14:11 23 Październik 2018
Na żywo
    Żołnierze serbskiej armii na lotnisku wojskowym w pobliżu Belgradu

    O czym milczy Serbia i co mają z tym wspólnego USA

    © AP Photo / Darko Vojinovic
    Opinie
    Krótki link
    Miroslav Lazanski
    21033

    8 października w Serbii ruszyły wspólne trzydniowe manewry z udziałem NATO w zakresie reagowania w warunkach klęski żywiołowych i katastrof. W związku z nimi sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg złożył wizytę w Belgradzie i spotkał się z serbskim prezydentem Aleksandrem Vuciciem.

    Publicysta Sputnik Serbia, ekspert wojskowy Mirosław Lazanski nie może się nadziwić, dlaczego Serbia, w której co tydzień odbywają się fora i „okrągłe stoły" dotyczące problemów bezpieczeństwa, najrozmaitsze ćwiczenia wojskowe, gdzie kwitną wyspecjalizowane w bezpieczeństwie uczelnie i organizacje pozarządowe, uporczywie przemilcza kwestie ważne dla bezpieczeństwa Bałkanów.    

    W ubiegłym tygodniu, od 1 do 6 października, w kraju odbywały się rosyjsko-serbskie manewry BARS-2018. A za tydzień, 17 października, rozpocznie się Belgradzkie Forum Bezpieczeństwa „Budowa wspólnej przyszłości w latach niestabilności", które odwiedzi premier Macedonii, prezydent Austrii i wiceministrowie spraw zagranicznych Włoch i Czech.

    Fora i inne zebrania, na których omawiane są kwestie bezpieczeństwa, odbywają się w Serbii niemalże co godzinę. Bezpieczeństwo wychodzi już Serbom bokiem. A zaledwie 250 km na południe od Belgradu (w Kosowie — red.) serbskie dzieci chodzą do szkół pod eskortą sił pokojowych KFOR i o tym na najrozmaitszych zebraniach nikt nie mówi ani słowa. Jeśli trochę „poszukać", kto finansuje wszystkie te niekończące się zloty i rozmowy na temat bezpieczeństwa w regionie, stanie się jasne, dlaczego określone tematy nie pojawiają się na nich latami.

    Na przykład temat amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Rumunii. Wiadomo, że Rumuni za specjalnie o tym nie mówią, dlatego że w zamian za zgodę rozmieszczenia systemów przeciwlotniczych NATO w Deveselu otrzymali od MFW okrągłą sumę pieniędzy. Ale dlaczego nikt z uczestników belgradzkich dyskusji poświęconych kwestiom bezpieczeństwa ani razu nie zadawał sobie pytania, jak amerykańska baza, oddalona o 200 km od Belgradu i co niewykluczone wyposażona w broń nuklearną, odbije się na bezpieczeństwie Serbii?  A może ci, którzy finansują podobne fora, zabraniają zadawania takich pytań? Przecież w przypadku konfliktu baza z Deveselu może stać się uzasadnionym celem rosyjskich sił… Nie należy też zapominać, że Związek Radziecki nigdy nie posiadał baz wojskowych w Rumunii i Bułgarii.

    Rzeczywiście: jaki może być związek pomiędzy kredytem w wysokości 20 miliardów dolarów udzielonym przez MFW Rumunii siedem lat temu na przezwyciężenie kryzysu gospodarczego a bazą w Deveselu? W każdym razie Bałkany po raz kolejny potwierdzają, że pieniądze mogą wszystko. Możemy tylko zgadywać, jakie tytuły wojskowe za ten „wyczyn" zostały nadane kierownictwu MFW. Takie są właśnie początki tarczy antyrakietowej w Rumunii, która od samego początku była skierowana przeciwko Rosji. Przez kilka lat amerykańska dyplomacja starała się wytłumaczyć całemu światu, a zwłaszcza Europie, że owa tarcza jest potrzebna, aby bronić terytorium USA przed rakietami Korei Północnej i Iranu. Potem wersja o zagrożeniu płynącym ze strony Korei Północnej odpadła. Ktoś przyjrzał się lepiej mapie i zrozumiał, że mają nas za głupków. Pozostał Iran ze swoimi rakietami. Z obrony przeciwrakietowej w Czechach Barack Obama zrezygnował, jak tylko przestąpił próg Białego Domu. Wychodzi na to, że wszyscy „specjaliści" utrzymujący, że Czechy to idealne miejsce dla amerykańskiej tarczy antyrakietowej, mylili się? Nikt nie przeprosił za swoje kłamstwo. A może po prostu nie wiedzieli…

    Żeby „odbić" oświadczenie Moskwy, że w odpowiedzi na amerykańską „tarczę" w Polsce Rosja rozmieści w Kaliningradzie rakiety typu „Iskander", Waszyngton ogłosił stworzenie trzeciego rejonu pozycyjnego na Morzu Śródziemnym: na okrętach wojennych Szóstej Floty US Navy w Turcji lub w Izraelu, co — należy przyznać — brzmi w pełni logicznie, kiedy mowa o Iranie. Ale raptem okazuje się, że Rumunia też wpisuje się w ten rejon. Zdaje się, że ktoś znów musi wyciągnąć mapę.

    Proces wojennego „okrążania" Rosji trwa w najlepsze. Trochę na północy, trochę na południu. Zaakceptowawszy propozycję Waszyngtonu, Bukareszt sprowokował degradację sytuacji z bezpieczeństwem na Morzu Czarnym i na południowym wschodzie Europy. O tym na belgradzkich forach i „okrągłych stołach" nikt nawet słowa nie śmie powiedzieć. Położenie Ukrainy dla Rosji jest jeszcze ważniejsze. A Kijów jest teraz jeszcze dalszy od akcesji z NATO niż pięć lat temu. Rosyjska flota wojskowa w Sewastopolu zyskała jeszcze większe znaczenie. Rosja będzie zwiększać ofensywny potencjał rakietowy na południu kraju i nie będzie reagować na działania USA poprzez podejmowanie analogicznych środków. Wręcz przeciwnie, Moskwa będzie „odpierać" ataki Waszyngtonu poprzez asymetryczne działania i systemy bojowe, przez co nie da się wciągnąć w kosztowny wyścig zbrojeń.

    Jednocześnie proamerykańskie środowiska w Kijowie także powinny się zastanowić, czy rozmieszczenie amerykańskiej obrony przeciwlotniczej w Rumunii nie jest zaledwie częścią rumuńskiego marzenia o „Wielkiej Rumunii" obejmującej Mołdawię? Dla wielu na Ukrainie mogłoby to posłużyć jako sygnał. Ale dla oficjalnych przedstawicieli Kijowa nie ma już czasu na wątpliwości. Oni już pędzą tunelem, z którego nie ma wyjścia.

    O tym wszystkim nikt nie powiedział ani słowa na żadnym z forów bezpieczeństwa w Belgradzie.

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Do brzegów USA przybił odłamek „Gwiazdy Śmierci”
    Waszyngton grozi Indiom sankcjami za zakup rosyjskich S-400
    Źródło: Kijów szykuje prowokację na Morzu Azowskim
    Tagi:
    bazy wojskowe, bezpieczeństwo, NATO, USA, Rosja, Serbia
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz