehrmachcie czy coś takiego, i ci ludzie potem zostają albo zatrzymani, albo wyrzuceni.

    Więc jak pan pyta, ile konformizmu, a ile nonkonformizmu, to powiem, że do takiego czynnego konformizmu to myśmy się nie posuwali.

    Choć żałuję, że pewne rzeczy napisałem, czy to o Wolnej Europie, czy o działaczu opozycji. Wiem, że nie powinienem był tego pisać. Zły duch we mnie siedział i czasami mi to podpowiadał.

    —  Dziennikarzowi trudno jest uniknąć złych tekstów. Przy tej ilości…

    — Może… Ale musi być także mądry, przyzwoity, dojrzały. Gdyby młodość wiedziała, a starość mogła! Pewnych rzeczy bym nie napisał. Ale zostałem felietonistą i spełniło się moje marzenie.

    Wtedy, kiedy startowałem, felietoniści odgrywali w czasopismach ważną rolę. Słonimski, Kisiel, potem byli Toeplitz, Urban, Hamilton czyli Słojewski, Andrzej Dobosz, Janusz Głowacki.

    Ludzie ich czytali, oni mieli bardzo dobry kontakt z czytelnikami, uchodzili za autorytety. Bardzo mi to imponowało, bardzo kusiło. Taką pozycję chciałem osiągnąć.

    —  I to się stało…

    — Można powiedzieć, że jestem spełnionym dziennikarzem.

    Polska publicystka Agnieszka Wołk-Łaniewska i komentator agencji Sputnik Leonid Swiridow. Moskwa
    © Sputnik . Aleksandr Nastruskin
    Sejm Rzeczpospolitej Polski
    © REUTERS / Agencja Gazeta/Slawomir Kaminski
    Donald Tusk i Jarosław Kaczyński
    © AFP 2018 / Janek Skarzynski
    —  Dziś dziennikarstwo jest łatwiejsze niż w czasach Polski Ludowej?

    — Trudno powiedzieć, czy jest łatwiejsze, czy trudniejsze, bo jest inne.

    Na przykład dziennikarstwa śledczego za moich czasów nie było. Nie było też dziennikarstwa sponsorowanego. W tamtych czasach dziennikarstwo było upartyjnione w inny sposób. A właściwie mniej upartyjnione niż dzisiaj.

    Dlatego że tamto dziennikarstwo zależało tylko od PZPR, ogólnie — od władzy. A dzisiejsze dziennikarstwo albo władzę sprawuje, albo o nią walczy. Temperatura wcale nie jest niższa.

    Dziennikarstwo w służbie polityki nadal istnieje. To widać na każdym kroku.

    Niech pan weźmie krytykę filmową. Wtedy przez partię atakowane były filmy Wajdy — „Człowiek z marmuru", „Popioły". Atakowane było kino moralnego niepokoju.

    A teraz atakowane są filmy „Pokłosie", „Ida", „Twarz" Szumowskiej… Czytam w prasie prawicowej bardzo krytyczne o nich uwagi, przecież nie tyle z artystycznego, ile politycznego punktu widzenia. Że mają wymowę antypolską.

    — Kościotrupy moczarowców wyskoczyły z szaf i klekoczą.

    — Także dziennikarstwo historyczne, z powodu polityki historycznej, jest zatrute. Sprawa „żołnierzy wyklętych", „polskich obozów koncentracyjnych"…

    Sprawa, która mnie bardzo osobiście przejmuje — stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny. Takie wybielanie, egocentryczny patriotyzm lansowany przez obóz władzy, to liczenie, ilu myśmy uratowali, wymyślanie Janowi Grabowskiemu za „łajdacką robotę".

    Zaangażowanie polityczne jest dziś nie mniejsze niż było! To jest błędne koło. Z jednej strony my, jako dziennikarze, chcemy być obywatelami, którzy o coś walczą. Ale z drugiej — bez przerwy toczyć wojnę?

    —  Całe życie toczy pan tę samą wojnę.

    — Ale wydaje mi się, że jak na człowieka, który toczy wojnę, jestem mało agresywny. Za bardzo skrępowany. Na przykład nigdy nie byłem człowiekiem wierzącym. A na temat roli i miejsca religii i Kościoła w Polsce może mógłbym to i owo napisać. Ale ja tej tematyki w ogóle nie ruszam. Trochę może ze względu na swoje pochodzenie. Przyjąłem, że to jest wewnętrzna sprawa katolików i nie pasuje, żebym ich pouczał.

    Pamiętam też, że jako felietonista unikałem pewnych tematów jako zbyt wielkich. Na przykład stosunków polsko-niemieckich. To jest tak ogromna dziedzina i w redakcji „Polityki" jest tak wspaniały autor jak Adam Krzemiński, że w ogóle na to poletko nie wchodziłem… Ale tematów nie brak, oby tylko starczyło sił.

    —  To łagodne określenie — nie brak… Życie publiczne buzuje!

    — Buzuje, ponieważ oni nie chcą nas zostawić w spokoju. Wyprawiają niestworzone rzeczy, robią, co chcą, trybunały, nie trybunały, sądy nie sądy, fundacje nie fundacje.

    Czego pan dotknie, wszędzie wpychają swoje łapy. I w dodatku się śpieszą. Wiedzą, że nie będą przy władzy wiecznie, i chcą jak najwięcej zmienić w jak najkrótszym czasie.

    Kłamią w żywe oczy! Kłamią w sprawie tego, jak wyglądała historia Polski w czasie okupacji, jak wyglądała po okupacji. I w PRL. Kłamią w sprawie stanu Polski w ruinie.

    Obiecują jakieś niestworzone rzeczy w rodzaju lotniska położonego 100 km od Warszawy, które ma przejąć cały ruch między Chinami, Polską, Ameryką. Odebrać pasażerów z Berlina, z Wiednia, z Frankfurtu, być wielkim hubem.

    Jarosław Kaczyński
    © AFP 2018 / WOJTEK RADWANSKI
    —  Gierek miał w sobie mniej megalomanii.

    — Proszę pana, jeżeli premier Morawiecki mówi, że są 35-letnie zaniedbania w dziedzinie nauk historycznych, podczas kiedy ukazywały się dziesiątki, setki różnych świetnych książek, to coś w panu się burzy. Ciągają Tuska po sądach i prokuraturach. Po co? Robią takie rzeczy, że nasuwa się jeden wniosek — chcą opozycję wsadzić. Nie mówi tego Kaczyński czy Ziobro. Ale już ich prasa tak pisze. Zdaje mi się więc, że dzisiaj wrze, ponieważ ten rząd się nie zatrzymuje.

    Wydali 100 czy 200 mln dol. na Polską Fundację Narodową, na obronę dobrego imienia. To już my, jako dziennikarze, wiemy, od czego zależy dobre imię kraju. Jeżeli się przegrywa 1:27 albo jeżeli się wymienia żydowskich sprawców jednym tchem z polskimi, niemieckimi, rosyjskimi itd., nie pomogą żadne miliony dolarów na obronę dobrego imienia. Bo to idzie w świat, to jest zapamiętane, to jest powtarzane. Ludzie się przeciwko temu buntują.

    —  Władza czuje się wtedy obrażona.

    — Im bardziej my się sprzeciwiamy, tym bardziej oni próbują nas zwalczyć. Wziąć, nawet i głodem.

    Jeżeli minister  sprawiedliwości zakazuje prenumeraty takich gazet jak „Polityka" w sądach, plus oczywiście państwo przenosi wszystkie swoje ogłoszenia do swoich mediów, to znaczy, że nie wstrzymają się przed żadnymi krokami. Wrze, bo oni ciągle dolewają benzyny do ognia.

    Co jest pocieszające, że czasami się cofają, jak dostaną mocny cios. Tak było w sprawie degradacji, w sprawie aborcji, w sprawach podatkowych… Oni się śpieszą, a my się nie dajemy.

    Robert Walenciak, polski publicysta

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Tekst jest publikowany za zgodą Redakcji tygodnika opinii Przegląd. Oryginał pierwotnie ukazał się w Przeglądzie.

    Zobacz również:

    Państwo ciągle teoretyczne
    Między Macierewiczem i Łubianką
    ABW strzela w tył głowy. Bez sądu i śledztwa
    Jak Urban z Piskorskim w jednej windzie jechali. W sadzie! (wideo)
    Żuliki z Platformy Obywatelskiej
    Polska zakazała dziennikarzowi Leonidowi Swiridowowi wjazdu do Schengen do 2020 roku
    Agnieszka Wołk-Łaniewska: Symetryzm mać wolności
    Duda i jego oportunizm
    Mierni i podli
    Sprzątanie po POPiS-ie
    Tagi:
    Żołnierze Wyklęci, "Solidarność", komunizm, polityka, etyka dziennikarska, dziennikarz, TVP, Prawo i Sprawiedliwość, sąd, PZPR, Wolna Europa, Trybuna Ludu, Rząd RP, "Polityka", Donald Tusk, Zbigniew Ziobro, Jarosław Kaczyński, Daniel Passent, Niemcy, Rosja, ZSRR, Wietnam, PRL, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz