03:25 14 Listopad 2018
Na żywo
    Warszawa. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej

    Oczyszczalnia ścieków nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, ani liberalna

    © Sputnik . Krzysztof Żurek
    Opinie
    Krótki link
    Grzegorz Waliński
    3161

    Presja na polityczną konfrontację okazała się bowiem tak silna, że medialny obraz nadchodzących wyborów jawi się jako groteskowy plebiscyt pod hasłem PiS czy „nie-PiS", czyli zdaniem liberalnych mediów ukryta za szyldem Koalicji Obywatelskiej PO i jej przystawki.

    Dobiega końca kampania przed wyborami samorządowymi w Polsce. I pozostawia mieszane uczucia. To eufemizm — należałoby napisać, że pozostawia po sobie mieszaninę niesmaku, zdumienia i konsternacji. Bo czemu te wybory mają służyć?

    Naiwnie chciałoby się powiedzieć, że wybraniu włodarzy i radnych w miastach, województwach, powiatach, gminach i dzielnicach. Ale byłaby to odpowiedź bardzo naiwna.

    Presja na polityczną konfrontację okazała się bowiem tak silna, że medialny obraz nadchodzących wyborów jawi się jako groteskowy plebiscyt pod hasłem PiS czy „nie-PiS", czyli  zdaniem liberalnych mediów ukryta za szyldem Koalicji Obywatelskiej PO i jej przystawki.

    Walka o fotel prezydenta Warszawy została w tym przekazie zredukowana do jakichś zapasów dwu tytanów, przy której reszta nie ma znaczenia.

    Wybory prezydenta Warszawy zawsze były zakładnikiem polityki, ale chyba nigdy w tym stopniu, żeby sprawy miasta stały się bez znaczenia wobec faktu, czy ma zwyciężyć kandydat zdesantowany z Opola czy z Krakowa.

    Demonstracyjny gest rezygnacji z członkostwa partii Patryka Jakiego przez swoją ostentacyjność tylko jeszcze bardziej unaocznia fakt, że stolica została oddana na pastwę starcia czysto politycznego, a nie samorządowego. I to na dodatek wykluczającego kandydatów innych partii, rozmyślnie ignorowanych przez media, czy kandydatów z ruchów miejskich, spoza świata polityki.

    Pokazywane w ogólnopolskich mediach kampanie Jakiego i Trzaskowskiego pozwalałyby sądzić, że tak jest wszędzie, a to jest jednak obraz mylący.

    Lider partii PiS Jarosław Kaczyński głosuje za przyjęciem reformy sądownictwa w Warszawie
    © AP Photo / Alik Keplicz
    W całym szeregu miast — i to miast dużych i bardzo dużych — aż tak klarownej sytuacji już nie ma, bo w nich przecież przeciwnikami pisowskich kandydatów są reprezentanci rozmaitych doraźnych koalicji. Nie nazwanych koalicjami, bo koalicji miało nie być. Zatem nazwanych poparciami. To można wszakże jeszcze uznać za wyznacznik rozmaitego taktycznego traktowania wykładni, w jaki sposób „reszta" chce walczyć z preponderancją rządzącej partii — czy tak, jak w Warszawie, gdzie na przykład SLD wystawił własnego kandydata, czy też w formie jakichś innych konfiguracji, przyznać trzeba niekoniecznie czytelnych dla wyborców, którzy mają prawo zadać sobie pytanie, czemu by miały one służyć i co ich partnerzy poza niechęcią do partii Jarosława Kaczyńskiego mają ze sobą wspólnego.

    I — zauważmy to — na tym poziomie zaczynają się również międzypartyjne transfery.

    Może nie tak widowiskowe, jak przyłączenie się niegdysiejszej twarzy kampanii SLD z 2015 r. Barbary Nowackiej do PO, ale niemniej są znaczące przetasowania, nawet jeśli bez formalnych zmian barw partyjnych. Dające do myślenia, czy temu lub owemu chodzi o konkretne cele, czy tylko o miejsce na liście.

    Ale zejdźmy jeszcze bardziej w dół. Do powiatów.

    Tu wydawałoby się klarowny obraz, jaki w swoim przekazie serwują media rządowe i związane z liberalną opozycją, że całe te wybory to walka anty-PiS-u z PiS-em ulega jeszcze większemu zakłóceniu.

    Kiedy chodzę po ulicach mojego miasta, położonego wprawdzie niedaleko Warszawy, ale żyjącego własnym życiem, nie widzę kampanii ani PiS, ani KO, ani SLD, ani nawet PSL.

    Plakatów, bilboardów jest co niemiara, ale spoglądający z nich — zależnie od stylistyki — marsowo, uprzejmie, życzliwie czy prosząco — nie są pooznaczani logami partii politycznych. Zamiast tego występują pod szyldami rozmaitych komitetów o zasięgu czysto lokalnym o nazwach, które nikomu z niczym się nie kojarzą.

    I jak tu wiedzieć, kto jest kim?

    Gdzie podziała się owa walka między jakoby dwoma tylko tytanami?

    Czy też to ich reprezentanci są poukrywani za niewinnie, lokalnie brzmiącymi nazwami list wyborczych?

    Czy też może są to faktycznie jacyś autentyczni samorządowcy, dla których wielka polityka nie ma w tych wyborach znaczenia. Chcący budować drogi, szkoły, oczyszczalnie ścieków. Rozumiejący, że droga czy oczyszczalnia ścieków nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, ani liberalna. Chciałoby się w to wierzyć, choć nie sposób oprzeć się podejrzeniu, że za owymi enigmatycznymi lokalnymi komitetami wyborczymi kryją się dalsze międzypartyjne transfery i egzotyczne koalicje, których lepiej nie nazywać. Bo logika Polski powiatowej i gminnej i logika wielkiego konfliktu między partiami to nierzadko dwie bardzo różne sprawy. Obie — rzecz jasna — w różnych punktach zazębiają się ze sobą, ale są to przełożenia dość złożone i nie zawsze jednoznaczne.

    Wielu analityków uważa, że wybory samorządowe 21 października przyniosą „spozycjonowanie" głównych partii politycznych. Będą momentem, w którym mówi się „sprawdzam" i na podstawie wyników okaże się, kto ile jest wart, jak wielkie zaplecze elektoratu potrafi zmobilizować i gdzie ten elektorat jest. Bo przecież — nawet jeśli ktoś by bardzo chciał — rezultat wyborów samorządowych, poza dostępem do konfitur ukrytych w budżetach — na tym poziomie, o którym nam się mówi, że na nim odbywa się starcie, będzie miał wymiar co najwyżej symboliczny.

    Ale już teraz widać, że to chaotyczne wymieszanie plebiscytu politycznego z lokalnością, debaty wykraczające poza zasięg spraw leżących w kompetencji samorządów, a jeśli o nich — rażące niekompetencją i pełne pustych obietnic, które trudno przyjmować na serio, a które dowodzą jedynie bezczelności składających je polityków, trudno raczej będzie uznać za podstawę do mówiących cokolwiek wniosków. Poza truizmami, które można wygłosić i bez wyborów.

    Mówienie do znudzenia o dokonującej się polaryzacji społeczeństwa zdaje się być przeinterpretowywaniem sytuacji wynikającej z faktu, że dokonujący analiz sami się „pozycjonują" i to samo przypisują reszcie elektoratu, który nie do końca musi się z tym zgadzać.

    Do czego to wszystko prowadzi?

    Nie rzecz, by prognozować wyniki i nie chcę nawet się tego podejmować. Kto chce — niech wierzy sondażom. Kto woli zdać się na zaskoczenie może przewidzi lepiej, jakimi rezultatami skończą się wybory. Czyli według badań, których podstawy są — powiedzmy to sobie względnie mało reprezentatywne, nawet jeśli partie polityczne mają skłonność do ich fetyszyzowania, a swoim myśleniem życzeniowym i wróżeniu z fusów.

    Były premier Polski Leszek Miller. Moskwa, 2017
    © Sputnik . Valeriy Melnikov
    Cokolwiek się stanie, nie wydaje się jednak, żeby należało oczekiwać, aby ten wskaźnikowy rezultat pokazał jakieś znaczące osłabienie PiS. Pojawiają się w nim pęknięcia, ale przypisywanie im nadmiernego znaczenia jest zdecydowanie przedwczesne. Z kolei obóz KO, starający się wykreować się na reprezentanta całości znaczącej opozycji ma w sobie tych pęknięć więcej i jako zlepek PO i jej bardzo różnych programowo satelitów nie nabiera wiarygodności. Nie mówiąc o tym, czy z punktu widzenia lewicowca naprawdę jest czym aż tak bardzo się przejmować — bo lewicy (wyjąwszy epigonów trzeciodrogowej socjaldemokracji) tak samo daleko i do opcji konserwatywno-narodowej jak i turboliberalnej.

    Ciekawszy — choć zaślepione wizją wykreowanych przez siebie igrzysk media niespecjalnie skłonne są ją zauważać, bo odbywając się w terenie, chciałoby się powiedzieć „w gąszczu", a nie w na arenie i w świetle jupiterów, nie ma w sobie tego widowiskowego waloru — będzie rezultat rywalizacji między PiS a PSL — partią, która słabo wypada w wyborach na poziomie kraju, im dalej w dół struktur, tym bywa silniejsza, dobrze okopana w lokalnych społecznościach. A która odwołuje się do wyborcy o bardzo podobnym profilu jak wyborca PiS.

    Czyli — czyniąc porównanie do świata natury — zajmuje tę samą niszę.

    A w polityce nie ma co liczyć na kropotkinowski altruizm.

    I wiadomo, że od czasu poprzednich wyborów samorządowych, w których PSL zdobył wynik o rząd wielkości przekraczający prognozy, PiS ma go na celowniku.

    Grzegorz Waliński, polski publicysta, Warszawa

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Moskwę oskarżono o ingerencję w wybory, które się jeszcze nie odbyły
    Dar Donalda dla Polski
    Trump podpisał dekret w sprawie sankcji za ingerencję w wybory
    Macki Putina sięgają daleko
    A mogłoby być w Polsce z sensem
    Rosja oskarżyła Google o ingerencję w wybory
    Niezłamasy
    Wałęsa na miarę ZSRR
    Zamiast drwić z Andrzeja Dudy...
    Tagi:
    wybory samorządowe, sprawiedliwość, polityka, wybory, Rząd RP, Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL), Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, SLD, Patryk Jaki, Barbara Nowacka, Rafał Trzaskowski, Opole, Kraków, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz