04:49 21 Sierpień 2018
Na żywo
    Kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Polski Andrzej Duda na spotkaniu w Berlinie, 28 sierpnia 2015

    Prymusi Trumpa

    © AP Photo / Gero Breloer
    Opinie
    Krótki link
    Agnieszka Wołk-Łaniewska
    7523

    Nazwijcie mnie staroświecką - najgorsza obelga dla lewaka - ale nie sądzę żeby Polska powinna popierać zbrojenie Niemiec. Doświadczenia historyczne Polski z mocno uzbrojonymi Niemcami nie są zachęcające.

    Oczywiście, Niemcy rządzone przez prawicowo-lewicową koalicję pod przywództwem Angeli Merkel — przy całej jej antypatyczności — stanowią ostoję racjonalizmu i spokoju w Europie. Ale w lipcowych sondażach  ultraprawicowa partia Alternative für Deutschland,  spokojnie posługująca się słowami „Fatherland" i „Volk", znalazła się na drugim miejscu, z 17,5 procentami poparcia wyprzedzając socjaldemokratów. Doprawdy nie sposób przewiedzieć, kto będzie rządził Niemcami po następnych wyborach, zaplanowanych na 2021 rok. 

    Kiedy zatem zakochani w militariach komentatorzy piszą, że Trump „dymi w polskim interesie" (money.pl) bo powinno nam zależeć, żeby wszystkie armie NATO były jak najsilniejsze, a tymczasem różnica wydatków zbrojeniowych między USA i np. Niemcami jest „szokująca" — reprezentują krótkowzroczność, która dla mnie, jako wolnego od historycznych fobii i wojennych lęków lewaka, jest nieco zaskakująca.

    Generalnie jednak, nie ma nic nowego w łączącej całe spektrum polskiej sceny politycznej chęci bycia natowskim prymusem i wyrzucania miliardów złotych na MON, choćby i pod dowództwem Macierewicza (434 posłów głosowało we wrześniu zeszłego roku za przyjęciem zgłoszonego przez Macierewicza projektu podnoszącego wydatki na obronność do 2,5 procenta PKB). Dyskusja dotyczy tylko tego, czy np. prezydent Duda ma prawo chwalić się przed NATO polskimi wydatkami na obronność — czy też nie, bo to wcale nie jego zasługa, tylko Platformy. Faktu, iż jest to zasługa — nikt nie usiłuje kwestionować.

    Tymczasem warto przyjrzeć się bliżej wzorcowi, do jakiego dążymy, walcząc o rolę pupilka pani w amerykańskiej szkole zbrojeniowej.

    Oczywiście, kiedy Donald Trump mówi o „płaceniu na NATO", myli (zaryzykuję twierdzenie, że intencjonalnie) wspólne finansowanie Sojuszu, czyli składkowy budżet rzędu 2,2 mld euro, na który wszyscy zrzucają się bez protestu i na czas — z wydatkami poszczególnych krajów na ich resorty obrony. Trump zażądał w Brukseli, żeby wydatki te podnieść do 4 procent, bo Stany „płacą 4,2 proc.".

    Tak gwoli ścisłości, to Stany wydają na obronność 3,6 proc. PBK — ale ważniejsze jest, jak to robią.

    Amerykańskie wydatki na obronność to głównie sposób na przepompowywanie pieniędzy podatników do potężnych prywatnych koncernów zbrojeniowych, mających w kieszeni kluczowych dla obronności polityków. Oczywiście Ameryka, jako kraj wolny i niepodległy, ma prawo dowolnie dysponować swoim budżetem — w tym wspierać bogatych pieniędzmi biednych, co jest zresztą w tym kraju uświęconą tradycją — ale pomysł, żeby narzucić ten model Europie jest już pewnym nadużyciem.

    W 2016 roku Stany Zjednoczone wydały na departament obrony 611 miliardów dolarów. Z tego 304 mld poszło wprost do prywatnych koncernów zbrojeniowych — ze szczególnym uwzględnieniem 5 potentatów: Lockheed Martin, Boeing, Raytheon, General Dynamics i Northrop Grumman zarobiły do spółki 100 miliardów. 100 milionów z tej sumy poszło na płace prezesów tych pięciu firm, żyjących głównie lub wyłącznie z kontraktów państwowych.

    Dziesiątki milionów dolarów, zarobionych na amerykańskim państwie, koncerny zbrojeniowe wydają na wywieranie nacisku na to państwo. W tzw. PAC (Political Action Committee), czyli specjalne fundusze, dzięki którym bogate firmy i poszczególni milionerzy kupują sobie polityków obchodząc limity datków na kampanię, zbrojeniówka włożyła ponad 65 milionów USD.

    Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa, 05.11.1927, Warszawa
    © AP Photo / Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa
    Polska. Warszawa. Kancelaria Premiera RP w barwach narodowych
    © Zdjęcie : Kancelaria Premiera RP
    Większość tej kwoty trafiła  na konta wyborcze kongresmenów i senatorów,  zasiadających w rozmaitych komitetach, decydujących o wydatkach na zbrojenia. Ale to w istocie rzeczy drobne: na lobbying amerykański sektor zbrojeniowy w ciągu ostatniej dekady wydał oficjalnie ponad miliard dolarów — zatrudniając 700 do 1000 lobbystów rocznie.

    Większość z nich to niedawni urzędnicy Pentagonu i Kapitolu, a także wysocy oficerowie, którzy swe decyzje w imieniu amerykańskich podatników podejmowali mając na względzie tłuste posady czekające na nich w firmach, z którymi z ramienia państwa robili interesy.

    Od czasu do czasu amerykańską opinią publiczną wstrząsają skandale, dotyczące wysokich urzędników DoD, którzy podejmowali nader korzystne dla koncernów zbrojeniowych decyzje, równocześnie negocjując z tymi koncernami swoją przyszłą pozycję. Tak było np. z Darleen Druyun, która pracując w dziale zakupów US Air Force podpisała kontrakt na absurdalnie kosztowny leasing tankowców z Boeingiem, do którego pół roku później przeszła, otrzymując ćwierć miliona dolarów pensji plus bonusy. Darleen trafiła do pierdla tylko dzięki uporowi senatora McCaina, który akcję tę uznał za policzek w twarz armii — ale takie praktyki są na porządku dziennym i nikt z nimi nie walczy.

    Osobnym rozdziałem są przekręty, defraudacje i marnotrawstwo epickich rozmiarów, stanowiące modus operandi Pentagonu.

    Zatrudnia on na przykład 640 tysięcy „prywatnych kontraktorów", czyli najemników: prywatnych żołnierzy, zajmujących się wszystkim, od strzeżenia baz, poprzez udział w walce, aż do torturowania podejrzanych. Ten koncept — outsourcingu armii, prywatyzacji wojny — pierwszy raz na skalę masową wprowadził Donald Rumsfeld w Iraku w 2003 roku. Dziś Pentagon przyznaje, że nie do końca wie, ile ich jest, co robią, ani ile dokładnie kosztują, ale w 2015 roku było to ponad 130 miliardów dolarów.

    Jeszcze większy problem stanowią wielkie programy zbrojeniowy — duma najnowocześniejszej armii świata.

    Na przykład F-35, produkowany przez koncern  Lockheed Martin supermyśliwiec, broń XXI wieku, która już kosztowała amerykańskich podatników 100 miliardów (w planach jest zakup 2400 F-35 za 1,4 biliona USD) nie nadaje się do niczego i nie wiadomo, czy i kiedy się będzie nadawał.

    Tajny raport Pentagonu stwierdza, że F-35 jest „nieskuteczny i nieodpowiedni do planowanych misji, a także nie odpowiada na obecnie postrzegane zagrożenia".

    Mi-26
    © Sputnik . Alexander Vilf
    Ponad bilion dolarów USA planują w ciągu najbliższych trzech dekad wydać na broń atomową. Koncept  kompletnie absurdalny w kontekście faktu, iż Stany aktualnie dysponują ponad 4000 głowic nuklearnych, których — co do tego świat jest zgodny — użycie jest absolutnie wykluczone, jeśli nie chcemy być ostatnim pokoleniem na ziemi. Do straszenia ewentualnych napastników z dowolnie wybranego kraju wystarczy — wskazują raporty — 300 sprawnych pocisków jądrowych.

    I tak dalej.

    Amerykańskie wydatki na tzw. „obronność" — używaną wyłącznie do prowadzenia wojen napastniczych — są wypadkową wielu czynników biznesowych i politycznych. Bezpieczeństwo Europy nie ma z nimi żadnego związku. 

    Ma natomiast bardzo wyraźny negatywny związek z sytuacjami, w których Ameryka robi użytek ze swojej skorumpowanej, przepłaconej i w znacznej mierze zbędnej siły militarnej. 

    Kryzys uchodźczy, z jakim dziś mierzy się Europa, to bezpośredni efekt napaści USA na Irak, która zdewastowała stabilność Bliskiego Wschodu i zrodziła Państwo Islamskie. Koszty tej amerykańskiej agresji, które ponoszą np. Niemcy — są nieopisanie większe, niż ewentualnie podwojenie niemieckiego budżetu obronnego.

    Które na szczęście nam nie grozi. Niezależnie od pokrzykiwań Donalda Trumpa.

    Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

    Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Putin nazwał pułk na cześć Warszawy
    Dlaczego Merkel przestała być supergwiazdą?
    MO Rosji jest gotowe do realizacji umowy Trumpa i Putina z Helsinek
    Duda ze sklejki: Historia bywa niesprawiedliwa
    Merkel odpowiedziała na słowa Trumpa o zależności Niemiec od Rosji
    Juncker o Trumpie: Nie rozumie, jak jest urządzony świat
    Polska dawaj! Bo Duda nie przyjedzie...
    Merkel: Działania USA są bezprawne
    Trump uznał prawo Niemiec do budowy Nord Stream 2
    Kto chce niech czyta: Polska mocarstwem, Panem Świata - Duda
    Trump: Putin nie jest wrogiem, a rywalem
    Tagi:
    budżet, wojsko, bezpieczeństwo, zagrożenie, pieniądze, obrona, Daesh (Państwo Islamskie), Pentagon, NATO, MON, AfD Alternatywa dla Niemiec, Adam Duda, Antoni Macierewicz, Donald Trump, Angela Merkel, Irak, Europa, Berlin, Waszyngton, Warszawa, Niemcy, USA, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz