11:31 17 Październik 2018
Na żywo
    Greek Finance Minister Yianis Varoufakis arrives to present his ministry's new secretaries at a press conference in Athens on March 4, 2015.

    Varoufakis tonie w Wiśle

    © AFP 2018 / Louisa Gouliamaki
    Opinie
    Krótki link
    Agnieszka Wołk-Łaniewska
    4336

    W Polsce nie bardzo jest alternatywa: SLD, nawet pozaparlamentarny i upokorzony, pozostaje wcieleniem tego establishmentu, z którym Varoufakis chce walczyć; Ruch Sprawiedliwości Społecznej Ikonowicza, przy całej swojej szlachetności i autentyczności, ma siłę organizacyjną jeszcze mniejszą niż Razem.

    DiEM25 — Democracy in Europe Movement 2025, Ruch Demokracji w Europie 2025 — to paneuropejska sieć lewicowych ugrupowań założona w 2015 roku przez byłego ministra finansów Grecji, Yanisa Varoufakisa, z zamiarem zdemokratyzowania Unii Europejskiej do 2025 roku. Idea jest taka, że jeżeli Unia nie zmieni się dogłębnie w ciągu dekady, to będzie już dla niej za późno.

    Varoufakis był pierwszym ministrem finansów lewicowego rządu Syrizy i widział na własne oczy, w jaki sposób brukselski establishment traktuje demokrację w krajach członkowskich, jeśli wyroki tej demokracji  nie są po jego myśli.

    W tym miejscu warto odnotować, iż nie czyni go to naturalnym sprzymierzeńcem PiS — wręcz przeciwnie, jak zauważa Varoufakis, neoliberałowie i nacjonaliści w Europie to „awers i rewers tej samej toksycznej monety".

    Neoliberalna polityka nierówności, brutalne cięcia kosztem ubogich, wprowadzane przez neoliberalne rządy, budują wkurwienie, na którym opiera się wzrost popularności nacjonalistów, proponujących proste recepty w rodzaju „bij ciapatego"; z kolei groźba nadejścia nacjonalistycznych populistów, „powrotu faszyzmu" jest uniwersalnym straszakiem, którym liberałowie przekonują wyborców, że są jednak mniejszym złem. W rezultacie te dwie formacje żyją w toksycznej symbiozie, śmiertelnie niebezpiecznej dla demokracji. Oczywistość tej diagnozy, w Polsce uosabiana przez duopol POPiSu, nie wymaga dowodu — to, czego brakuje, to realna recepta.

    Otwartym pozostaje pytanie, czy recepta Varoufakisa jest realna — zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż jego partnerem w Polsce jest Partia Razem, która zorganizowała w moim ulubiony kinie Wisła na Żoliborzu, 7 minut spacerem od domu prezesa, iwent pod przydługim tytułem „Europejska Wiosna — Razem dla Solidarnej Europy!".

    G8 protest
    © AFP 2018 / Joe Klamar
    Adam Michnik i Lech Wałęsa. Warszawa
    © Sputnik . Leonid Swiridow
    Prawda, w Polsce nie bardzo jest alternatywa: SLD, nawet pozaparlamentarny i upokorzony, pozostaje wcieleniem tego establishmentu, z którym Varoufakis chce walczyć; Ruch Sprawiedliwości Społecznej Ikonowicza, przy całej swojej szlachetności i autentyczności, ma siłę organizacyjną jeszcze mniejszą niż Razem. Z drugiej wszakże strony — wydarzenie w „Wiśle" nie napawa optymizmem.

    To, co da się o nim dobrego powiedzieć — i od tego zacznę, bo to idea, o której warto powiedzieć coś dobrego — to fakt, że sala była pełna, a nawet przepełniona, i część widzów  siedziała na podłodze. Co prawda efekt ten osiągnięto, odcinając jedną trzecią 500-osobowej widowni czarną zasłoną, ale przecież zwycięzców się nie sądzi. Drugim atutem spotkania był oczywiście sam Yanis Varoufakis — charyzmatyczny, inteligentny, diabelnie przystojny lider ruchu DiEM25, który według programu miał się pojawić na początku spotkania, ale niczym królik z kapelusza wyskoczył  jako ostatni mówca, kiedy większość sali (a ja na pewno) straciła już nadzieję.

    Wyznam, że początek wystąpienia Varoufakisa — obliczony na zbudowanie więzi z polską widownią — zabrzmiał mi dość ponuro. Zaczął on bowiem od tego, że urodził się za czasów dyktatury i kiedy pierwszy raz był w Polsce, w 1984 roku, tu też była dyktatura — co zdaje się pewnym nadużyciem, są bowiem zasadnicze różnice między historyczną koniecznością, w jakiej działał generał Jaruzelski i wojskowym zamachem stanu dokonanym przez sponsorowaną przez CIA juntę czarnych pułkowników.

    Dalej Varoufakis postanowił najwyraźniej wzruszyć widownię wspomnieniem napisu na szarym polskim murze: „Żaden kraj nie jest wolny, dopóki choć jeden jest zniewolony" — co mogło brzmieć świetnie w Polsce w czasach po stanie wojennym, ale jest zdaniem głęboko nieprawdziwym.

    Akurat zniewolenie znacznej części świata przez komunizm, i lęk kapitalistów przed rozlewem tej zarazy, były przyczyną, dla której w pozostałej części świata tak wielkie postępy poczyniła walka o prawa pracownicze, które są — co do tego zgadza się lewica na całym świecie — kluczowym elementem wolności.

    Po tym nieszczególnie fortunnym wstępie było już tylko lepiej.

    Osobiście jestem cokolwiek uczulona na „reductio od Hitlerum" — ten model dyskusji, który polega na okładaniu przeciwników pałą nazizmu — jednak Varoufakis zbudował w tej mierze bardzo przekonującą parabolę. Zwraca uwagę na źródła popularności nacjonalistycznych recept, tkwiące w polityce tych, którzy dziś z takim oddaniem z nacjonalizmem walczą; w tym, co nazywa „establishmentowym populizmem", skupionym na opowieściach o wolnym rynku i budżetowej odpowiedzialności, podczas gdy rzeczywistym efektem tych działań jest nieodmiennie ubożenie ludzi pracy i absurdalny wzrost władzy korporacji i fortun garstki ich właścicieli.

     Musimy poradzić sobie lepiej, niż nasi dziadkowie, którym nie udało się zatrzymać faszyzmu w latach 20. XX wieku — przekonuje Varoufakis. — Faszyzm nie przychodzi w brązowych koszulach, z groźbami i terrorem, tylko z obietnicami, skierowanymi do ludzi, którzy naprawdę są ofiarami „głębokiego establishmentu": tego rządzącego  Europą kartelu korporacji i technokratów, który spycha w dół świat pracy, niweluje ważność jego głosu. Nacjonaliści mówią do tych ludzi o ich prawach, o godności, i zaraz potem wskazują, kogo mają nienawidzić: obcych, imigrantów, tych, którzy zabierają im pracę.

    — Drogą do faszyzmu jest przekonanie ludzi, że muszą tylko podporządkować się i dać władzy działać, a ona rozwiąże wszystkie ich problemy. Dla Polski największym zagrożeniem jest dziś wiara, że możecie korzystać z wszystkich dobrodziejstw UE, równocześnie oddzielając się od niej ogrodzeniem pod napięciem — mówił lider DiEM25. Diagnoza nie była rewolucyjnie nowa, ale zwarta, przekonująca, inteligentnie postawiona. Warta wysłuchania.

    Niezłe było także wystąpienie Adriana Zandberga, który przekonywał, że dla swojego przetrwania UE nie może się kurczyć, że to nie jest czas, aby zwijać europejski projekt, czy zamykać go w twierdzy — zamiast tego zjednoczona Europa musi wziąć odpowiedzialność za jakość życia obywateli, dramatycznie niszczoną przez ubóstwo dzieci, bezdomność, eksmisje na bruk. Znów: nie było w tym wystąpieniu nadmiernie wiele nowatorskiej myśli lewicowej, było jednak zręczne i żarliwe — choć warto odnotować, że Zandberg ani razu nie użył słowa „lewica".

    Co zresztą zdaje się być obowiązującym w Razem zwyczajem. Nie jestem pewna, czy przez całą imprezę  słowo to padło choćby raz — w obecnym języku razemowców króluje „demokracja" i „solidarność"; co jako żywo szczególnie ich nie wyróżnia na polskiej senie politycznej.

    „Demokrację" do pewnego stopnia obronił Srećko Horvat, chorwacki filozof i jeden z założycieli DiEM25, który zauważył, że jeszcze 2 czy 3 lata temu mówienie o demokracji trudno było uznać za przejaw radykalizmu — ale dziś, wobec zwycięstw nacjonalistów z jednej strony i zdławienia przez Brukselę demokratycznie wyrażonych dążeń Greków z drugiej, obrona demokracji staje się hasłem z radykalnej agendy.

    Uchodźcy na austriacko-niemieckiej granicy
    © REUTERS / Michaela Rehle
    Tak naprawdę jedyną nową myślą, która pojawiła się podczas całej debaty, było zauważenie Macieja Koniecznego — działacza Razem, przedstawiającego się jako ktoś, który „wiele lat przepracował na śmieciówkach", co jest zaskakująco wiarygodną rekomendacją — na temat długości dnia pracy.

    — 100 lat temu lewicowy rząd Ignacego Daszyńskiego wprowadził w Polsce 8-godzinny dzień pracy. Minęło 100 lat, technologia poszła do przodu, maszyny wykonują lwią część pracy, a my nadal pracujemy 8 godzin. Ktoś zrobił nas w konia — mówił Konieczny.

    Nie do końca prawdziwie — program Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej rzeczywiście ustalał dzień pracy na 8 godzin, ale pracowało się także w soboty —  co nie zmienia faktu, iż to ujęcie postulatu siedmiogodzinnego dnia pracy ma w sobie pewną błyskotliwość i trafnie obrazuje proporcje podziału wartości dodanej.

    Czy też — jak ujął to Konieczny — fakt, iż „harujemy, żeby napełniać kieszenie garstce obrzydliwie bogatych typów i korporacji". A godzina pracy mniej to nie tylko więcej czasu na odpoczynek — to także „wyrwanie kawałka naszego życia z rąk kapitalistycznych tyranów". To jest język, który z radością słyszę od działaczy radykalnej lewicy.

    Niestety na Koniecznym taki język się skończył. Pozostali przedstawiciele Razem ględzili banalnie, wygłaszając z nieszczerym żarem nieekscytujące oczywistości o „wszechwładzy korporacji" i „konieczności zmiany".

    —  Dziennikarzom już brakuje czasu na to, żeby opisać wszystkie afery, których jesteście przyczyną, a dalej wam mało — zwrócił się w żarliwej, ale kompletnie nic niewnoszącej inwokacji do rządzących otwierający spotkanie Mateusz Mirys, wzywając zebranych na sali, aby „robili wszystko, żeby Polki i Polacy mieli prawdziwy wybór". Towarzysząca mu Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówiła dużo o tym, że „Europa w której dzisiaj żyjemy daleka jest od naszych marzeń" ze względu na „brak sprawiedliwości społecznej".

    — Najwyższy czas działać, natura jest skarbem, którego nie odziedziczyliśmy po dziadkach, tylko pożyczyliśmy od wnuków, czas na zieloną rewolucję — w części poświęconej ekologii perorowała Urszula Kuczyńska, kompletnie przemilczając kluczowy dla lewicowego myślenia o energii dylemat: co zrobić z górnikami? Trudno być lewicową partią reprezentującą interesy ludzi pracy i nie zauważać faktu, iż likwidacja energetyki węglowej oznacza likwidację miejsc pracy — a także stylu i sensu życia — wielkiej rzeszy robotników.

    Marta Tycner, historyczka i autorka interesujących lewicowych tekstów, w jednym zdaniu zaprezentowała kwintesencję tego, co czyni Razem partią sekciarzy. — Wszyscy jak tu siedzimy, mamy kogoś zagranicą: siostrę na zmywaku w Anglii, brata, który studiuje we Francji, sami planujemy wyjechać albo już wyjechaliśmy i jesteśmy w Polsce tylko w odwiedzinach, to wielkie doświadczenie naszego pokolenia — zaczęła, kompletnie ignorując fakt, iż na sali, a także w partii, są ludzie reprezentujący zgoła inne pokolenie.

    Siedzący koło mnie facet o wyglądzie emerytowanego wykładowcy akademickiego, ze zwiniętą fioletową flagą Razem i otwartą książką Varoufakisa, mógł się poczuć cokolwiek niezręcznie, słysząc jak koleżanka z jego własnej niszowej formacji wyklucza go z grona ludzi ze względu na wiek. I nie chodzi tylko o niefortunne i nieprzemyślane sformułowanie — owa tendencja do wykluczania wszystkich, którzy nie pasują do wizerunku młodych i nieskażonych polityką ludzi pracy najemnej, walczących o lepsze jutro dla siebie i swoich dzieci — jest wszak najsilniejszym rysem Razem.

    Grzegorz Schetyna
    © AFP 2018 / Michal Cizek
    — O naszych ciałach cały czas decyduje garstka facetów w garniakach. My, młode kobiety, pamiętamy tylko taki świat. Od 30 lat w polskim sejmie nikt nie upomniał się o nasze prawa — wołała z ogniem aktywistka o oryginalnym nazwisku Florentyna Gust, z typowo młodzieńczą dezynwolturą wykluczając już nie tylko z lewicy, ale i z historii 208 posłów SLD i Unii Pracy, których głosami, przy histerycznej agresji Kościoła i prawicy, 30 sierpnia 1997 roku Sejm zliberalizował ustawę antyaborcyjną. (Liberalizację unieważnił potem Trybunał Konstytucyjny).

    Krótko mówiąc, całe to wydarzenie nie napawa optymizmem. Ale też wiele odwagi trzeba, żeby z optymizmem patrzeć na agendę DiEM25, która przewiduje rzeczywistą integrację europejską, rozumianą jako wspólna władza państw Unii, sprawowana przez przedstawicieli obywateli krajów UE, wybieranych w demokratycznych wyborach.

    Tym niemniej taka zmiana musi nastąpić, jeśli Unia ma przetrwać. Dzisiejszy „apolityczny", „technokratyczny", „proceduralny" proces podejmowania decyzji, to — żeby zacytować Manifest formacji — owoc „konfederacji krótkowzrocznych polityków, ekonomicznie naiwnych urzędników i niekompetentnych ekspertów poddających się niewolniczo żądaniom finansowych i przemysłowych koncernów, co odstręcza Europejczyków i wywołuje niebezpieczny, antyeuropejski ruch na całym kontynencie".

    Polscy euroentuzjaści muszą odrobić tę lekcję. Choćby nawet pod przywództwem Razem.

    Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

    Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Agnieszka Wołk-Łaniewska: Symetryzm mać wolności
    Nauki ze Swiridowa: „bezpieczeństwo jest najważniejsze”
    „Pies mordę lizał zdrajcom i szpiegom". Bo mówiła cyrylicą
    Kaczor na miarę Francji
    Przyjaciel Polski skacze po Europie
    Oczy tej Pięty jak dwa błękity...
    Tu mówi Moskwa!
    Hucpa albo zaradność
    Trzy razy „P": Polska, Putin, Piskorski
    Tagi:
    demokracja, kapitalizm, polityka, korporacje międzynarodowe, Trybunał Konstytucyjny, CIA, SLD, Partia Razem, SYRIZA, Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Adrian Zandberg, Adolf Hitler, Janis Varoufakis, Francja, Wielka Brytania, Unia Europejska, Grecja, Wisła, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz