11:29 22 Listopad 2018
Na żywo
    Józef Piłsudski i Roman Dmowski - ku 100-leciu niepodległości Polski, Poznań, UAM

    100-lecie odzyskania niepodległości przez Polskę: To nie moja rocznica

    © Sputnik . Jekaterina Biespałowa
    Opinie
    Krótki link
    Zofia Bąbczyńska-Jelonek
    399429

    Mam ambiwalentny stosunek do obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Z jednej strony - jest to realna historia wpisana w dzieje mojej najbliższej rodziny. Z drugiej strony - czuję obrzydzenie do wszelkich form jej obchodów, jakie serwują mi sfery obecnie rządzące Polską.

    Przekłamania, nachalna narracja, przewartościowanie ówczesnych idei i preferowana agresja — są zdecydowanie obce mojej psychice i intelektowi. Wywołały wewnętrzny opór. W mojej pamięci historycznej wydarzenia sprzed stulecia nie mają faszystowskich i ksenofobicznych treści.

    Od pewnego czasu, powoli, z dnia na dzień, stawała mi się ta rocznica coraz bardziej obca i daleka. Świętem rodziców, wujów i ciotek, pokolenia, które już odeszło.

    Przestała być moją rocznicą.

    Polska. Warszawa. 11 listopada 2015
    © AP Photo / Czarek Sokolowski
    Spoglądam na nią, jak na 200-lecie wojen napoleońskich, których dzieje oglądałam niedawno w moskiewskim Muzeum 1812 r. Z ciekawością, ale z dystansu i bez emocjonalnego zaangażowania.

    Koncentruję się przede wszystkim na mojej małej ojczyźnie, z którą jestem związana od 70 lat i która nie ma nic wspólnego z dziejami Polski w 1918r.

    Moja mała ojczyzna mieści się na niewielkim kwartale Szczecina.

    Jestem, jak inni, ludnością napływową w tym mieście, przydzielonym Polsce po II wojnie światowe dzięki decyzjom Stalina.

    HISTORIA WPISANA W RODZINĘ

    W wydarzeniach sprzed stu lat brali czynny udział członkowie mojej najbliższej rodziny — mama i jej rodzeństwo, przede wszystkim jej bracia — Józef i Tadeusz, Jeziorowcy. Ich czyny bojowe zostały zapisane na kartach polskiej historii.

    Józef, starszy z maminych braci, w stopniu starszego ułana, „za dzielność i wierną służbę Ojczyźnie, ku pamięci przebytych bojów w obronie Lwowa i Kresów Wschodnich w r. 1918-1919", z rąk gen. Tadeusza Rozwadowskiego, dowódcy Armii „Wschód", otrzymał 19 marca 1919r. we Lwowie odznakę honorową „Orlęta".

    Niedawno wyszperałam w dokumentacji historycznej informację, że Naczelne Dowództwo Wojsk Polskich w Galicji Wschodniej (Armia „Wschód"), utworzone z polskich żołnierzy służących armii austriackiej i Legionach Piłsudskiego, w listopadzie 1918r. zostało skierowane do walki z Ukraińcami.

    Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa, 05.11.1927, Warszawa
    © AP Photo / Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa
    Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa, 05.11.1927, Warszawa
    W polskiej historii raczej pomija się wysiłek zbrojny i rolę Armii „Wschód", chociaż w wojnie polsko-ukraińskiej jej żołnierze walczyli ze znacznie większymi siłami ukraińskimi, którym przy przewadze liczebnej — nie udało się zdobyć Lwowa i wyprzeć polskich wojsk za San.

    Towarzysze broni, a właściwie szabli i lancy, wuja Józefa leżą pochowani na Cmentarzu Orląt we Lwowie.

    Współorganizatorem Armii „Wschód" był gen. Władysław Sikorski. Po ćwierćwieczu, gen. Sikorski ponownie wkroczył w życie naszej rodziny. Moja mama: Jadwiga Bąbczyńska, z domu — Jeziorowska, po przedostaniu się z zaatakowanej przez hitlerowców Gdyni do Wielkiej Brytanii, zostaje teletypistką w londyńskim sztabie gen. Sikorskiego.

    I tak w dziejach rodziny obie wojny światowe mają swoje epizody. Z rodzinnych opowieści o wydarzeniach sprzed 100 lat, moja pamięć zachowała ich strzępy, ale pamiętam, jak mama, wówczas 13-latka, opowiadała o rozbrajaniu Niemców na ulicach Warszawy, w chwili zakończenia I wojny światowej.

    Młodszy z maminych braci — Tadeusz, należy do najmłodszych odznaczonych Krzyżem Walecznych. Otrzymał go za udział w obronie Płocka w dniach 18-19 sierpnia 1920r. Miał wtedy niespełna 12 lat i dostarczał amunicję na barykady. Z opowieści babci, zachowała się anegdota o tym, jak „Tadzio z kulomiotem przed bolszewikami Płocka bronił".  W uzasadnieniu przyznania mu bojowego odznaczenia napisano: „….kiedy wybito obronę barykady koło poczty a ranni żołnierze opuścili barykadę pozostawiając karabin maszynowy, ochotnik Tadeusz Jeziorowski porwał i uniósł wymieniony karabin. Pędzony przez konnych bolszewików w ostatnim momencie ciałem swym go przykrył". Krzyż otrzymał z rąk marszałka Piłsudskiego 10 kwietnia 1921r. W nagrodę został też skierowany do Korpusów Kadetów, najpierw w Modlinie, potem we Lwowie, gdzie zdał maturę.

    Losy wuja Tadeusza na zawsze związane były z polskim wojskiem. Został lotnikiem. Skończył szkołę podchorążych w Dęblinie, w 1931 r. prezydent II RP mianuje go podporucznikiem a minister spraw wojskowych, przydziela do 3 Pułku Lotniczego w Poznaniu.  W chwili wybuchu II wojny światowej służył jako oficer taktyczny w III Dywizjonie Myśliwskim tego pułku. Zginął 4 września 1939r. w walce powietrznej z hitlerowskim Luftwaffe nad lotniskiem polowym dywizjonu w Widzewie.

    Pośmiertnie, w stulecie swoich urodzin (2008r.), „w uznaniu czynu wybitnej odwagi i męstwa, okazanego w walce z niemieckim najeźdźcą", został odznaczony Krzyżem Srebrnym (V kl.) Virtuti Militarni.

    Tadeusz Jeziorowski wraz z bratem Józefem i Zbigniewem, też lotnikiem, który zginął nad Zatoką Walijską w czasie II wojny światowej — patronują obecnie Szkole Podstawowej nr 1 w Płocku. Sam Tadeusz Jeziorowski jest patronem kilku drużyn harcerskich.

    Historia mojej najbliższej rodzina jest wpisana w stulecie niepodległej Polski, tak samo jak w obie wojny światowe ubiegłego wieku. Mama urodziła się w zaborze rosyjskim, tata w austriackim, ja w „emigranckiej" Szkocji, mieszkam na dawnych ziemiach pruskich i III Rzeszy.

    To wszystko jest stygmatami tej samej współczesnej Polski.

    Stulecie powinno przykryć kurzem historii te stygmaty, zabliźnić je, zwłaszcza teraz, gdy jesteśmy częścią zjednoczonej Europy.

    Tyle, że ja coraz bardziej obco czuje się we własnym, przeraźliwie podzielonym kraju, w którym jego historia — nie łączy, a dzieli społeczeństwo.

    I CO DALEJ?…

    Nie miałam okazji poznać swoich wujków. Ale słuchałam opowieści rodzinnych na ich temat. Była pamięć o nich i ich dokonaniach, nie było natomiast jakiegoś nienaturalnego kultu.

    Pomnik księcia Józefa Poniatowskiego w Warszawie.
    © Sputnik . Krzysztof Żurek
    Ten kult pojawił się od niedawna u niektórych kuzynów. Zaczęli wygrywać na tym swoje polityczne profity. Bo moje pokolenie, moje kuzynostwo — jest głęboko podzielone ideologicznie i mentalnie, jak cała Polska. Rozmawianie o rodzinnej przeszłości kończy się kosmicznymi awanturami, więc umyka ona gdzieś w zakamarki świadomości, jako zbędny balast.

    Mieszkając na pograniczu polsko-niemieckim, w mieście urodzenia wielkiej rosyjskiej imperatorowej Katarzyny II, skąd mam bliżej do Berlina i Wiednia, niż do Warszawy, bywając w Rosji i Niemczech — patrzę się na historię Polski przez pryzmat wydarzeń w całej Europie, a nie polonocentrycznie.

    Wydarzenia w Polsce po zakończeniu I wojny światowej traktuję normalnie, a nie wyjątkowo.

    I szalenie mi brakuje w publicznym przekazie o minionym stuleciu i jego korzeniach — owej normalności, dystansu do wydarzeń.

    Moja mała ojczyzna należy do Polski od 1945r. Nie ma w niej żadnych miejsc pamięci czy postaci w historii, związanych z setną rocznicą odzyskania niepodległości przez Polskę.

    Można by się ewentualnie spierać o Katarzynę II, ale i tak jej udział w rozbiorach Polski jest szalenie wypaczany w polskim przekazie historycznym. I nie ta epoka. Tu nikt nie walczył o ziemie dla odradzającej się Polski, nie toczył bitew z armią bolszewickiej Rosji ani wojskami ukraińskimi, nie rozbrajał Niemców w wyniku zakończenia I wojny światowej.

    Bo tu sto lat temu nie było po prostu żadnej Polski.

    We współczesnym Szczecinie mieszka już trzecie i czwarte pokolenie Polaków. Przybyli tu z różnych regionów Polski, także z dawnych Kresów Wschodnich, z emigracji. Pewnie są wśród nich i tacy, których najbliżsi walczyli na różnych frontach I wojny światowej lub wnosili wkład w odzyskanie przez Polskę niepodległości. I być może, stulecie odzyskania niepodległości jest dla nich ważne.

    Dla mnie jest o niebo ważniejsze, komu zawdzięczam, że Szczecin, moja mała ojczyzna, jest polski, a ja od dziesięcioleci żyję w nim w pokoju.

    Moja wdzięczna pamięć nie sięga stu lat, ale końca II wojny światowej, decyzji Józefa Stalina, pierwszych osadników i budowania zrębów polskiej władzy na tych ziemiach.

    Obchody 100-lecia odzyskania niepodległości Polski w stalinowskim podarunku dla naszego kraju, przy jednoczesnym burzeniu pomników wdzięczności dla radzieckich żołnierzy, dzięki którym tu mieszkam — jest chyba największym paradoksem naszej najnowszej historii.

    Smutnym i ponurym. 

    Chyba nie o taką Polskę — skłóconą, podzieloną, o plugawych zachowaniach wobec tych, którzy na jej ziemi oddali życie w bojach z hitlerowskim najeźdźcą — walczyli moi wujowie sto lat temu. Nie tak pojmowali polską niepodległość.

    Zofia Bąbczyńska-Jelonek, publicystka polska, Szczecin

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Już jest i ma 6 metrów. Nowy pomnik Lecha Kaczyńskiego (foto, wideo)
    Opowieści sienkiewiczowskie
    Urban: Niepodległość dziś dla Polski nie jest wartością (wideo)
    Zdrada stanu „czerwonej" Zosi
    Rosja leżała u moich stóp, wielka i niezniszczalna
    Korwin-Mikke: 9 kwietnia 2008 roku utraciliśmy niepodległość (wideo)
    Być Żydem w Polsce
    Warszawa w cieniu Helsinek: doktryna Trumana wiecznie żywa?
    Hej na koń, lance w dłoń, Moskala goń, goń, goń!
    Nadchodzi koniec roku, dorośnijmy!
    Tagi:
    I wojna światowa, polityka, emigracja, II wojna światowa, 100-lecie Niepodległości, Rząd RP, Jadwiga Bąbczyńska, Katarzyna II, Józef Piłsudski, Zofia Bąbczyńska-Jelionek, Stalin, Płock, PRL, Szkocja, Lwów, Szczecin, ZSRR, Europa, Niemcy, Rosja, Ukraina, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz