11:19 19 Grudzień 2018
Na żywo
    Radzieckie czołgi na ulicach Pragi, 1968 rok

    Świadek „Praskiej Wiosny": Ludzie rzucali się na czołgi

    © Sputnik . Yuryi Abramochkin
    Opinie
    Krótki link
    899

    Jak zachowywali się obywatele radzieccy, którzy z racji różnych okoliczności w sierpniu 1968 roku stali się świadkami i niezamierzonymi uczestnikami wydarzeń „Praskiej Wiosny"? Jak po upływie połowy stulecia oceniają decyzję ZSRR o przerwaniu metodą siłową próby demokratyzacji społeczeństwa Czechosłowacji, budowy „socjalizmu z ludzką twarzą"?

    W rozmowie ze Sputnikiem wydarzenia z 1968 roku komentuje Boris Orłow, były korespondent gazety „Izwiestija", doktor nauk historycznych.

     — Na początku 1968 roku, na podstawie rutynowej wymiany między gazetą „Izwiestija" i „Rudé právo" przyjechałem do Pragi i przez trzy tygodnie mogłem obserwować rozwój „Praskiej Wiosny". Byłem oczarowany i wstrząśnięty atmosferą wolności, tego, jak ludzie, bez jakiejkolwiek przezorności rozmawiali o wszystkim, co ich niepokoi, jak twórczo usiłują zreformować gospodarkę na ład rynkowy. A przecież w moim kraju panował w tym czasie zastój, państwem kierował Breżniew… Wróciłem do Moskwy i 20 sierpnia znów wysyłają mnie z niejasnym zadaniem w podróż służbową, tym razem do NRD. Z grupą dziennikarzy polecieliśmy z lotniska Czkałowo do Drezna i dopiero tam dowiedzieliśmy się, że zapadła decyzja w sprawie wprowadzenia wojsk do Czechosłowacji, my mieliśmy informacyjnie ten akt zamaskować.

     — Czy zdziwiła Pana decyzja o wprowadzeniu wojsk do Czechosłowacji?

     — Psychicznie byłem na to gotowy. Nasza redakcja zgadywała, czy będzie inwazja, czy mimo wszystko władza na to nie pójdzie. Dla mnie było zupełnie jasne, że próba stłumienia przez jedną partię komunistyczną przeprowadzenia reformy przez inną partię komunistyczną jest nie tylko poważnym błędem historycznym. To zwyczajnie nie leżało w naszych interesach. Choć redaktor naczelny „Izwiestij" Lew Tołkunow, raczej mądry i porządny człowiek, przekonywał, że nastawiając przeciwko sobie społeczeństwo Czechosłowacji, ZSRR taktycznie przegrywa, ale strategicznie wygrywa. Bo w efekcie zostanie utrzymane to, co myśmy nazywali „wspólnotą socjalistyczną". Kategorycznie się z nim nie zgadzałem.

     — A jak znalazł się Pan w Pradze 21 sierpnia?

     — Przewieziono nas autobusem do Fryburga, tam już rozmieszczono stanowisko dowódcze dywizji pancernej. W jej składzie rosyjską terenówką zaczęliśmy posuwać się w stronę Pragi. Potem dywizja pancerna skręciła w stronę Austrii, a my dojechaliśmy do samej Pragi. To, co zobaczyłem tam rano 21 sierpnia 1968 roku, odcisnęło w mojej psychice głębokie piętno. Całe miasto wyszło na ulice, bezbronni ludzie rzucali się na czołgi z wolna sunące po ulicach i placach. Ktoś usiłował rozmawiać z naszymi czołgistami, przekonywać ich i pytać, po co przyjechali. Prażanie mówili: „Kochaliśmy was jak braci, wyzwoliliście nas w 1945 roku, a teraz nocą zakradacie się do nas jak nieproszeni goście i aresztujecie nasze kierownictwo".

    Pamiętam robotnika, który bił się w piersi i co tchu w piersiach krzyczał „Od kogo chcecie nas wyzwalać? Od kogo?". Potem okazało się, że ani jedna gazeta w Pradze nie zgadza się na drukowanie radzieckich materiałów, w których usprawiedliwiano fakt inwazji… A z Moskwy dzwonili, żądali reportaży na ten temat. Ja kategorycznie nie zgadzałem się na naświetlanie wydarzeń w taki sposób i szybciutko wezwano mnie z powrotem. Ale to, co przeżyłem w Pradze 21-22 sierpnia 1968 roku, pozostało najjaskrawszym i najtragiczniejszym wydarzeniem w moim życiu.

     — Jak dalej potoczyły się Pańskie losy?

     — Wróciłem do Moskwy, mojej działalności dziennikarskiej przyszedł jak wiadomo kres — zakaz wykonywania zawodu, nie mogłem wyjeżdżać. To nic strasznego, bo gotów byłem na gorsze, na wszelkiego rodzaju represje. Przez osiem lat nigdzie nie mogłem drukować swoich tekstów. Koledzy pomogli mi jednak w otrzymaniu posady w dopiero co utworzonym Instytucie Socjologii. Zyskałem wielu przyjaciół, którzy widząc, że ucierpiałem za sprzeciw wobec wprowadzenia wojsk do Czechosłowacji, zaczęli mi dawać duże wsparcie moralne. Zagłębiłem się w naukę, jestem przecież germanistą z wykształcenia, obroniłem pracę doktorską w Instytucie Stosunków Międzynarodowych, gdzie rada naukowa (ryzykując własną skórę) dała mi taką możliwość. Zacząłem opracowywać nową teorię socjaldemokracji, sądząc, że jeśli ZSRR nie przerwałby procesu reform w Czechosłowacji, kraj ten poszedłby właśnie taką, socjaldemokratyczną drogą. „Socjalizm z ludzką twarzą" był w istocie ruchem w stronę realizacji wartości socjaldemokratycznych, tego nowego ładu cywilizacyjnego, ku któremu podąża dzisiaj ludzkość. Najskuteczniej wychodzi to państwom skandynawskim.

     — Czy chciałby Pan coś przekazać mieszkańcom Pragi w związku z jubileuszem tych dramatycznych wydarzeń?

    — Jestem już bardzo stary, mam 89 lat. Dziś po upływie połowy stulecia od czasu tych strasznych wydarzeń w Pradze mogę powiedzieć jedno: mimo wszystko miałem niesłychane szczęście. Byłem świadkiem rzadko spotykanego masowego przejawu ludzkiej szlachetności i godności. Czy obecne pokolenie obywateli rozumie, do czego zdolni byli wówczas ich rodzice i dziadkowie?

    Zobacz również:

    50 lat po Praskiej Wiośnie: „Socjalizm był wtedy nieznaną ścieżką"
    „Naftohaz powinien zrozumieć, że socjalizm się skończył”
    Jak ZSRR pomógł Bliskiemu Wschodowi pozbyć się jarzma kolonializmu
    Tagi:
    Praska Wiosna, Praga, Czechosłowacja, Związek Radziecki, Czechy, Rosja
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz