15:32 20 Czerwiec 2019
Prezydent Rosji Władimir Putin

Koszmarna przyszłość UE: „Putin, Johnson i Farage zniszczą nas”

© Sputnik . Sergey Guneev
Opinie
Krótki link
Iwan Daniłow
4399

Główna tuba brytyjskiego establishmentu, gazeta „The Times”, poinformowała swoich czytelników o „zorganizowanej próbie zniszczenia Unii Europejskiej”, powołując się przy tym na całkiem poważne źródło na samym szczycie piramidy europejskiej biurokracji.

Tym źródłem jest Guy Verhofstadt, były premier Belgii, a obecnie wpływowy członek paneuropejskiej Grupy Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy, szef jej frakcji w Parlamencie Europejskim, a także główny negocjator PE ds. Brexitu. Właśnie ten polityk uważa, że za „zorganizowaną próbą zniszczenia europejskiego projektu jako całości” stoi Rosja i to stanowisko pozwoliło wiodącej brytyjskiej gazecie na opublikowanie artykułu z nagłówkiem „Putin, Johnson i Farage zniszczą nas, ostrzega szef UE”.

Istota ostrzegawczego materiału „The Times” sprowadza się do jednej bardzo twardej tezy, którą brytyjscy dziennikarze promują w maksymalnie bezapelacyjnej manierze: „Minister Verhofstadt oświadczył, że jeśli europejscy liderzy nie powstrzymają populistycznego trendu, to Unia Europejska zostanie zniszczona w wyniku wspieranego przez Rosję nacjonalistycznego przewrotu w wyborach w 2024 roku”.

Na szczególną uwagę zasługuje to, że wpływowy europejski polityk porównuje ewentualny wynik głosowania powszechnego do „nacjonalistycznego przewrotu”. Jest to szczególnie ironiczne w kontekście tego, że frakcja, na której czele stoi, nazywa się Grupa Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy. Europejski establishment polityczny, którego głosem bezspornie jest były premier Belgii, najwyraźniej zakłada, że liberalizm i demokracja oznaczają obowiązkowe zachowanie władzy przez tych, którzy nazywają siebie liberałami i demokratami. A jeśli wyborcy są temu przeciwni, winę ponosi osobiście Putin.

Nawiasem mówiąc, kierując się tą samą logiką, każde wybory, które zakończyły się niewygodnym wynikiem, można nazwać „nacjonalistycznym przewrotem”. Tymczasem media, które zajmują takie stanowisko, nawet nie zastanawiają się nad tym, że mogą rozzłościć swoich czytelników. Ta część odbiorców, którzy zachowali zdrowy rozsądek i szacunek do samych siebie, już dawno przestała czytać lub brać na poważnie mainstreamowie media.

Można postawić się na miejscu typowego brytyjskiego wyborcy, który głosował za Brexitem i teraz zamierza głosować na partię Brexitu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Temu wyborcy pan Verhofstadt i dziennikarze „The Times”, którzy powtarzają jego słowa, mówią, że jego zachowanie jest wynikiem wpływu Putina, Kremla, „rosyjskich oligarchów blisko związanych z Kremlem”. Wyborca nieuchronnie zada sobie dwa pytania: czy znam Putina? Czy Putin przekonał mnie, że czas opuścić Unię Europejską? Jeśli wyborca jest zdrowy na umyśle, a czapka z folii aluminiowej nie należy do jego codziennych nakryć głowy, zdecydowanie odpowie na oba te pytania „nie”. Jednak na wszelki wypadek zapamięta, że lepiej nie mówić nikomu o swoich preferencjach politycznych, bo inaczej może zostać okrzyknięty agentem KGB.

Pomimo presji społecznej, medialnej i politycznej (zwolennicy Brexitu są nazywani nazistami, bici i nękani na portalach społecznościowych), okazuje się, że w sondażach na Brexit Party (która powstała "na kolanie" dosłownie kilka miesięcy temu) zamierza głosować w wyborach do Parlamentu Europejskiego ponad 30% wyborców. Według amerykańskiej agencji informacyjnej UPI partie eurosceptyków zdobędą około 35% głosów w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Pomimo tego, że frakcję eurosceptyków będzie można marginalizować, jej sukces połączony z Brexitem jest słusznie postrzegany przez europejski establishment jako wotum nieufności dla projektu zjednoczonej Europy w jej obecnej formie. Taką statystyką europejski establishment powinien być przerażony i zająć się poważną introspekcją, aby dowiedzieć się, jakie są przyczyny nienawiści do ich projektu (jeśli nie udaje się go stłamsić nawet zakrojoną na wielką skalę kampanią presji społecznej).

Co więcej, presja społeczna (do której podjudzają niemal wszystkie media systemowe i większość polityków w UE i Wielkiej Brytanii) prowadzi do pojawienia się w Wielkiej Brytanii i innych państwach Wspólnoty „tajnych eurosceptyków”. Ci ludzie nie mówią o swoich preferencjach politycznych nawet bliskim przyjaciołom i znajomym, nie piszą na ten temat w sieciach społecznościowych i kłamią w exit pollach, obawiając się, że stracą pracę lub zostaną poddani ostracyzmowi społecznemu. Ale ci „tajni eurosceptycy” „wyżywają się” w lokalach wyborczych, a także masowo przekazują darowizny na rzecz partii eurosceptycznych.

Lider radykałów Oleh Liaszko i były prezydent Ukrainy Petro Poroszenko
© Sputnik . Ukrainian Presidential Press Office/Mikhail Palinchak
Socjologowie i politycy są zdezorientowani z tego powodu. Przerażenie, które powinno towarzyszyć tej sytuacji politycznej, faktycznie pojawiło się w szeregach tych ostatnich, ale introspekcji nie ma. Zamiast niej jest Putin, który – ich zdaniem – jest odpowiedzialny za Brexit oraz za wzrost popularności eurosceptyków i za problemy systemowe europejskiego projektu.

Brytyjscy dziennikarze biegną, by zastąpić brytyjskich badaczy. Zwiększenie przez Rosję rezerw złota nazwano zagrożeniem dla świata. Analizy opierają się na błędnych statystykach, ale czy przeszkodzi to rusofobii? Nawet jeśli powiedzą, jak Verhofstadt, że Nigel Farage (lider Brexit Party) i Boris Johnson (znany rusofob i potencjalny lider brytyjskich konserwatystów po dymisji Theresy May) działają w interesach Kremla, nic to nie zmieni. Rozgniewa to tylko „tajnych eurosceptyków". Nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale w całej Europie.

Najbardziej trafną diagnozę dla Unii Europejskiej postawił przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, który obwinia o wszystko nie Putina, ani nie „wpływ kremlowskich oligarchów”. W wywiadzie dla „Handelsblatt" Juncker poskarżył się na to, że Europa ma problemy intymne: „Straciliśmy zbiorowe libido”. Jak dodał, Europejczycy nie kochają się wzajemnie. Pomimo tego, że Juncker zbliżył się do sedna sprawy, istnieją podstawy ku temu, że zdiagnozował ją niezbyt precyzyjnie: chodzi nie o brak miłości między Europejczykami, a o intelektualne niedomaganie europejskiego establishmentu. To on w żaden sposób nie może uwierzyć w to, że bajka o „wielkim globalnym europejskim projekcie” skończyła się, a politycy muszą (posypać głowy popiołem) zrewidować go. Dopóki nie będzie tej świadomości, nadal będą mimowolnymi Pr-owcami Rosji i rosyjskiego prezydenta.

Przecież jeśli wyborcom, którzy chcą wolności, ciągle się powtarza, że nauczył ich tego Putin, to Europejczycy wyciągnął logiczny wniosek: gdzie Putin, tam wolność. Brukseli zupełnie nie o to chodziło.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

USA mogą przerwać szkolenie tureckich pilotów na F-35. Winna Rosja?
Daleki Wschód jest gotowy do seryjnej produkcji Su-57
Kreml skomentował dymisję rządu Austrii
Tagi:
Rosja, eurosceptycyzm, Nigel Farage, Boris Johnson, Władimir Putin, wybory, UE, Brexit, Wielka Brytania
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz