Widgets Magazine
11:19 23 Sierpień 2019
Reżyser i publicysta Grzegorz Braun

Grzegorz Braun - specjalnie dla Sputnika: Rozmowa kontrolowana

© Zdjęcie : Grzegorz Braun
Opinie
Krótki link
Leonid Swiridow
329812

Reżyser i publicysta Grzegorz Braun będzie kandydował na prezydenta Gdańska. Zdaniem Brauna mieszkańcy Gdańska w czasie wyborów uzupełniających w Gdańsku zostali pozbawieni możliwości wyboru.

Większość ugrupowań politycznych zdecydowała się nie wystawiać w nich swojego kandydata. Takie decyzje podjęły Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Prawo i Sprawiedliwość oraz Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dlatego reżyser zdecydował się walczyć o fotel gospodarza miasta z Aleksandrą Dulkiewicz.

Grzegorz Braun w 2015 r. startował na prezydenta Polski.

Przedterminowe, uzupełniające wybory odbędą się 3 marca. Termin oficjalnie podał premier Mateusz Morawiecki.

Reżyser i publicysta Grzegorz Braun odpowiada na pytania komentatora Agencji Sputnik Leonida Swiridowa.

—  Chciałem zapytać o Pana start w wyborach uzupełniających na prezydenta Gdańska. Czy to jest prawda?

— Potwierdzam. Fakt rozpisania tych wyborów jest znany publicznie od paru dni. Wiadomo też, że staję do tych wyborów jako jeden z bodaj ośmiorga kandydatów. Trwa właśnie zbiórka podpisów wymaganych do rejestracji kandydatury — za kilka dni wyjaśni się, czy ta polityczna przygoda będzie miała ciąg dalszy.

Okoliczności są szczególne. Być może nie wszyscy wasi czytelnicy śledzą wydarzenia w Polsce z taką bacznością, żeby odnotować gdańską tragedię, która stała się tragedią ogólnopolską, nawet z pewnymi echami międzynarodowymi. Doszło do zabójstwa — pod wieloma względami tajemniczego — prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Stąd przedwczesny wakat na tym urzędzie.

Ale oto zamiast normalnej procedury wyborczej otrzymujemy komunikat partii dotychczas dominujących na polskiej scenie politycznej, że oto nie zamierzają one wystawiać żadnych kandydatów w tych wyborach — tak, aby władzę mogła przejąć w spadku wiceprezydent miasta.

 Dlaczego, Pana zdaniem, tak się stało, że duże partie w Sejmie zapowiedziały, że nie wystawią swych kandydatów w Gdańsku?

— Partie rządzące — myślę, że to jest zjawisko doskonale znane, także i w Moskwie, przejawiają z czasem wyraźne oznaki tego, co po polsku nazywamy uderzaniem wody sodowej do głowy. I w tym wypadku właśnie oligarchowie partyjni jawnie i bez żenady komunikują nam, że de facto właśnie zamierzają przekazywać sobie władzę z rąk do rąk ponad głowami obywateli. To samo w sobie jest kuriozum. I to jest właśnie powód, dla którego zgłosiłem moją kandydaturę — aby zapewnić mieszkańcom Gdańska realny wybór. Wybór, którego chcą ich pozbawić uczestnicy tego partyjnego kartelu, zmowy monopolistów na rynku politycznym.

Ja osobiście akurat nie jestem demokratą — nawiasem mówiąc, jestem monarchistą — ale jestem również państwowcem i jestem człowiekiem, dla którego prawo nie jest obojętne. Więc powiadam, skoro już ustrój demokratyczny został tu zaprowadzony i jest tak celebrowany, to trzymajmy się zasad tego ustroju. Nie zmieniajmy reguł w trakcie gry.

—  Czytałem w polskiej prasie, że też chce kandydować wnuk legendarnej opozycjonistki Piotr Walentynowicz w Gdańsku. Co Pan na to?

— Mam nadzieję, że uda się, chociażby przy okazji tej rozpoczynającej się kampanii, odświeżyć dawną znajomość, ponieważ z Piotrem Walentynowiczem miałem przyjemność poznać się jeszcze przed laty.

Było to w okolicznościach również szczególnych, tragicznych, związanych ze śmiercią jego świętej pamięci babki, Anny Walentynowicz, legendy „Solidarności", która zginęła w okolicznościach również pod wieloma względami tajemniczych i do dziś nie w pełni wyjaśnionych. Stało się to w dniu 10 kwietnia 2010 roku — w związku z tym, co jako komentator sceny politycznej nie ja jeden nazywam zamachem warszawsko-smoleńskim.

Jak niektórzy pamiętają, w kolejnych latach odbyły się aż dwa kolejne pogrzeby pani Anny — ponieważ ekshumacja wykazała, że w zaplombowanej trumnie z Moskwy przysłano do Polski zupełnie inne zwłoki. To zresztą nie jedyny skandal i horror związany z tym wydarzeniem — wciąż niewyjaśnionym choćby dlatego, że wrak rozbitego samolotu do dziś nie powrócił do nas z Rosji. Przynajmniej w tej sprawie będziemy mieli z Piotrem Walentynowiczem w pełni zgodne opinie.

Świętej pamięci Anna Walentynowicz w swoim czasie zaszczycała mnie swoją życzliwością, co przejawiało się między innymi jej obecnością na jednej z moich rozpraw sądowych w sprawie, której tu nie streszczę, ale z całą pewnością mogę ją określić jako polityczną. Pani Walentynowicz była wówczas świadkiem jawnej niesprawiedliwości mnie wyrządzonej i osobiście interweniowała wówczas listownie u prokuratora generalnego-ministra sprawiedliwości — co nie zmieniło mojego losu, zostałem ostatecznie skazany po siedmioletnim procesie za rzekomą napaść na policjanta na służbie, ale pani Annie pozostanę dozgonnie wdzięczny za jej interwencję.

Anna Walentynowicz była człowiekiem bardzo bezkompromisowym w swoim stosunku do wszelkiej niesprawiedliwości. I jestem przekonany, że na tej płaszczyźnie mogę liczyć na pełne porozumienie także z jej wnukiem, aktualnie moim wielce szanownym rywalem w gdańskiej kampanii.

—  Pan działał kiedyś w ruchu antykomunistycznym. Nazywał się ten ruch Pomarańczowa Alternatywa…

— Cieszę się bardzo, że moja biografia nie zaczyna się wczoraj — i że zawiera momenty, dzięki którym bardzo łatwo jest rozpoznać mój profil polityczny.

Można z lekką przesadą powiedzieć, że od kolebki jestem człowiekiem o antysowieckim nastawieniu. To rzecz jasna żart — o tyle na miejscu, że po prostu moja formacja rodzinna uodporniła mnie na wszelkie uroki totalitarnych reżimów. Poprzez historię rodzinną miałem możliwość wczesnego rozpoznania zła systemów socjalistycznych — i systemu narodowego socjalizmu niemieckiego, i międzynarodowego socjalizmu sowieckiego, tego zła, którego zaznali moi bliscy w poprzednich pokoleniach. Więc nie było w tym żadnej mojej zasługi, że od dziecka byłem nieźle uodporniony na komunę.

Miejsce, w którym stał pomnik generała Iwana Czerniachowskiego w Pieniężnie
© Zdjęcie : Diliara Sedowa
Jako reżyser-dokumentalista jestem autorem całego szeregu filmów, które za starego reżimu określano by niewątpliwie jako „antysowieckie". Np. „Defilada zwycięzców" — o wspólnej defiladzie Wehrmachtu i Armii Czerwonej w Brześciu nad Bugiem 22 września 1939 roku. Zrobiłem też kilkuczęściowy cykl filmowy, niestety niedokończony: „Transformacja — od Lenina do Putina" — to jest moja autorska, dokumentalno-komiksowa historia systemu sowieckiego. Nie robiłbym tych filmów, gdybym nie miał moich własnych skromnych doświadczeń i osobistych porachunków z komuną.

W okresie studiów, w drugiej połowie lat 80. we Wrocławiu była, owszem, Pomarańczowa Alternatywa. I byli liczni znajomi z różnych innych organizacji, tych, które tak licznie powstały w okresie jawnego i niejawnego działania Solidarności w Polsce — przede wszystkim znajomi z Solidarności Walczącej i z Solidarności Polsko-Czechosłowackiej. Były ostatnie strajki Niezależnego Zrzeszenia Studentów, w których uczestniczyłem i bojkot uniwersyteckiego Studium Wojskowego, którego to bojkotu byłem jednym z liderów. Ale nie wyciągam tutaj sam żadnej karty kombatanta, bo to były już naprawdę ostatnie podrygi systemu komunistycznego w Polsce.

To wszystko sprawiło, że kiedy tamten system odchodził do lamusa historii, to nie byłem przynajmniej w tych sprawach człowiekiem zdziwionym, ani też, broń Boże, rozczarowanym. Jako rozgrywający się na moich oczach cud zapamiętałem wyprowadzenie ostatnich jednostek Armii Czerwonej z Polski, ten proces zakończył się ostatecznie dopiero w 1993 roku.

Muszę przyznać, że nawet już jako rozpolitykowany młodzieniec ja akurat w żadnym wypadku nie byłem tak przenikliwym prorokiem, żeby to przewidywać: że za mojego życia Polska odzyska przynajmniej promesę suwerenności — to bez wojny. I dzisiaj też traktuję to jako cud.

Tym jednak w najśmielszych przewidywaniach czy też w najgorszych snach nie byłbym się spodziewał, że dożyję z kolei takiej chwili, w której niektórzy moi rodacy będą przedstawiali jako bezalternatywny wzorzec patriotyzmu koncepcję sprowadzania innych wojsk obcych na terytorium Rzeczypospolitej.

O ile tamto było dla mnie cudem — kiedy w telewizji oglądałem ostatnie eszelony jednostek Północnej Grupy wojsk Armii Czerwonej odjeżdżające na wschód, o tyle to drugie, czyli właśnie przedstawianie Polakom doktryny bezpieczeństwa państwa opartej rzekomo bezalternatywnie na instalowaniu w Polsce nowych obcych garnizonów — to traktuję jako koszmar, z którego nie sposób się obudzić.

—  A w tej chwili Pan spokojnie może jeździć do Moskwy?

— No, czy tak spokojnie… Panie redaktorze, ja ubolewam bardzo, że obydwaj, i Pan, i ja, musimy poddawać się jednak, z mojego punktu widzenia, zgoła zbytecznej procedurze wizowej.

W moim przypadku to pół biedy — jako reżyser wybierający się do was na zdjęcia do najnowszego filmu dokumentalnego, ostatecznie tę wizę dostałem całkiem szybko. I muszę oddać sprawiedliwość, że stało się to w trybie całkiem niedolegliwym przynajmniej w porównaniu z formalnościami, które pamiętam jeszcze z czasów sowieckich. Wtedy w ogóle wydostanie się z PRL-u to była skomplikowana przeprawa.

Nota bene, dzisiejsze wasze formularze wizowe do Rosji budzą wręcz moje rozczulenie, jeśli porównam je z monstrualnym amerykańskim formularzem wizowym, który, tak się składa, wypełniałem w podobnym czasie, więc mam stosunkowo świeże wrażenia.

Tak, czy inaczej, ja jeszcze jeździć mogę. Natomiast przed panem redaktorem opadł szlaban na dłużej — do grudnia 2020 roku.

Jeśli o mnie chodzi, wypowiadam się tutaj poniekąd w podwójnej roli. Do Moskwy bowiem wybrałem się jako reżyser dokumentalista — w poszukiwaniu materiałów do filmu „Gietrzwałd 1877".

Ale ten wywiad przeprowadza Pan ze mną jako z kandydatem w wyborach, a zatem osobnikiem politykującym. A więc skomentuję: ćwierć wieku po tym, jak zdawało się przez moment, że żelazna kurtyna odchodzi do przeszłości, z ubolewaniem odnoszę się do wszelkich przejawów zaangażowania, także moich rodaków, w instalowanie nowych kurtyn w naszej części świata.

Oczywiście, nie jestem ani tak niedoinformowany, ani tak naiwny, żeby nie dostrzegać czy ignorować pewne polityczne realne argumenty, które za tym przemawiają. Nie jestem ślepy na jedno oko — totalitaryzm sowiecki i imperializmu rosyjski w historii i polityce widzę równie ostro, jak brytyjski czy amerykański. Tym niemniej sądzę, że we wszystkich sprawach decydująca jest zawsze wola polityczna. Wola pokoju lub wola wojny.

Pewien nasz XIX-wieczny historyk (Józef Szujski) słusznie diagnozował, że zła historia jest matką złej polityki. To z pewnością temat na osobną rozmowę, ale moim zdaniem historia relacji polsko-rosyjskich stanowczo wymaga napisania od nowa — dopiero na tym gruncie możemy cokolwiek sensownego budować. Nie powinniśmy dłużej zwlekać z podjęciem tego wysiłku. Bo inaczej znów politykę podyktują nam obcy — napuszczą nas na siebie, a potem jeszcze napiszą dla nas swoją wersję historii zwycięzców, której każą się uczyć na pamięć naszym dzieciom. Czas najwyższy przejąć inicjatywę.

I cóż — mam nadzieję, że jeśli nie będzie wojny, to dożyjemy jeszcze czasów, szanowny Panie redaktorze, w których będziemy mogli przynajmniej w naszej części świata komunikować się i podróżować całkiem swobodnie.

Ciąg dalszy nastąpi…

Zobacz również:

„Pożyteczna idiotka Putina" też ma swoje zdanie
Pogróżki pod adresem prezydenta: „Zginął Adamowicz, jutro może zginąć Duda”
Joanna Senyszyn: „Morderstwo Pawła Adamowicza niczego nie nauczyło”
Agenci Kremla i wojna hybrydowa: ABW w służbie lepszego trollingu
Ławrow: Stosunki z Polską należy traktować filozoficznie
Agnieszka Piwar: „Zbrodnią" polskiej dziennikarki okazuje się chęć odkrywania Rosji"
Nowe fakty w sprawie śmierci Adamowicza: są zarzuty dla szefa ochrony
ABW strzela w tył głowy. Bez sądu i śledztwa
Kilometrowa kolejka do trumny. Gdańszczanie żegnają prezydenta Adamowicza
"Stop Nienawiści". W Polsce odbywają się marsze poświęcone pamięci Pawła Adamowicza
Tagi:
opozycja antykomunistyczna, totalitaryzm, polityka, wybory, wojsko, Armia Czerwona, Rząd RP, Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL), Nowoczesna, Solidarność, ABW, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Sputnik, SLD, Aleksandra Dulkiewicz, Piotr Walentynowicz, Anna Walentynowicz, Paweł Adamowicz, Mateusz Morawiecki, Grzegorz Braun, Leonid Swiridow, Gdańsk, Wrocław, Smoleńsk, USA, Rosja, Warszawa, Moskwa, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz