Widgets Magazine
01:28 18 Październik 2019
Reżyser i publicysta Grzegorz Braun

Grzegorz Braun: Program dla Gdańska albo Jak zostać „ruskim agentem"

© Zdjęcie : Grzegorz Braun
Opinie
Krótki link
Autor
138210
Subskrybuj nas na

Reżyser i publicysta Grzegorz Braun będzie kandydował na prezydenta Gdańska. Zdaniem Brauna mieszkańcy Gdańska w czasie wyborów uzupełniających w Gdańsku zostali pozbawieni możliwości wyboru.

Większość ugrupowań politycznych zdecydowała się nie wystawiać w nich swojego kandydata. Takie decyzje podjęły Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Prawo i Sprawiedliwość oraz Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dlatego reżyser zdecydował się walczyć o fotel gospodarza miasta z Aleksandrą Dulkiewicz.

Grzegorz Braun w 2015 r. startował na prezydenta Polski.

Przedterminowe, uzupełniające wybory odbędą się 3 marca. Termin oficjalnie podał premier Mateusz Morawiecki.

Reżyser i publicysta Grzegorz Braun odpowiada na pytania komentatora Agencji Sputnik Leonida Swiridowa.

—  … Wrócimy do pytania o ostatni wyjazd Pana do Moskwy. O tym nawet pisała „Gazeta Wyborcza". Chociaż ja osobiście uważam, że „Gazecie Wyborczej" wolno mniej…

— Pojechałem do Rosji nie po raz pierwszy zresztą jako reżyser-dokumentalista. Mój nowy film „Gietrzwałd 1877" — to w telegraficznym skrócie historia objawień Najświętszej Marii Panny w małej miejscowości na Warmii w XIX w. Ale ja opowiadam przede wszystkim o sprawach politycznych, militarnych, nawet i z wątkami szpiegowskimi. Robię film o geopolitycznym kontekście i konsekwencjach tamtych wydarzeń.

Opisałem tę rzecz wstępnie w niedużej książeczce pod takim właśnie tytułem „Gietrzwałd 1877. Nieznane konteksty geopolityczne" — to był punkt wyjścia do pracy nad filmem. Nasza produkcja jest przedsięwzięciem prywatnym, przez żadną władzę nie dotowanym — przy okazji zapraszam na stronę: www.gietrzwald1877.pl.

Wspomniany kontekst geopolityczny — tu przechodzę już do meritum — to przede wszystkim tak zwana „wielka gra" imperiów w wieku XIX. To jest niezmiernie istotne tło objawień gietrzwałdzkich. Na tle tej „wielkiej gry" toczy się bowiem latem 1877 roku wojna rosyjsko-turecka na Bałkanach — którą w naszym pokoleniu mało kto kojarzy, no, może poza tymi, co czytali „Turecki gambit" Borysa Akunina.

Cóż to może mieć wspólnego z polskimi sprawami? Gdzie Rzym a gdzie Krym, Gietrzwałd a gdzie Bałkany? Ale otóż związek okazuje się bardzo ścisły — bowiem właśnie latem 1877 roku zawisa nad Polską groźba rozpętania kolejnego powstania w Polsce. Jest ono wówczas pilnie potrzebne Wielkiej Brytanii — jako „dywersja na tyłach", która skomplikować ma sytuację armii rosyjskiej i spowolnić jej postępy w Bułgarii.

Grzegorz Braun. „Gietrzwałd 1877. Nieznane konteksty geopolityczne.
© Sputnik . Nikołaj Sieriedin
Grzegorz Braun. „Gietrzwałd 1877. Nieznane konteksty geopolityczne".
Brytyjczycy mocno angażują się w tę prowokację — oczywiście nieoficjalnie. Niejaki Munro Butler Johnston, parlamentarzysta z Londynu inspiruje utworzenie polskiego Rządu Narodowego, na wzór powstania styczniowego, w Wiedniu. Johnston przekazuje liderowi tego rządu, księciu Adamowi Sapieże poważne środki na zakup broni i werbunek ochotników do Polskiego Legionu, który ma wkrótce uderzyć na Moskali. To wszystko są fakty historyczne, niestety, bardzo mało znane w Polsce, a podejrzewam, że w Rosji w ogóle być może nie notowane.

Tymczasem gdyby takie antyrosyjskie powstanie na ziemiach polskich latem 1877 zostało ostatecznie rozpętane tak, jak sobie tego życzyli „zamawiający" z Londynu, to z kolei — wszystko na to wskazuje — mielibyśmy sekwencję zdarzeń, przypominającą reakcję domina, prowadzącą do rozpętania wojny światowej. To udokumentowana hipoteza, którą wykładam i w książce, i w filmie. Na wypadek powstania w Polsce skonkretyzowane „plany ewentualnościowe" były już gotowe w sztabach generalnych w Berlinie i w Wiedniu. Gdyby do akcji włączyli się Prusacy, Austriacy i Węgrzy, wówczas ani Paryż ani Londyn nie pozostałyby bierne. Rozwijał się scenariusz silnie przypominający pierwsze kampanie 1914 roku — na czele z klęską ofensywy Ronnenkampfa i Samsonowa w Prusach Wschodnich. Sytuacja w roku 1877 w tym kierunku właśnie zmierzała.

Temu wszystkiemu stanęły na przeszkodzie wydarzenia w Gietrzwałdzie, które zgromadziły wtedy setki tysięcy Polaków, nota bene nieświadomych zupełnie tego globalnego wojennego kontekstu i śmiertelnego zagrożenia wojennego. Ale tak to często w dziejach bywa, że sami uczestnicy zdarzeń nie pojmują do końca ich znaczenia i ich konsekwencji.

Aby opowiedzieć o tym wszystkim w filmie dokumentalnym, trzeba sukać materiałów i pięknych ujęć na Wschodzie i na Zachodzie. W drugiej połowie ubiegłego roku byłem z moją ekipą w Bułgarii i w Turcji, filmowaliśmy m.in. rekonstrukcję bitwy na przełęczy Szypka.

Dotarliśmy również do Ameryki Łacińskiej, do Gwatemali, gdzie w połowie XX wieku zmarła w opinii świętości jedna z wizjonerek gietrzwałdzkich.

A pod koniec 2018 roku z kolei udało się z kolei zrealizować plan wyjazdu do Moskwy i Petersburga — aby do naszej galerii „gadających głów" dołączyć ekspertów rosyjskich — historyków dyplomacji i wojskowości, specjalistów od „wielkiej gry".

Moim zamiarem jest bowiem stworzenie filmu o Gietrzwałdzie, który stanie się zrozumiały, zajmujący i przejmujący nie tylko dla moich rodaków. Większość ekspertów, z którymi realizuję wywiady, mówi innymi językami, niekoniecznie polskim. A ponieważ właśnie ta „wielka gra" imperiów w XIX wieku toczy się przede wszystkim pomiędzy Petersburgiem a Londynem, to właśnie w tych kierunkach muszą zmierzać moje rekonesanse badawcze i plany zdjęciowe.

Przy tej okazjispotkaliśmy się w Moskwie z Panem Redaktorem, i to jest już nasza wspólna i historia, nasza wspólna anegdota, że dzięki Pańskiej życzliwości i miłym kontaktom mogłem zrealizować doskonały materiał. A przy okazji mogliśmy też miło spotkać się, zjeść coś smacznego i porozmawiać o historii i polityce.

Polski reżyser Grzegorz Braun i rosyjski publicysta Leonid Swiridow. Grudzień 2018. Moskwa.
© Zdjęcie : Agnieszka Piwar
Polski reżyser Grzegorz Braun i rosyjski publicysta Leonid Swiridow. Grudzień 2018. Moskwa.
A efektem tego — dziennikarskie śledztwo, które Pan „zainicjował" publikując na Facebooku nasze wspólne „selfie" z mroźną Moskwą w tle.

—  Uwaga, proszę pamiętać, że to był dworzec Kijowski w Moskwie…

— Tak jest, przy dworcu Kijowskim w Moskwie. Może to zainspiruje jakichś dziennikarzy śledczych do podjęcia wątku ukraińskiego, co być może odsłoni jakieś kolejne ukryte dno w tej sprawie.

Żarty, żarty, ale przecież znając współczesne realia, i polskie, i rosyjskie, ani Pana, ani mnie, nie powinien dziwić ten poziom absurdu. Bo oto wystarczyło to jedno zdjęcie, aby ktoś rozwinął spiskową teorię o naszej kooperacji w ramach siatki GRU.

Co do mnie, szanowny Panie Redaktorze, „ruskim agentem" zostałem ogłoszony już dawno, bo przecież, poza tym, że robię od czasu do czasu filmy dokumentalne i że od czasu do czasu aktywnie politykuję, wdając się w jakieś kampanie wyborcze, jestem także dość systematycznym komentatorem sceny politycznej. A moje komentarze w sposób często bardzo zdecydowany odbiegają od narracji propagandowych, które dominują w mediach warszawskich.

Polska publicystka Agnieszka Wołk-Łaniewska i komentator agencji Sputnik Leonid Swiridow. Moskwa
© Sputnik . Aleksandr Nastruskin
Kiedy nie ma rzeczowych kontrargumentów, pozostają inwektywy i insynuacje. W związku z tym właśnie, szanowny Panie Redaktorze, byłem już niejeden raz nazywany nie tylko agentem ruskim, ale i agentem niemieckim (najlepszy dowód: nazwisko), agentem amerykańskim (bo znam Stany Zjednoczone z autopsji, a moim bliscy nawet tam mieszkają), nawet agentem watykańskim (bo nie ukrywam przywiązania do Kościoła katolickiego i tradycji łacińskiej).

Ogłaszano mnie również w ogólnopolskiej prasie faszystą i antysemitą, a ponieważ to nie pomogło — nadal mówię i piszę, co uważam — ogłoszono mnie w końcu Żydem. No, więc, do kolekcji by brakowało jeszcze tylko „agenta GRU" — i oto teraz mam komplet trofeów.

Przypuszczam zresztą, że w oczach niektórych to poważnie wzmacnia mój prestiż jako człowieka politykującego, kto wie, może nawet podnosi moją wartość rynkową. Bo skoro ze mnie taki agent o stu twarzach, to może ten i ów poważniej potraktuje rozmaite moje nie tylko diagnozy bieżące, ale też i chałupnicze przepowiednie polityczne, które niejeden raz już się sprawdziły. Czy to w przypadku wplątywania Polski w wojnę perską, czy międzynarodowej nagonki na Polskę w związku z żydowskimi roszczeniami — kiedy zwracałem uwagę na realność tych zagrożeń już przed laty, wówczas dla jednych to była fantastyka, a dla innych prowokacja.

—  Może to będzie oddzielny temat na rozmowę.

— Proszę bardzo. To o tyle do rzeczy, że w ten sposób właśnie w Polsce zostaje się „ruskim agentem". Wystarczy być zwolennikiem nieangażowania Polski w cudze wojny.

—  Ale wrócimy do wyborów samorządowych, bo Pan będzie kandydować na prezydenta Gdańska.

— Na razie jestem „kandydatem na kandydata". Warunkiem oficjalnego zarejestrowania kandydatury jest oczywiście pomyślne doprowadzenie do końca zbiórki podpisów.

—  Co by Pan chciał zaproponować mieszkańcom Gdańska? Czym by Pan chciał ich zaskoczyć?

— Żadnych niespodzianek nie chowam w zanadrzu — od razu wykładam kawę na ławę, mówię, jak jest. To jedyne, co może niektórych zaskakiwać — że nie jest to typowy w demokracji program wyborczych obiecanek. Ja nie będę opowiadał, komu i jak zamierzam zrobić dobrze, komu, co i jak obiecam, zapewnię, dam — nic z tych rzeczy.

Wybieram się do Gdańska po to, żeby zagwarantować w kilku sprawach, że pewnych rzeczy z całą pewnością nigdy nie uczynię. Oto krótkie wyliczenie tych spraw.

Pierwsza kwestia: nie dopuszczę do tego, żeby zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza pozostało w jakimkolwiek wymiarze niejasne, a sprawcy nie ukarani.

Punkt drugi: z całą pewnością nie podpiszę nigdy tak zwanego programu „równościowego", który zostawił w spadku ś.p. Adamowicz. Słowo „równość" jest tu oczywiście słowem z języka współczesnej neomarksistowskiej nowomowy. Bo nie o żadną równość tu chodzi, chodzi o seksualizację dzieci i młodzieży, chodzi o sodomizację życia publicznego, chodzi o wprowadzanie do sfery publicznej rewolucyjnych projektów, które prowadzić muszą do dezintegracji narodu i destrukcji tkanki społecznej. A więc żadne programy „tęczowego Gdańska" za mojej kadencji na pewno nie przejdą.

Trzeci punkt: nie podpiszę żadnego aktu prawnego, ani nie będę angażował się w działania, które by w jakikolwiek sposób rozmwały kwestię przynależności państwowej Gdańska. Tu jest Polska a nie żadne „Wolne Miasto". Być może nie wszyscy czytelnicy zdają sobie sprawę, jak niebezpieczne dla polskiej racji stanu i polskiego interesu narodowego są te urojenia o reaktywacji tak zwanego Wolnego Miasta Gdańska. To jest oczywiście użyteczne narzędzie niemieckiej polityki.

Donald Tusk
© AFP 2019 / EMMANUEL DUNAND
Z drugiej strony mamy bezkrytyczne reprodukowanie narracji historycznych i forsowanie przez Eurokołchoz (Unię Europejską) ideologii multi-kulti, gender etc. Te autodestrukcyjne projekty są niestety żywe w postpeerelowskich gdańskich elitach — trójmiejskie mafie, służby i loże nie zachowują lojalności wobec państwa polskiego i najwyraźniej nie identyfikują się z polską tradycją. Jako kandydat na prezydenta Gdańska chcę zwracać uwagę na to niebezpieczeństwo — niebezpieczeństwo dryfowania Gdańska w stronę Wolnego Miasta Gdańska. A zatem dryfowania jakiejś części terytorium Polski w stronę Niemiec. Temu zagrożeniu na urzędzie prezydenta miasta Gdańska miałbym zamiar zdecydowanie się przeciwstawiać.

I ostatni punkt mojego programu, na „nie" — nie podpiszę żadnych aktów prawnych, które zwiększałyby ciężary podatkowe, w tej mierze, w jakiej to jest zależne od władz miejskich. W żadnym wypadku nie przyczynię się do zwiększenia wyzysku fiskalnego moich rodaków na tym terytorium, za którego funkcjonowanie miałbym ponosić urzędową odpowiedzialność.

— Bardzo dziękuję za rozmowę.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Grzegorz Braun - specjalnie dla Sputnika: Rozmowa kontrolowana
Polska zakazała dziennikarzowi Leonidowi Swiridowowi wjazdu do Schengen do 2020 roku
Leszek Miller: „Zwykły szacunek dla sąsiada nakazuje wysłanie dyplomatycznych gratulacji"
Sławomir Dębski w Moskwie: „Śnieg pada"
Panie Swiridow, czas do Bundestagu
Agnieszka Piwar: „To jest krok milowy w stronę totalitaryzmu"
Leszek Miller: Merkel jest największym szkodnikiem Europy
Swiridowa wiara w Polskę
Marek Belka: „My, Polacy, kochamy Rosję i bardzo się boimy imperium"
Tagi:
wybory samorządowe, elity, polityka, szpieg, kino, GRU, Rząd RP, Nowoczesna, ABW, Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Gazeta Wyborcza, SLD, Aleksandra Dulkiewicz, Piotr Walentynowicz, Grzegorz Braun, Leonid Swiridow, Gwatemala, Sankt-Petersburg, Unia Europejska, Gdańsk, Krym, Turcja, Wielka Brytania, Niemcy, Rosja, Kijów, Austria, Ukraina, Warszawa, Moskwa, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz