11:02 22 Marzec 2019
Pałac Kultury i Nauki w Warszawie.

Na bruk!

© Sputnik . Krzysztof Żurek
Opinie
Krótki link
Jarosław Górski
2471

Właściciele domów i mieszkań byli dla swoich lokatorów panami życia i śmierci. Wprawdzie w Polsce obowiązywała ustawa o ochronie lokatorów, ale była tak zawiła, przewidywała tyle wyjątków i różnic dla dawnych zaborów, że w zasadzie chroniła tylko lokatorów lokali państwowych i samorządowych.

Warszawa
© Sputnik . Michaił Woskriesienskij
Lokator, a zwłaszcza sublokator, mógł być wyrzucony na bruk z dnia na dzień, a gdyby się opierał, właściciele mogli liczyć na pomoc policji. Nic więc dziwnego, że lokatorzy woleli nie dojeść, oszczędzać na higienie czy zdrowiu, niż zalegać gospodarzowi z komornym. Na porządku dziennym były eksmisje pod nieobecność lokatorów i bez ich wiedzy, polegające na wyniesieniu ich rzeczy na podwórko.

Nie budziło zdziwienia także wymuszanie od lokatorów prac porządkowych i remontowych, pracy w warsztacie rzemieślniczym. Młode kobiety wynajmujące sublokatorskie łóżka mogły być niemal pewne, że będą świadczyć gospodarzowi usługi seksualne.

Do dziś przetrwała legenda dozorców przedwojennych domów studni, związanych emocjonalnie z kamienicą i jej lokatorami — legenda w dużej mierze nieprawdziwa, gdyż dozorcy bardzo często zatrudniani byli bez wynagrodzenia, wyłącznie za prawo zamieszkiwania w klitce zwanej dozorcówką (jedyne ich dochody pochodziły ze zwyczajowych opłat za nocne otwieranie bramy i napiwków za różne usługi dla lokatorów).

Mała bohaterka opowiadania Zofii Nałkowskiej „Mieszkanie" tak wyjaśniała powód wyrzucenia mamy przez gospodynię:

„Bo gospodyni teraz potrzebuje komórki na składzik, to dlatego. Gospodyni mamę wzięła darmo za dozorczynię. Mama zamiecie podwórze, zamknie bramę i za to ma mieszkanie. A teraz gospodyni nie wiem co robi, żeby się mama tylko wyniosła. A gdzie mama pójdzie, jak nic ma z czego płacić? Jak gospodyni zobaczy, że mama rano zamiata, to mamie wyrwie miotłę i tą miotłą bije po głowie, i wypędza mamę za bramę. To mama tak płacze, że nie wiem. A my się z Andzią zamykamy na klucz od środka, żeby ona nie weszła do mieszkania i nie wyrzuciła rzeczy".

BUDY WOKÓŁ CHLUBY

Jeszcze gorsza sytuacja niż w Warszawie była choćby w Łodzi, gdzie zarobki były dużo niższe, a po odzyskaniu niepodległości budowano bardzo mało. Robotnice i robotnicy łódzkich fabryk, którzy sprowadzili się do miasta w latach 30., wynajmowali piwnice i miejsca w halach fabryk zamkniętych z powodu bankructwa, gdzie bezpośrednio na posadzce układali sienniki do spania.

Chlubę odrodzonej ojczyzny — Gdynię — budowano w charakterystycznej dla polskiej państwowości kolejności: najpierw budynki wojskowe, potem port i jego otoczenie, następnie urzędy i mieszkania dla wojskowych i urzędników. Ściągający tu za zarobkiem robotnicy z całego kraju koczowali więc w wyrastających jak grzyby po deszczu na obrzeżach miasta samodzielnie skleconych drewnianych budach, w namiotach albo wynajmowali od kaszubskich chłopów izby w domach i zabudowaniach gospodarczych, w których spali w nieprawdopodobnym ścisku, nie tylko bez bieżącej wody, prądu czy ubikacji, ale często także bez ogrzewania zimą.

Warszawa
© Sputnik . Krzysztof Żurek
Jeszcze pod koniec lat 30. ponad 30% mieszkańców Gdyni żyło w warunkach urągających naszemu wyobrażeniu o cywilizacji.

Zbigniew Uniłowski w reportażu z 1939 r. „Gdynia na co dzień" tak opisywał wizytę na gdyńskim koczowisku:

„Większość [budynków] to naprędce sklecone nory, jakieś deski i drągi połączone przemyślnymi sztuczkami, oblepione błotem, obetkane szmatami, o dachach z karbowanej blachy, z na pół zgniłych desek pokrytych ziemią, porastających trawką; żałosne schrony tłoczące się w górę jedno nad drugim, z ustępami tuż przy oknach, wszystko razem skotłowane, cuchnące, ociekające brudem ludzkim niby wielka latryna. Wsadzam głowę w otwór i widzę wewnątrz przerażone, stłoczone w mroku widma ludzkie. Dziecko jakieś podskoczyło do drzwi, rozjaśniło się trochę, i szybkie moje spojrzenie przyłapało trawę rosnącą pod narą, obskurne wiadro i skrzynię zamiast stołu, staruchę w czarnej koszuli z siwymi skołtunionymi włosami, która skryła się za zasłonę z gazet — poprzetykanych wypalonymi zapałkami. Cofnąłem głowę, krztusząc się od zaduchu, i powlokłem się dalej".

Efekty głodu mieszkaniowego to nie tylko brak elementarnego komfortu ogromnej większości obywateli II RP, ale także niedające się zwalczyć epidemie chorób zakaźnych: gruźlicy, duru brzusznego, jaglicy, kiły, szkarlatyny czy niemal codziennych biegunek.

Nauczyciele zwracali uwagę, że dzieci przeganiane z przeludnionego mieszkania na podwórze, choćby bardzo się starały, nie są w stanie powtórzyć lekcji. Urbaniści podkreślali fatalny stan nerwów (dziś powiedzielibyśmy stres) i moralną degradację ludzi pozbawionych jakiegokolwiek poczucia intymności, które skutkowały m.in. wzrostem agresji i przestępczości czy rozluźnieniem obyczajowym.

NIESKUTECZNE STARANIA

Władze państwowe i samorządowe II RP podejmowały pewne starania zmierzające do zmniejszenia głodu mieszkaniowego w miastach, zupełnie jednak ignorując potrzeby większości polskich obywateli mieszkających na wsi. Jednak takie regulacje jak choćby zakaz budowania domów z oficynami w Warszawie i innych dużych miastach czy kredytowanie małych mieszkań ze środków budżetowych (notabene regulamin Ministerstwa Skarbu do Ustawy z dnia 29 kwietnia 1925 r. o rozbudowie miast za małe uznawał mieszkanie dwuizbowe o wielkości do 65 m kw. i pięcioizbowe o powierzchni do… 130 m kw.) służyły w praktyce wyłącznie dobrze sytuowanym kandydatom na właścicieli i najemców nieruchomości: średnim i wyższym urzędnikom, oficerom, wyższej kadrze przemysłowej, a więc górnym 3-5% najlepiej zarabiających mieszkańców stolicy.

Najmniejsze, dwuizbowe mieszkanie na rozluźnionej w ten sposób warszawskiej Ochocie kosztowało na przełomie lat 20. i 30. ok. 35 tys. zł, a więc 10-letnie zarobki kapitana Wojska Polskiego lub 30-letnie wykwalifikowanego robotnika z fabryki. Uganiający się za niepewnymi 2 zł zarobku warszawski tragarz nie miał nawet co marzyć o takim luksusie.

Warszawa
© Sputnik . Leonid Swiridow
„Mieszkanie w nowo budowanym domu — wskazywał Stanisław Tołwiński w piśmie „Mieszkanie Dom Osiedle" w 1929 r. — jest niedostępne dla rodziny robotniczej, choćby było najskromniejsze swymi rozmiarami i zaopatrzone tylko w najniezbędniejsze urządzenia higieniczne". Ten pionier warszawskiej i polskiej spółdzielczości mieszkaniowej, współtwórca m.in. Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej i Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego, zdawał sobie sprawę z tego, że w warunkach istniejących w II RP także budownictwo społeczne nie zlikwiduje ani w znaczący sposób nie zmniejszy głodu mieszkaniowego.

Kilka robotniczych spółdzielni zawiązanych w latach 20. szybko i spektakularnie zbankrutowało. Była wśród nich słynna warszawska Zdobycz Robotnicza, która w latach 1926-1931 zabudowała uroczymi kamieniczkami bielańskie nieużytki. W 1931 r. spółdzielnia zbankrutowała, a już w połowie lat 30. jedynym śladem po robotniczym charakterze osiedla była nazwa. Sukces odnosiły nieliczne spółdzielnie urzędniczo-inteligenckie oraz wojskowe, których udziałowcy zarabiali znacznie powyżej średniej krajowej.

POLITYKA PAMIĘCI I NIEPAMIĘCI

Maleńkie M-3, zgodne z gomułkowską normą, przewidującą dla małżeństwa z dzieckiem 37 m. kw. mieszkania z łazienką i kuchnią, które dziś jest niemal symbolem peerelowskiej nędzy mieszkaniowej, dla większości ludzi pamiętających życie w przedwojennych miastach i wsiach było ogromnym awansem życiowym i cywilizacyjnym.

W PRL dość szybko, za życia jednego pokolenia, poprawiła się sytuacja mieszkaniowa większości obywateli. A co za tym idzie, poprawiły się jakość życia, możliwość uczestnictwa w kulturze i korzystania z edukacji, a także stan higieny i zdrowia.

Piotr Ikonowicz
© Zdjęcie : J. Augustyniak
Dlaczego więc, wbrew doświadczeniu życiowemu naszych rodziców i dziadków, pamiętamy Polskę Ludową jako okres regresu?

Nie jest to chyba wyłącznie zasługa dzisiejszej polityki i propagandy historycznej, dążącej do apologii II RP i degradacji PRL.

Historię wszędzie piszą elity, a my w Polsce wolimy się identyfikować raczej z towarzyszami husarskimi niż z pańszczyźnianą mierzwą i raczej z tymi, których PRL z ośmiu pokojów w Alejach Ujazdowskich przesiedliła do M-4 na Sadybie, niż z tymi, którzy do tego samego M-4 trafili z czarnej izby lub sublokatorskiego legowiska.

Jarosław Górski jest pisarzem, dziennikarzem, nauczycielem i popularyzatorem wiedzy. Mieszka w Warszawie.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tekst jest publikowany za zgodą Redakcji tygodnika opinii Przegląd. Oryginał pierwotnie ukazał się w Przeglądzie.

Zobacz również:

Polska ciasnota
Liberał Gwiazdowski: „Wolność miała wtedy, jak zdejmowała majtki”
Trump: Dobrze mi się mieszka w Białym Domu
Wałęsolenie
Historia bez IPN: WOŁYŃ
Krzywda się dzieje misiowi-siusiowi
Profesor Joachim Diec: „Zagrożenie rosyjskie to sprawa polityczna. Jaką inną miałaby być?”
Mieszkanie Plus jednak na plus
Tagi:
kamienica, komunizm, elity, kapitalizm, mieszkanie, polityka, Wojsko Polskie, historia, lokator, dom, seks, Rząd RP, Stanisław Tołwiński, Gdynia, PRL, Warszawa, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz