18:21 20 Kwiecień 2019
Polska. Warszawa. Kancelaria Premiera RP w barwach narodowych

Legenda Nowaka-Jeziorańskiego szczególnie mnie nie porusza

© Zdjęcie : Kancelaria Premiera RP
Opinie
Krótki link
Agnieszka Wołk-Łaniewska
1682

Władysław Pasikowski wielkim reżyserem jest. Nakręcił bowiem „Psy”: film o dobrych ubekach i ich głupich albo skorumpowanych weryfikatorach, za co będę mu dozgonnie wdzięczna, amen. Ale podejmowane przez niego ostatnio próby zrehabilitowania się za ten wybryk napawają pewnym niesmakiem. Po dość niesmacznym „Jacku Strongu”, który robi Klossa z Kuklińskiego, przyszła pora na „Kuriera”, który robi Klossa z Nowaka-Jeziorańskiego.

Ja doskonale rozumiem, jak potężne piętno odcisnął Hans Kloss na wyobraźni Władysława Pasikowskiego – mnie też ukształtował PRL – ale miałabym apel o nienadużywanie legendy.

Sprecyzujmy, legenda Nowaka-Jeziorańskiego szczególnie mnie nie porusza. Generalnie mam jakiś osobisty problem z facetami, których każe mi się uważać za „autorytet”.

Gdybym nawet nie miała innych zastrzeżeń do działalności Jana Nowaka-Jeziorańskiego w tzw. „wolnej Polsce” wystarczyłyby mi notki biograficzne – takie jak przy wywiadzie, który przeprowadził z nim Najsztub w „Przekroju” w 2003 roku: „Obecnie mieszka w Warszawie. Zabiera głos w ważnych dla kraju sprawach, doradza rządzącym. Jest autorytetem moralnym”.

W tym miejscu nie od rzeczy będzie odnotować, iż ów „autorytet moralny” dość kategorycznie występował przeciw polskiej demokracji, jeśli nie szła pod jego myśli. Czyli wybierała sztandar czerwony zamiast gwiaździstego.

W doradzaniu Nowaka-Jeziorańskiego dominowały 2 wątki: kochajcie Amerykę i nienawidźcie komuchów.

Kochanie Ameryki w jego dość prostym umyśle oznaczało kult zgoła religijny oraz – zgodnie z przykazaniem „nie będziesz miał bogów innych nade mną” – otwartą wobec Europy.

Gdyby dziś doszło do usunięcia Ameryki z Europy – wycofania wojsk – to nastąpi powrót do podziału na dwa bloki, których rywalizacja doprowadziła już dwukrotnie do wybuchu wojny światowej. Dla Polski nie byłoby nic bardziej śmiertelnego, w sensie zagrożenia, aniżeli antyamerykańska koalicja Francja-Niemcy-Rosja. Byłoby to dla nas śmiertelnym zagrożeniem

– wieścił w 2003 roku, dodając, iż Stany Zjednoczone są „jedynym elementem, który gwarantuje Polsce pewną przeciwwagę, zarówno wobec Niemiec, jak i wobec Rosji”, a także – ha ha – „gwarantem pokoju”.

Mówił to, przypomnijmy, w przeddzień katastrofalnej napaści na Irak, której konsekwencje, w postaci podpalenia Bliskiego Wschodu, ponosimy do dziś.

Choć trzeba przyznać, że krytykował zaangażowanie militarne rządu Millera w Iraku, podkreślając, że Polski nie stać na udział w wojnie, zwłaszcza jeśli nie wynegocjowała sobie wcześniej nagrody w postaci powojennych kontraktów. Choć ta krytyka mogła być elementem jego stałej polityki wobec lewicy, której konsekwentnie odmawiał prawa istnienia.

Politykom obozu postsolidarnościowego zakazywał współpracować z lewicą,  wyborcom – na lewicę głosować, a samej lewicy – żyć i wygrywać. „Komuniści nie potępiają własnej przeszłości, własnego dziedzictwa, nie wolno im otwierać drogi do władzy” – wieścił w 1993.

„Czy pan i ci, którzy na pana głosują, zdają sobie sprawę jak fatalne skutki pana zwycięstwo wywrze na polskie interesy międzynarodowe, a także na spokój wewnętrzny w kraju?” – pytał oskarżycielskim tonem Kwaśniewskiego w 1995.

W Polsce nie ma rosyjskiej mniejszości, ale drzemie gdzieś w ukryciu potencjalna piąta kolumna. Musimy liczyć się z tym że w łonie dawnej partii komunistycznej są ludzie, którzy wciąż mają w głowach zakodowane związki i uzależnienia od Wielkiego Brata

– straszył w roku 1997.

Potencjalne zwycięstwo lewicy to „poważne zagrożenie dla słabego jeszcze systemu demokratycznego w kraju, ponieważ mogą narodzić się pokusy utrwalania władzy przez wykorzystywanie instrumentów ustawodawczych. W przyszłości, kiedy obecne poparcie dla SLD ustąpi miejsca niezadowoleniu, może to utrudnić zmianę ekipy w następnych wyborach” – straszył przed wyborami roku 2001.

Zawsze miałam problem z tymi autorytetami wolnej demokratycznej Polski, którzy wolność i demokrację ograniczali do wybranych przez siebie segmentów Wyzwolonego Narodu.

Co o tyle nie ma znaczenia przez okazji „Kuriera”, iż bynajmniej nie jest on filmem biograficznym. W klimacie wschodnioeuropejskiego thrillera szpiegowskiego opowiada parę tygodni z życia Jana Nowaka-Jeziorańskiego – od momentu, w którym Mikołajczyk zleca mu podróż do Polski z misją wywołania powstania, do chwili, w której powstanie wybucha.

Jest w filmie trochę niepokojących historycznych nieprawd, na przykład: otoczenie Bora nie jest pewne, czy Nowak jest tym, za kogo się podaje, więc postanawia go kontrolnie zlikwidować. Co byłoby o tyle peszące, że rok wcześniej Nowak-Jeziorański odbył osobiste spotkanie z Komendą Główną AK, więc pochopność decyzji o zamordowaniu człowieka, którego tożsamość łatwo potwierdzić, nie wystawia polskiemu podziemiu najlepszego świadectwa.

Nieco humorystycznie prezentują się sceny, w których Niemcy lękają się wojowniczych Polaków – jak wtedy, kiedy interwencja kilku kolesiów z bronią za pazuchą zniechęca niemiecki patrol do wylegitymowania głównego bohatera na warszawskiej ulicy. Albo gdy pod Tarnowem niemiecki oficer słyszy nadciągający samolot – aliancki transport dla polskiego podziemia – ale decyduje się nie przeszkadzać mu w lądowaniu, bo „miejsca zrzutu pilnuje ze stu partyzantów”. Nawiasem mówiąc, dużo odważniejszy od Wermachtu okazuje się jeden folksdojcz, który w pojedynkę rusza ze strzelbą naprzeciw tej setce partyzantów i ginie absolutnie spodziewaną samotną śmiercią. Okazuje się, że w Polsce nawet hitlerowscy kolaboranci byli ludźmi idei, gotowymi oddać życie za swoją sprawę. Brawo my.

Jednak główną przyczyną, dla której  „Kurier” jest filmem nieudanym, jest totalna niekonsekwencja fabuły. Pasikowski zdecydował się ulepić ją z wyimka życiorysu Nowaka- Jeziorańskiego, który opowiedziany w ten sposób kompletnie nie ma sensu. Otóż Mikołajczyk każe mu lecieć do Warszawy, aby przekazać Borowi-Komorowskiemu rozkaz wszczęcia powstania wbrew decyzjom naczelnego wodza, czemu Nowak jest głęboko przeciwny. Mimo tego, z pijackim uporem dobija się, żeby go do tej Warszawy wysłać, choć cały Londyn rzuca mu kłody pod nogi, a szczególnie generał Tatar, który kategorycznie odmawia mu transportu.

Nasuwające się logicznie pytanie brzmi: po cholerę się pchał? Jeżeli Mikołajczyk wydał mu rozkaz, któremu był przeciwny i którego realizacja jego zdaniem groziła katastrofą – to czyż nie byłoby logicznym skorzystać z okazji do jego niewykonania, jaką dawała mu obstrukcja ze strony Tatara? A także Anglików, którzy mówili mu wprost – jak z wdziękiem ujmuje to w filmie jeden z brytyjskich oficerów: „każdy ma swoją wojnę, niefortunnie dla pana, reszta świata nie dba o pańską”.

W końcu, mimo wrogości ludzi i przeciwności losu, Nowak przedostaje się do Warszawy, gdzie informuje Komendę Główną AK, że powstanie nie ma sensu, nie może liczyć na pomoc z Zachodu i koniecznie musi wybuchnąć.

Trzeba się bić z nadzieją na pomoc Sowietów i zwycięstwo, a jak się nie uda, to polegniemy z honorem

– ogłasza bohater w ostatniej scenie.

Chciałabym wierzyć, że po 30 latach nieskrępowanej cenzurą dyskusji na temat powstania warszawskiego, jesteśmy już nieco dalej niż bezkrytyczne czczenie tego typu wzniosłych i toksycznych frazesów.

Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

National Interest: NATO „zignorowało obietnice” dane Gorbaczowowi
Brytyjscy deputowani nie mogli dojść do porozumienia ws. Brexitu
Ambasada Rosji w USA ogłosiła konkurs na najlepszego „fejka”
Tagi:
Lewica, koalicja, UE, Europa, USA, Władysław Pasikowski, polityka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz