17:35 16 Listopad 2018
Na żywo
    Zwolennicy Donalda Trumpa podczas wyborów w USA

    Trump zatrzymany?

    © AFP 2018 / Don Emmert
    Opinie
    Krótki link
    Konrad Rękas
    6341

    Gdybyśmy chcieli ulec typowo polskiemu przekonaniu, że cały świat zapatrzony jest tylko w to, co dzieje się nad Wisłą – moglibyśmy uznać, że także amerykańskie wybory śródterminowe odbyły się według niedawnego polskiego wzorca samorządowego.

    W USA, niczym w Polsce — przecież wszyscy wygrali! Jednak tak jak i w naszych sejmikach — tak i w Kongresie USA nie jest to prawda.

    Nieszczęśliwie zakochani w Ameryce

    Polacy znani są ze swego tyleż entuzjastycznego, co płytkiego zaangażowania w amerykańską politykę. To znaczy od kilku już pokoleń nasi rodacy mają skonkretyzowane pojęcie kogo w Waszyngtonie lubią (głównie tych „twardych dla Ruskich i czerwonych"), a komu zdecydowanie nie ufają (oczywiście, „nie dość twardych dla Ruskich i czerwonych"). Co ciekawe — nie ma to też żadnego z związku z realnymi interesami Polski i Polaków, ani ze stosunkiem do nich ze strony amerykańskich prezydentów, kongresmenów i polityków głównych partii. Przeciwnie, pewną prawidłowością jest i było, że im konkretniej któryś „przywódca wolnego świata" działał ze szkodą dla polskiej racji stanu (a to wprost wdrażając sankcje przeciw Polsce, a to sponsorując dalsze zniszczenia ekonomiczne w naszym kraju, a to wreszcie wciągając nas w bezpośrednią orbitę wpływów USA) — tym więcej miał polskich fanów. Wystarczyło, że z raz wydukał coś, jak bardzo podziwia Polskę i God Bless — a już niemal wszyscy uznawali, że przecież „łobuz kocha najbardziej!" i nic już nie mogło zakłócić żaru naszych uczuć.

    Zwłaszcza, że drugim kryterium polskiego poparcia — jest najczęściej „bo ONI go nie lubią!… bo tamci mają miny!" itp. Donald Trump idealnie pasuje do obu — pozuje na twardziela, parodiuje szczególnie ukochanego nad Wisłą Reagana, powiedział, że nas kocha i jeszcze ma zestaw krytyków, których przyzwoity wyborca III RP-owskiej centroprawicy w życiu by na bigos nie zaprosił! Kiedy więc aż tak fajny prezydent Ameryki mówi, że wybory wygrał — to musi mieć rację, koniec, kropka! Zwłaszcza, że media pro-rządowe w Polsce jeśli w ogóle zajmują się sprawami zagranicznymi (a nie opiewaniem nieustających sukcesów władzy) — to wyłącznie by wywodzić, jak to tak naprawdę to PiS wygrało wybory w Austrii, we Włoszech, a teraz właśnie w Stanach.

    Jeśliby jednak nawet zauważyć, że większość w Senacie wygrała Partia Republikańska — a nie Prawo i Sprawiedliwość — to i tak nie da nam to pełnego obrazu bieżącej sytuacji w USA.

    Pyrrusowe zwycięstwo w Senacie

    Po pierwsze, co trzeba podkreślić — specyfika Midterms Elections nie daje obu wielkim równym partiom szansom jednakowych punktów startu. Demokraci walczyli o utrzymanie 23 miejsc w izbie wyższej — a Republikanie tylko 8 (pro-demokratyczni niezależni — dwóch). W dotychczasowej historii wyborów był to najniekorzystniejszy układ dla jednego ugrupowania. W tej sytuacji odbicie tylko trzech mandatów senatorskich (przy utracie jednego — a nie wszystkie procedury liczenia głosów zostały zakończone podczas pisania tego artykułu) przez Republikanów trudno uznać za sukces znaczący — zwłaszcza, że liczono na zdobycie przewagi co najmniej 10 miejsc w Senacie. W istocie więc prezydent może być pewny jedynie tie-breaking vote wiceprezydenta Mike'a Pence'a — i to przy podkreśleniu, że nawet utrzymana większość republikańska nie oznacza wcale większości prezydenckiej. Umówmy się bowiem — jeśli Utah wybrało na senatora Mitta Romneya, to oznacza tylko, że Trumpowi przybył tylko kolejny potencjalny krytyk w Kongresie, na razie tylko upozowany na „szorstką przyjaźń", a w istocie czekający jedynie na kolejne potknięcia Białego Domu i gotów do ich wypunktowania w interesie establishmentu Grand Old Party). Mając takich… „przyjaciół" Trump powinien więc być raczej, par excellence zadowolony, że miejsce w Senacie obronił jego zdecydowany, ale jawny krytyk i niedoszły konkurent — Bernie Sanders.

    Wybrany ponownie senatorem z Vermont weteran amerykańskiej socjaldemokracji, tym razem startując formalnie poza Partią Demokratyczną (co też zostało łatwo odczytane jako kolejne odżegnanie się od postawy elit partyjnych) zdobył aż 67,4 proc. głosów, w dodatku nie ograniczając się do krytyki trumpowej polityki ubezpieczeń zdrowotnych czy imigracyjnej (jak reszta Demokratów, a nawet część Republikanów), ale przeprowadzając bodaj jedyną w obrębie amerykańskiego głównego nurtu całościową odmienną wizję polityki wewnętrznej i zwłaszcza zagranicznej USA.

    Od zeznań podatkowych do impeachmentu?

    Oczywiście też jednak głos Demokratów będzie dobiegać przede wszystkim z Izby Reprezentantów — i to jest dla administracji prezydenckiej realny problem, choć i okazja, by mieć na kogo zwalać odpowiedzialność za niepowodzenia i odstąpienie od programu wyborczego Trumpa. Przewaga 30 miejsc daje opozycji silną legitymację i znakomitą platformę dla utrudniania życia Białemu Domowi — na przykład przez powrót do kwestii zeznań podatkowych Trumpa, które stają się czymś na kształt cygara Clintona i metryki Obamy - legendami do młotkowania prezydenta. Ponadto zaś — po pierwsze, gdyby elity obu partii faktycznie miały dość tego rudego awanturnika, to jest już gdzie zacząć dyskusję o impeachmentu. A po drugie — kongresmeni demokratyczni są w tej komfortowej sytuacji, że wobec słabej bo słabej, ale jednak większości republikańskiej w Senacie i wrogiego prezydenta nikt ich jakoś szczególnie z obietnic wyborczych rozliczać nie będzie, podczas gdy oni mogą skutecznie sabotować przynajmniej niektóre pomysły Trumpa (np. podatkowe).

    Co naprawdę zyskał wyborca Trumpa?

    W dodatku w szeregach Demokratów coraz śmielej do głosu dochodzi lewe skrzydło, krytykujące prezydenta nie tylko/nie z tyle pozycji liberalnych w rozumieniu europejskim, ale amerykańskim, a więc bliższym socjaldemokracji. A właśnie bój o głosy ludzi pracy, którzy ostatnio zaufali „człowiekowi spoza układów" — czyli będącemu kwintesencją amerykańskiego establishmentu Trumpowi — może rozstrzygnąć wybory w 2020 r. Demokraci mogą czuć się bezpiecznie — mają młodzież, tradycyjnie mniejszości, no i coraz bardziej nakręcone do polityki kobiety. Jeśli więc jeszcze wrócą do pozycji sprzed lat kilkudziesięciu i przekonają wyborców, że są znów Demokratami Wielkiego Społeczeństwa, a nie tylko wielkiego biznesu — wejdą na pole ukradzione przez Trumpa i jego pseudo-antyelitarny populizm. A dla dwojga nie ma tam miejsca.

    Już obecny sukces Demokratów wynika w dużej mierze ze zmiany ich dominującej narracji i skupieniu na krytyce polityki zdrowotnej i podatkowej prezydenta, a nie — jak robiły to dotąd elity partyjne — tylko kwestii imigranckiej i wrażenia robionego przez Trumpa na świecie. Z drugiej jednak strony tam, gdzie zwłaszcza w Stanach przygranicznych Demokraci próbowali przejąć część frazeologii imigrancko-sceptycznej — nie zostało to kupione przez elektorat. Podtrzymuje to więc stanowisko domagających się „odskoczenia od Republikanów" i przynajmniej taktycznego wyraźniejszego wyartykułowania odmiennej platformy programowej, mocniej skupionej na sprawach socjalnych, redystrybucji, powszechności ubezpieczeń zdrowotnych, kontroli korporacji i równiejszego rozłożenia korzyści z obecnej oficjalnie pro-produkcyjnej polityki Waszyngtonu. Słabością Trumpa pozostaje bowiem, że nieustannie powołując się na poprawiające się wskaźniki makroekonomiczne, zmniejszenie deficytu i ożywienie produkcji — nie potrafi wskazać jakie korzyści odnosi z nich nie wielki kapitał, ale jego przeciętny wyborca. W istocie bowiem rywalizacja między sektorem bankowym, a przemysłowym nieszczególnie interesuje Amerykanów — skoro przypływ uparcie nie chce unosić ich małych łódek.

    Teraz winne Chiny!

    Choć wybory w USA rozstrzygają kwestie wewnętrzne, zwłaszcza socjal-ekonomiczne, a nie międzynarodowe — to przecież nie byłby to ulubiony show Ameryki bez opowiadania o „zagranicznych wpływach". I tu mieliśmy do czynienia z interesującą zmianą. Otóż jeśli jeszcze mniej więcej do połowy roku wydawało się oczywiste, że znowu to Rosja zostanie rytualnie oskarżona o hackowanie, inwigilowanie i w ogóle wygrywanie dla kogoś listopadowych wyborów — o tyle od wakacji akcenty uległy zmianie i na wroga numer 1 awansowały Chiny. Może to sugerować, że objawiane ostatnio przez Trumpa (przy wszystkich jego slalomach) dążenie do pewnej odwilży w relacjach amerykańsko-rosyjskich (z ostrzem potencjalnie anty-chińskim) — mogłoby okazać się trwałe i celowe. Wprawdzie wobec samych wyników, a zwłaszcza ogłoszenia się przez Trumpa zwycięzcą wyborów — ciężko byłoby ustalić o co właściwie miałoby rzekomym „chińskim hakerom" chodzić, jednak przecież nie o to chodzi! Ważne, że polityka taka jak amerykańska musi mieć wyraźnego, czytelnego wroga, łatwego do pokazania społeczeństwu w celu jego mobilizacji, a w każdym razie uzyskania rozgrzeszenia dla kolejnych wojen i biznesów. I w tym sensie faktycznie, wybory jako element kampanii antychińskiej — mogą, ale tylko mogą stać się potencjalnym sukcesem Trumpa i jego zaplecza. Tyle tylko, że realna konfrontacja z Chinami bez normalizacji relacji z Rosją nie jest opcją możliwą, a przede wszystkim bezpieczną dla USA i nawet taki ryzykant i efekciarz jak obecny prezydent musi to rozumieć. Również i pod tym względem czas beztroskiego brykania Trumpa może dobiegać końca.

    Jak na „zwycięzcę wyborów" — prezydent USA ma więc wystarczająco dużo powodów do zastanowienia (o ile mu się takie przydarza). Tym razem Trump nie został bowiem powstrzymany przez szachujące go i szantażujące elity partyjne — ale przez społeczeństwo amerykańskie. A co to za populista bez poparcia wyborców?

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Trump ogłasza „sukces wyborczy”
    Trump nazwał swoją wygraną wyborczą „najgorszym wydarzeniem” dla Rosji
    Trump podpisał dekret w sprawie sankcji za ingerencję w wybory
    Tagi:
    wybory, Bill Clinton, Donald Trump, Barack Obama, USA, Rosja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz