Widgets Magazine
02:07 24 Lipiec 2019
Strajk w LOT

Politycy i związkowcy razem w obronie ludzi pracy? (wideo)

© Zdjęcie : J. Augustyniak
Opinie
Krótki link
Jarosław Augustyniak
180

W centrum konferencyjnym „Kopernik” w Warszawie odbyła się debata miedzy działaczami społecznymi, politycznymi i związkowymi, która w założeniach organizatorów ma być wstępem do stałej szerokiej współpracy dla dobra ludzi pracy i przestrzegania ich praw przez pracodawców.

Z taką propozycją podjęcia wspólnych działań, polegających na monitorowaniu naruszeń praw pracowniczych i podejmowaniu wspólnych działań w ich obronie do związkowców wyszedł Piotr Ikonowicz, przewodniczący Ruchu Sprawiedliwości Społecznej.

Jak sam stwierdził, on i jego organizacja, mają duże doświadczenie w walce o prawa lokatorskie i blokadach eksmisji na bruk  „Okazuje się jednak, że dziś większym problemem dla ludzi są ich prawa pracownicze niż problemy lokalowe, których większość przecież nie ma". Oznacza to chyba, że chce zmienić profil swojej działalności, dotychczas kojarzonej przede wszystkim z eksmisjami na bruk.

Związki zawodowe mają struktury i pieniądze, a działacze społeczni i polityczni swoją aktywność i chęć podejmowania wspólnych działań. Tak kiedyś w czasach, gdy polityka była polityka a nie postpolityką jak dziś, budowało się przecież lewicę.

Niedawny strajk w LOT odbił się w Polsce szerokim echem. Pracodawca, będący od kilku lat w sporze zbiorowym z pracownikami postanowił spór rozwiązać zwalniając z pracy Monikę Żelazik, przewodniczącą związku zawodowego personelu lotniczego i główną negocjatorkę ze strony pracowniczej w tym sporze.

Na Dzikim Zachodzie rozwiązywało się problem w ten sposób, że jak ktoś sprawiał problem wyciągało się colta, strzelało się i było po problemie. Prezes LOT mógł wystrzelić tylko z korkowca. Jej współpracownicy stanęli za nią murem i doprowadzili do strajku w liniach lotniczych. Jednym z najważniejszych postulatów było przywrócenie Żelazik do pracy.

Prezes LOT, Rafał Milczarski, o którym związkowcy mówią, że wolał narazić firmę na wielomilionowe straty (przez kilkanaście dni nie odbyło się wiele z zaplanowanych lotów) niż ustąpić tym, którzy tę firmę tworzą i pracują na jej zyski. Mówi się o nim – thatcherowski manager, który skończył studia w Wielkiej Brytanii. To co wyprawia w państwowej firmie, za nasze pieniądze, przekracza wszelkie granice. Związek pozywa w sądzie o odszkodowanie za wiosenny strajk w wysokości 1,7 mln złotych. Dodajmy, że był to strajk, który się nie odbył. Nie było wtedy sądowej zgody na strajk, ale ponoć już same wieści o nim, o referendum strajkowym, o tym, że może do niego dojść, naraziły na uszczerbek wizerunek firmy, pasażerów skłoniły do zmiany przewoźnika, a jeszcze innych… zestresowały.

Prezes Milczarski wziął kalkulator i policzył, ze poniósł z tego tytułu szkody w wysokości 1,7 mln złotych. Strajk miał się zacząć 1 maja po referendum strajkowym, w którym za strajkiem opowiedziało się wtedy 90% pracowników. Szefa struktur mazowieckiego OPZZ Piotra Szumlewicza, Milczarski pozywa za to jak się o nim wypowiadał w mediach o kolejne 200 tys. złotych.

W czasie niedawnego strajku zwolnił, oczywiście bez wymaganych konsultacji ze związkami zawodowymi, 67 osób, które odmówiły wejścia na pokład samolotów, bo strajk, jak większość pracodawców, arbitralnie uznał za nielegalny. Strajk w końcu został zawieszony. Żelazik i 67 innych pracowników wrócili do pracy. Na skutek ugody zarząd „wspaniałomyślnie" wycofał pozew o ten milion siedemset tysięcy złotych. Wszystko wróciło do punktu wyjścia. Żadne problemy, które były przedmiotem długotrwałego sporu z pracodawcą nie zostały rozwiązane, a jedynie niektóre z tych, które stworzył sam Milczarski już w czasie trwania sporu.

Strajk w LOT to świeża sprawa. Podczas spotkania dla związkowców była okazja do tego, by o nim opowiedzieć. Na spotkaniu jego historia i różne represje prezesa wobec pracowników stały się podstawą innych podobnych relacji jak choćby z Amica Wronki, która z kolei za określenie, że w tej firmie „panuje bezprzykładny wyzysk" pozwała Piotra Ikonowicza o zapłatę 60 000 złotych. Prelegenci podkreślali, że żyjemy w czasach przyzwolenia władz na wyzysk i łamanie praw pracowniczych przez pracodawców, braku skutecznej ochrony przed wyzyskiem, sytuacji, w której wiele praw, łącznie z tymi konstytucyjnymi, pozostaje jedynie na papierze.

Wszystko to dzieje się w czasach ogólnej nędzy ruchu związkowego i niskiego do nich zaufania, ponieważ do związków zawodowych należy tylko 12% pracujących Polaków, podczas gdy np. w Danii uzwiązkowienie sięga 70%, a nienależenie do związku zawodowego uważa się za przejaw nieodpowiedzialnej beztroski. Średnia w całej Unii Europejskiej to 23%.

Zastanawiano się więc nad zwiększeniem skuteczności działań związkowych i poprawy ich wizerunku wśród ludzi pracy jako organizacji walczących o ich prawa. Ikonowicz zaproponował wydawanie wspólnymi siłami pracowniczej gazety, która miałaby się stać takim ogólnopolskim źródłem informacji o wyzysku, łamaniu praw oraz miejscem spotkań, rodzenia się pomysłów i konsolidowania wspólnych działań.

W latach 80., w czasach „totalitaryzmu" i „zniewolenia" co drugi strajk „Solidarności" to był strajk solidarnościowy. Ludzie podchodzili do tego bardzo odpowiedzialnie. Jeśli źle działo się np. pielęgniarkom to po to, by walcząc o swoje interesy nie odchodziły od łożek pacjentów, strajkowały za nie inne branże. Gdy tylko nastała nowa władza, która wygrała niosąc sztandary związkowe, natychmiast zakazała jakichkolwiek strajków solidarnościowych. Takie strajki stały się nielegalne.

W czasach „totalitaryzmu", gdy ludzie pracy czuli się krzywdzeni albo chcieli polepszyć warunki swojej pracy i płacy, po prostu organizowali strajk. W czasach „wolnej" Polski związek zawodowy musi przejść długą procedurę sporu zbiorowego, czasem kilkumiesięczną, by zorganizować strajk, który nie zostanie potem uznany przez sąd za nielegalny, a jego przywódcy nie zostaną skazani na wysokie kary pieniężne. Panuje strach. Dużo większy niż był w czasach, gdy tej „wolności" nie było. Rozmawiano więc też o potrzebie zmian legislacyjnych, które polepszyłyby sytuację pracownika w jego starciu z silniejszym od niego pracodawcą.

Strach jest teraz dużo większy niż w latach 80.. Wtedy za strajk można było wylecieć z pracy. Nową pracę można było znaleźć za rogiem. Dziś strach przed utratą pracy skutecznie paraliżuje ludzi przed postawieniem się pracodawcy. Zwłaszcza w miejscach pracy, w których nie ma związków zawodowych, czyli w większości takich miejsc. W czasach „zniewolenia", bywały zwolnienia z pracy, ale nigdy nie słyszałem, by kogoś próbowano straszyć pozwem o zapłatę za strajk. Teraz, w wolnej Polsce, która wstała z kolan, trzeba mieć tylko w kieszeni 200-500 tysięcy, a czasem milion i więcej na zabezpieczenie powództwa jakie może wytoczyć nam pracodawca i… wtedy można strajkować. Bo kto bogatemu zabroni?

Było to pierwsze tego typu spotkanie, do którego zorganizowania zachęciły udane protesty francuskich „żółtych kamizelek"; spotkanie, na którym związkowcy poznawali się z politykami i działaczami lewicy społecznej. Przełamywali nieufność, własne ambicje i partykularne interesy. Czy im się to uda? Mała organizacja współpracująca z o wiele silniejszymi od niej związkami zawodowymi będzie musiała im udowodnić, że mają one w tym także swój interes. Zapowiedziano następne spotkania. Zobaczymy. Wiele zależy od tego, czy będą one kontynuowane. Czy też jak to nieraz już na tej lewicy na lewo od SLD bywało, wszystko zakończy się na jednym spotkaniu.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Francja: „Żółte kamizelki" nadal protestują
Muzułmański imam: Polska to nie Francja (foto)
Czy we Francji dojdzie do rozłamu narodowościowego?
Tagi:
sprawiedliwość, walka, totalitaryzm, praca, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Rafał Milczarski, Piotr Ikonowicz, Wielka Brytania, Francja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz