09:22 24 Wrzesień 2018
Na żywo
    Kontenery do przewozu ładunków w porcie Oakland

    Stworzeni pełzać, czyli jak NATO chciało podskoczyć wyżej głowy

    © AFP 2018 / Getty Images North America/Justin Sullivan
    Opinie
    Krótki link
    Michaił Szejnkman
    10532

    „Przyznajemy, że dekady niekwestionowanej wyższości operacji powietrznych mogą dobiec końca" - czytamy w komunikacie służby prasowej Sojuszu. Myśleli o sobie, że są asami. A my ich sprowadziliśmy na ziemię.

    „Coś powietrza mi mało, wiatr mnie dławi, mgła zatyka… Czuję w zgubnym zachwyceniu: to już koniec, to już koniec!". Jeśli natowcy znaliby Wysockiego i byli przed sobą szczerzy, wzięliby te wersy za epigraf swojej nowej strategii sił zbrojnych. Pierwszej zresztą za cały okres istnienia Sojuszu. Obchodzili się bez niej prawie 70 lat, aż tu nagle latać im się zachciało. Jak równy z równym. Tak też zapisali. „Po raz pierwszy od czasu zakończeniu Zimnej Wojny mogą powstać warunki, przy których możemy nie mieć przewagi w powietrzu". Dlatego „Siły Zbrojne NATO muszą być do zdolne do obrony przed jakimkolwiek równym przeciwnikiem".

    To znaczy, że wcześniej były niezdolne? Czy nie było równego przeciwnika? Nie… Oni zwyczajnie robili z siebie bohaterów tylko tam, gdzie nie było równego przeciwnika. Ale takich miejsc na ziemi już nie ma. Wszędzie jest Rosja. Wokół niej wszyscy się kręcą, kręcą, kręcą. Jak te „Żyguli"… czym oni myślą, ja nie wiem". A teraz wiedzą. Ogłosili swoje siły powietrzne „główną składową potencjału wojskowego" i postawili sobie za zadanie wyprowadzenie ich na nowy poziom gotowości bojowej.

    Nie żeby im czegoś brakowało. Wręcz przeciwnie. Skrzydeł — jak u ważki. Więcej niż u wszystkich innych. Z tymże zachowywali się oni jak ważka. I nie jedno lato, lecz wiele lat uważali, że wszystko im można. W sensie, i stół, i dom zbombardować. Ale nie zdążyli się obejrzeć, jak im „Su" w oczy uderzyło. Do tego systemy przeciwlotnicze, obrona radioelektroniczna, środki cybernetyczne. NATO dopiero teraz oficjalnie przyznało, że to wszystko może wywrzeć wpływ na operacje powietrzne Sojuszu".

    Innymi słowy powinni nam dziękować, że poszli po rozum do głowy. A tam same banialuki. To, co nazwali „strategią", to podręcznik dla studentów pierwszego roku wojskowej akademii lotniczej. „Prowadzenie działań bojowych w dowolnych rejonach i warunkach, nie wyłączając pilnie strzeżonej przestrzeni", gotowość „do wszelkich możliwych nieprzewidywalnych okoliczności", nałożenie na siły specjalne, pododdziały morskie i cybernetyczne obowiązku „lepszego wspierania sił powietrznych wywiadem, naprowadzaniem na cel i danymi po ataku".  Abc. Ale myśleli o sobie, że są asami. A my ich sprowadziliśmy na ziemię.

    Zresztą tam także nie mają warunków do walki. Czołgom w Europie przeszkadzają drogi. Ale tam przynajmniej nikt im nie dokopie. Bo w powietrzu poza chmurami, jeszcze się Rosjanie kręcą. Natowskich pilotów szkolono przecież, że w powietrzu królują tylko on. Ale kilka lat gwałtownych przechwyceń — i wszystko gdzieś się rozleciało. „Przyznajemy, że dekady niekwestionowanej przewagi w przestrzeni powietrznej mogą dobiec końca" — czytamy w komunikacie służby prasowej Sojuszu. Ale my pamiętamy te operacje. Ich ataki na syryjskie wsie raz po raz odświeżają tę pamięć.

    Ale co się tyczy starcia z tymi, którzy naprawdę, a nie mówiąc obrazowo, mogą zejść na ziemię, to jak śpiewa Wysocki, „dajcie choć trochę postać na brzegu". Nawet jeśli to nie cel ich powietrznej strategii, to najlepszy jej epilog. Bo przecież niebo nie ma granic. A możliwości są skończone. Sami przecież wybrali zamiast szlachetnego współistnienia pełzające rozszerzenie. A stworzeni pełzać, nie podskoczą wyżej głowy. Tym bardziej, że jej nie mają…

    Zobacz również:

    Niemcy rozzłościli Amerykanów
    Czarne scenariusze: Europa drży przed spotkaniem Putina i Trumpa
    „Potencjał szybkiej wojny sił NATO i Amerykanów jest niższy niż u Rosjan”
    Tagi:
    NATO, Rosja
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz