04:39 27 Czerwiec 2019
Teatr Wielki w Moskwie

Wydarzenie w Warszawie: „Borys Godunow” bez rusofobii

© AP Photo / Alexander Zemlianichenko
Opinie
Krótki link
Agnieszka Wołk-Łaniewska
2492

Po wyborach do Parlamentu Europejskiego przegranych przez Koalicję Europejską poczułam się w Polsce jak w Europie. Ale nie miało to nic wspólnego z politykami – ani tymi chełpiącymi się swoją proeuropejskością, ani tymi oskarżanymi o antyeuropejskość. Byłam otóż w teatrze.

„Borys Godunow”, młodzieńczy dramat Aleksandra Puszkina, jest szekspirowską w duchu i rozmachu opowieścią o genezie Wielkiej Smuty: okresu w historii Rosji, o którym wszyscy –  niezależnie od poziomu znajomości historii – słyszeliśmy. Głównie dlatego, że był to jedyny okres w dziejach stosunków polsko-rosyjskich, kiedy to my dawaliśmy Ruskim w kość, a nie odwrotnie.

Swoją drogą – postępowanie Polaków w tym konflikcie nieprzyjemnie przypomina inny epizod historii Polski, z tym, że w wariancie moskiewskim nie występujemy w roli heroicznej.

Kiedy 29 marca 1611 roku, w okupowanej przez Polaków Moskwie, na wieść o marszu sił antypolskich na stolicę, wybuchło powstanie – dowódca polskiego garnizonu, komendant Gosiewski, zdławił je w sposób niezwykle brutalny, przypuszczając ciężkie szarże na budowane przez powstańców barykady, po czym kazał podpalić miasto. Wymordowano 60 tysięcy mieszkańców, ogień zniszczył dwie trzecie zabudowy.

Plac Świętego Piotra w Watykanie
© AFP 2019 / Gabriel Bouys
Ponieważ Rosjanie wolą czcić zwycięstwa od klęsk, narodowym świętem Rosji nie jest dzień wybuchu krwawo stłumionego powstania, a dzień kapitulacji polskiego okupanta – co niekoniecznie działa na ich korzyść. 1 sierpnia w Warszawie jest przeważnie ładniejszy niż 4 listopada w Moskwie – tym niemniej trudno się oprzeć analogii.

Wracając wszakże do „Borysa Godunowa”: to dramat o losach dobrego i troskliwego w sumie cara, który wszakże u zarania swego panowania kazał zamordować potencjalnego konkurenta do tronu, ośmioletniego syna Iwana Groźnego, carewicza Dymitra. Na poczuciu winy Godunowa z powodu tej zbrodni – której historyczna prawdziwość podlega dziś zresztą dyskusjom – Puszkin osnuwa całą swą opowieść, w której Polacy odrywają jednoznaczną rolę szwarccharakterów (to akurat nie jest przez historyków kwestionowane). Zygmunt III Waza wspiera uzurpatora – zbiegłego z klasztoru mnicha, który podaje się za zamordowanego carewicza. Polscy arystokraci manipulują nim za pomocą uwodzicielskiej Maryny Mniszchówny, córki wojewody sandomierskiego, który jest jednym z architektów całej afery. Maryna przedstawiona jest niczym Lady Makbet: bezwzględna, żądna władzy manipulatorka, która upokarza i szantażuje zakochanego w niej Dymitra, skłaniając go do zbrodni, jaką jest uzurpacja tronu, mimo iż młodzian wyznaje jej prawdę. Wartość bojowa Polaków w wojskach Dymitra, ruszających na Moskwę, jest, delikatnie mówiąc, kwestionowana.

„Polacy chełpią się jeno i piją” – mówi dowódca armii uzurpatora, Gawryła Puszkin w rozmowie z obrońcą Nowogrodu wojewodą Piotrem Basmanowem, przyznając, że ich siła militarna jest zerowa, ale zwycięstwo zapewni im wiara ludu w Samozwańca. Pojmany przez wojska polskie bojar rzuca się z pięściami na pięciu uzbrojonych Polaków, a oni rozpierzchają się w popłochu.

„Borys Godunow” w Teatrze Polskim w reżyserii wielkiego niemieckiego reżysera Petera Steina jest wystawiony tak, jak napisał go Puszkin. Wbrew recenzji z „Rzeczpospolitej” nie jest to spektakl o „władzy w rękach szalonego populisty”, nie ma w nim żadnych odniesień do dzisiejszej sytuacji politycznej. Godunow nie przypomina Putina, nigdzie w tle nie pojawi się Krym, ani cierpienie Ukrainy.

Spektakl z „Teatru Polskiego” mógłby zaistnieć na każdej scenie – także w kraju wolnym od szalejącej dziś w Polsce rusofobii. To czyni ów spektakl tak uniwersalnie europejskim.

Agnieszka Wołk-Łaniewska w Moskwie
© Sputnik . Leonid Swiridow
Nawiasem mówiąc – Stein wystawił „Borysa Godunowa” także w Moskwie. Miał go wystawić w Nowym Jorku, ale zniechęciło go kolonialne chamstwo, z jakim spotkał się w amerykańskim konsulacie w Berlinie, gdzie musiał wystąpić o wizę z zezwoleniem na pracę.

Gwoździem do trumny amerykańskiej inscenizacji było zachowanie dyrektora Metropolitan Opera, Petera Gelba, który pouczył jednego z najwybitniejszych żyjących twórców teatralnych, iż wszyscy zagraniczni reżyserzy i śpiewacy muszą przechodzić „nieprzyjemne procedury”, a Met już wydał na niego już „miliony dolarów”, toteż „nie może być zakładnikiem niebezpieczeństwa, że procedura lotniskowa go obrazi”.

Może to i lepiej. Puszkin pasuje do Amerykanów jak Chateaubriand do McDonalda.

Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

„Rusofobia jest teraz modna”
Putin o głównym celu rusofobów
Dwójka z rusofobii: na amerykańskich uczelniach pojawi się nowy przedmiot
Tagi:
rusofobia, Rosja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz