Widgets Magazine
01:38 20 Wrzesień 2019
Grzegorz Schetyna

Rozmiar Schetyny

© AFP 2019 / TOBIAS SCHWARZ
Opinie
Krótki link
Autor
1170
Subskrybuj nas na

Wyznanie osobiste: przez 25 lat pracy zawodowej nabawiłam się megalomańskiego mniemania że rozumiem, o co chodzi w polityce. Grzegorz Schetyna wyleczył mnie z tego złudzenia. Jak bozię nieistniejącą kocham: nie jestem w stanie wymyślić żadnego uzasadnienia dla decyzji Schetyny o rozpirzeniu Nowoczesnej akurat w tym momencie.

Gdyby zrobił to na chwilę przed wyborami — jasne, to sposób postawienie (przepraszam za niezamierzoną ironię) „partnera" pod ścianą, zmuszenia go do przyjęcia ochłapów na listach. Po roku funkcjonowania w ramach Koalicji Obywatelskiej, Nowoczesna — już bez własnych notowań czy osobnych działań kampanijnych — musiałaby bez gadania przyjąć to, co daje jej Schetyna. Mało tego: u schyłku kadencji, decyzja o połączeniu klubów — czyli rezygnacji z jednego wicemarszałka, kilkunastu miejsc w prezydiach komisji, dodatkowego czasu klubowego w debatach — nie kojarzyłaby się ze stratą, bo już nikogo nie obchodziłoby to, co dzieje się w Sejmie, który za chwilę przestanie istnieć. Dziś — na rok przed wyborami — takie decyzje zdają się marnotrawstwem, a wyborcy marnotrawstwa nie lubią.

Tym bardziej, że — tak na zdrowy chłopski rozum — rację mają ci posłowie N., którzy, jak Lubnauer, Szłapka czy Meysztowicz, mówili, że rezygnując z części swoich sejmowych możliwości, opozycja nie dostaje nic w zamian; że powołanie wspólnego klubu nie przynosi żadnej wartości dodanej. Za to zwerbowanie 6 posłów „partnera", wbrew woli jego klubu wyrażonej w głosowaniu, to woda na młyn tych wszystkich, którzy przestrzegali, że Schetyna nie ma uczciwych zamiarów i  o żadnym partnerstwie nie może być mowy. Jedyne, co może tłumaczyć wrogie przejęcie kasty Gasiuk-Pihowicz przez Schetynę — to jego chęć pokazania, że ma większe jaja niż Lubnauer. Co, w kontekście istniejącej między nimi sporej różnicy płci, wydaje się raczej małostkowe.

Mało tego — to także nauczka dla innych. Fatygant, który obiecuje kobicie ożenek, a potem kradnie jej futro, traci w oczach innych potencjalnych narzeczonych. Od marnego wyniku SLD w wyborach samorządowych, wielu sympatyków tej partii — ja w tej masie — martwiło się płynącymi ze strony Włodzimierza Czarzastego sygnałami o jego otwarciu na koncept „Koalicji Obywatelskiej". Czarzasty oczywiście każdą swoją wypowiedź zaczynał od jednoczenia lewicy, ale na drugim miejscu, nieubłaganie, pojawiała się idea „silnego bloku proeuropejskiego", według koncepcji Cimoszewicza — czyli krótko mówiąc PiS i antyPiS. Koncept wspólnej listy lewicy i prawicy,  socjalistów i neoliberałów, postępowców i konserwatystów — to, w mojej opinii, ponury dowód na słuszność tezy Kaczyńskiego, że przeciwko dobrej zmianie występuje zwarty bezideowy front beneficjentów III RP, którzy chcą tylko z powrotem dorwać się do koryta. Skok Schetyny na Lubnauer wyraźnie oddala tę groźbę.

To oczywiście nie oznacza, że szczęśliwą alternatywą jest koncepcja rozdrobnionej opozycji, która rusza do wyborów w czterech czy sześciu komitetach, a system d'Hondta i próg wyborczy gwarantują pisistom totalne zwycięstwo. Rozwiązanie optymalne zdaje się leżeć pośrodku: w dwóch blokach opozycyjnych, wyraźnie rozróżnionych na lewicowy i prawicowy; ale też — co po ostatnim wybryku Schetyny staje się szczególnie ważne — dyktatorski i partnerski. Taki, w którym hegemon bierze co chce, przystawki karmiąc odpadkami — i taki, w którym, żeby użyć wyrażenia Czarzastego, „struktury o podobnych potencjałach" w porozumieniu wypracowują tyleż kształt list, co minimum programowe i żaden z partnerów nie dowiaduje się o tym z telewizji.

Nowoczesna nie jest partią lewicy — to pewne. Ale jest partią postępowych wartości obyczajowych — w odróżnieniu od Platformy, którą Schetyna, zgodnie ze swoją deklaracją sprzed dwóch lat, postanowił „zakotwiczyć" w „konserwatywnym modelu politycznym opartym na chrześcijaństwie", zwłaszcza poprzez obronę „kompromisu aborcyjnego". Co równie ważne — pozbycie się z szeregów N. Ryszarda Petru,  uwolniło ją od tej strasznej, post-balcerowiczowskiej gęby. Dzisiejszy publiczny wizerunek Nowoczesnej to nie fetysz wolnego rynku, tylko związki jednopłciowe, aborcja z przyczyn społecznych, likwidacja finansowania nauki religii z budżetu. Osobiście należę do tych lewaków, którzy uważają, że progresja podatkowa jest ważniejsza od zerwania konkordatu — ale nikt z nas nie jest na pozycji, na której może sobie pozwolić na wybrzydzanie. Jeśli mamy stworzyć lewicowy blok wyborczy — „to, co łączy" musi nam, choćby przejściowo, przesłonić „to, co dzieli".

Wraz z ostatnim występem Schetyny szansa stworzenia takiego bloku wyraźnie wzrosła.

To bardzo ładnie z jego strony.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Krótka historia o wolności słowa według Schetyny
Można obalić PiS… ale po co?
Dlaczego Tusk i Schetyna straszą Polaków Putinem?
Tagi:
wybory, Nowoczesna, Prawo i Sprawiedliwość, SLD, Ryszard Petru, Grzegorz Schetyna, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz