15:06 10 Grudzień 2018
Na żywo
    Kwiaty i znicze

    Młody Leszek

    © AP Photo / Paweł Gołowkin
    Opinie
    Krótki link
    Marek Barański
    5331

    Znałem go słabo. Niezależnie od kolejnych etapów znajomości z ojcem, jego raczej obserwowałem z pewnej odległości niż znałem. Widziałem, jak wokół „małego Leszka" - wraz ze wzrostem politycznej pozycji ojca - gęstniała grupa „serdecznych przyjaciół", „kumpli" i „dobrych znajomych".

    Każdy gotów był nieba mu przychylić, byle tylko szepnął ojcu to czy owo. Chyba właśnie wtedy zrodziła się niejedna legenda o możliwościach, które dzięki tacie „młody" miał rzekomo na wyciągnięcie ręki. Nie słyszałem, żeby kiedykolwiek z tego korzystał. Owszem, mówiło się, że jest „okiem i uchem" ojca, że znosi mu warszawskie sensacje, ale że od polityki ojciec trzyma go z daleka.

    Czasem odnosiłem wrażenie, że towarzyskie wzięcie mu imponuje, ale, co z tego wynikało? Czy to takie dziwne, że w młodej głowie mogło niekiedy zaszumieć od atrakcyjnych znajomości, od świetnych okazji „na wyciągnięcie ręki", które zresztą ginęły w pomroce obietnic i niestworzonych opowieści?

    Raz — rzeczywiście, został pełnomocnikiem zarządu KGHM… Cóż to było za oburzenie, że syn premiera — człowiek po Szkole Głównej Handlowej, było nie było — dostał taką posadę?! Niektóre gazety nawet dziś uznały, że jego śmierć też jest dobrą okazją, żeby to wypomnieć.

    Minęło zaledwie kilkanaście lat, u władzy nie ma już żadnego „komucha", a posady warte kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, rozdawane są jak zupa w Armii Zbawienia: córkom, synom, żonom, szwagrom i szwagierkom, kuzynom, pociotkom, znajomym… Akwarystom, magazynierkom, salowym, wójtom, licencjantom, teologom, administratywistom. Długie kawalkady z wizerunkami obsypanych państwową forsą „rycerzy dobrej zmiany" objeżdżają Polskę. I co? I nic. Jadą, to jadą. Opatrzyły się tylko, nic więcej…

    Wtedy „młody" zrezygnował z tej posady, a ojciec wysłał go na naukę angielskiego. Teraz przez łamy i anteny przetoczy się od czasu do czasu co najwyżej coś w rodzaju dobrotliwego upomnienia. Takie: no, no — nieładnie…

    Teraz już wszystko można — rządzą „sami swoi". Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby z tak błahego powodu jak oburzenie opinii publicznej, rodziny i kumple najważniejszych polityków w państwie rezygnowali z posad. Ale nas obowiązywały i ciągle obowiązują inne standardy. Nam wolno mniej…

    „Młody" początkowo był „dzieckiem z kluczem na szyi" — oboje rodzice pracowali. Dziś, gdy odszedł, nie mogą sobie darować, że poświęcali mu mało czasu wtedy, gdy on ich prawdopodobnie potrzebował najbardziej. Musiał sam radzić sobie z etykietką „syna aparatczyka", „syna komucha". Jeszcze nie bardzo zdawał sobie sprawę, co to tak naprawdę znaczy, ale gdy dostał od nauczycielki w twarz za to, że ojciec pracował w KC, zaczął rozumieć.

    Polityka zawsze była w tym domu, żył zanurzony w niej, choć nie brał w niej udziału. Ojciec starał się go przed nią chronić. Sam odporny na ciosy, wojownik, który był bity, ale i oddawał, wiedział, że „młody" jest na to za delikatny. Nie było jednak takiej siły, żeby polityka w żaden sposób nie wpływała na życie domowników.

    Gdy znaczenie jego ojca rosło, rosła też presja na „młodego". Okazywano mu ostentacyjne względy, demonstracyjną przyjaźń, kumplostwo, sympatię. Bywał z rodzicami „uroczym gościem" w najlepszych domach, w pierwszych salonach Warszawy. Nigdy potem nie potrafił zrozumieć, dlaczego ci sami ludzie, po zmianie koniunktury politycznej, tak szybko się odwracali od jego ojca, a niektórzy opłacali nawet swoiste polowania z nagonką, żeby albo ojca, albo jego na czymś nakryć — na czymkolwiek kompromitującym.

    Zresztą wkrótce „młody" sam został ojcem i jego z kolei dziecko poznało, co to jest wojna totalna z dziadkiem. Pamiętam, że w okresie, kiedy trwała nieszczęsna interwencja w Iraku, o której na wniosek rządu zdecydował cały Sejm, i kiedy teoretycznie Polska znalazła się na celowniku żądnych odwetu i krwi terrorystów, w jednej z „kolorówek" ukazała się informacja o szkole, do której uczęszcza „wnuczka Millera". Pokazano budynek, a nawet okno klasy, w której uczyła się dziewczynka… Jeśli przyłożyć do tamtej sytuacji dzisiejsze standardy bezpieczeństwa, którymi otacza się rządzących, to synowie, córki i wnuki dzisiejszych prominentów wożone byłby do szkół transporterami opancerzonymi. „Wnuczka Millera" była zaś „tematem na pierwszą stronę"…

    I tak toczyło się to życie w cieniu ojca i pod ciągłą kontrolą nieprzyjaznych oczu. Nie raz chciano dobrać się do „starego" podchodząc pod „młodego". To oczywiście nie mogło pozostać bez wpływu na psychikę, na całe życie „małego Leszka". Nie mogło nie powodować problemów.

    Zna to nie tylko rodzina Millerów. Znają rodziny wszystkich polityków, zwłaszcza tych z pierwszych stron gazet. Zdają się to potwierdzać kondolencje, składane na ręce premiera Millera przez wielu jogo kolegów po fachu — w przeszłości i aktualnie będących na świeczniku. Z lewej i z prawej strony sceny politycznej.
    Dokąd zaszliśmy, że musiała się zdarzyć aż taka tragedia, by ludzie władzy w Polsce okazali sobie solidarność ponad podziałami…

    „Młody", mimo starań rodziców, sam chciał stawiać czoła swoim kłopotom. Musiał pojawić się jednak jakiś, z którym już nie dał sobie rady.

    Marek Barański, polski publicysta, Warszawa

    Tekst jest publikowany za zgodą autora. Oryginał pierwotnie ukazał się na FB.

    Zobacz również:

    Syn Leszka Millera nie żyje
    I znów trują, trują, trują...
    Epidemia: Polska mowa nienawiści
    Gazeta Wyborcza: Brutalni. Wściekli. Źli.
    Tagi:
    rodzina, polityka, Rząd RP, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, Marek Barański, Leszek Miller, PRL, Irak, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz