04:24 27 Czerwiec 2019
Uczestnicy marszu z okazji 1 maja z flagami SLD

Warszawa: Pora na podział opozycji?

© AP Photo / Czarek Sokolowski
Opinie
Krótki link
Agnieszka Wołk-Łaniewska
4308

Jakie ma być miejsce Kościoła w państwie rządzonym przez zjednoczoną opozycję? Co z finansowaniem religii w szkołach? Co z in vitro? Co z aborcją, dostępnością antykoncepcji awaryjnej, co z edukacją seksualną w szkołach? Co ze związkami partnerskimi?

Po pierwsze: odszczekuję. Przed wyborami wróżyłam, że SLD na listach Koalicji Obywatelskiej wprowadzi do PE Belkę i Cimoszewicza. Pomyliłam się głęboko, SLD ma dziś 5 europosłów: także Leszka Millera, Bogusława Liberadzkiego i Marka Balta.

Jakość i ciężka praca kandydatów, w połączeniu z wizjonerską ordynacją napisaną przez Krzysztofa Janika i Lecha Nikolskiego w czasach potęgi SLD, z myślą o tym, aby tradycyjnie czerwone okręgi zyskiwały szczególnie dużo na premiującej dużych ordynacji d'Hondta, przyniosły Sojuszowi zasłużony, acz niespodziewany sukces. Warto pamiętać, że walor mariażu systemu d'Hondta z metodą Hare'a-Niemeyera nie zadziała w żadnych innych wyborach, bo w żadnych innych nie jest stosowany – ale na dziś zwycięzców się nie sądzi.

Jednak abstrahując od faktu, że Czarzasty ograł Schetynę – chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie stwierdzi, że antypisowska opozycja jakiegokolwiek autoramentu odniosła w tych wyborach jakikolwiek sukces. Platforma z przystawkami przegrała wybory, które miały być dla niej najłatwiejsze, Wiosna uległa zmarginalizowaniu zanim jeszcze na dobre zaistniała, moja ulubiona Lewica Razem dostała 3 razy mniej głosów, niż Razem samodzielnie w 2015 roku. PiS pobiło proeuropejskich demokratów o 7 puntów na ich własnym (podobno) boisku, wprowadziło do europarlamentu kogo chciało, odnotowując przy tym absurdalne sukcesy takie jak pół miliona głosów dla Beaty Szydło, która jest wszak w polityce postacią humorystyczną.

Głębia klęski sprawia, że przed przystąpieniem do opracowywania nowej taktyki na następne wybory – warto pokusić się o filozoficzną refleksję nad kształtem polskiej demokracji.

Z tych wszystkich, które ostatnio słyszałam, najbardziej zaintrygowała mnie diagnoza niegdysiejszego pisowskiego europosła, dziś dość obiektywnego politologa, Marka Migalskiego. To nie taka czy inna kampania, praca kandydatów czy ich wpadki, to nie jakieś incydentalne zdarzenia zdecydowały o wyniku wyborów  – uważa Migalski – po prostu program PiS odpowiada poglądom większości Polaków.

Toteż kiedy – dodam już ja – znajdujemy się w systemie dwupartyjnym, PiS ze swoim przykościelnym konserwatyzmem zawsze wygra z tym drugim. A przynajmniej jeszcze długo.

Plac Świętego Piotra w Watykanie
© AFP 2019 / Gabriel Bouys
Polska publicystka Agnieszka Wołk-Łaniewska i komentator agencji Sputnik Leonid Swiridow. Moskwa
© Sputnik . Aleksandr Nastruskin
Polacy po prostu nie są gotowi na prawdę o Kościele: tę prawdę, która może ich wyzwolić z okowów państwa klerykalnego, budowanego przez wszystkie po kolei rządy III RP. A nawet wręcz przeciwnie: im groźniej ta prawda majaczy na horyzoncie, tym skwapliwie rodacy zwierają szyki, żeby jej między siebie nie wpuścić. Stąd odważna szarża obyczajowa, której dopuściła się „zjednoczona opozycja” w ostatnich tygodniach, była aktem cokolwiek ryzykownym.

Jak zauważa prof. Paweł Ruszkowski, socjolog z Collegium Civitas, między kwietniem i majem gotowość do udziału w wyborach doznała szczególnego wzmocnienia wśród osób „praktykujących co najmniej raz w tygodniu”, a także osób z wykształceniem zasadniczym zawodowym, mieszkańców wsi, emerytów. Krótko mówiąc, w grupach tradycyjnie najbardziej religijnych. Oczywiście, jakiś wpływ miała na to zapewne 13 emerytura, czy krowa i tucznik plus, ale osobiście pesymistycznie obstawiam, ze najważniejszy był „atak na Kościół”. Czyli film braci Sekielskich – i płynąca z niego dyskusja – o kościelnej pedofilii.

Wbrew temu, co słyszymy od różnego rodzaju nawiedzonych antyklerykałów – nie jest tak, że ludzie specjalnie wpychają swoje dzieci w ręce pedofilów w sutannach i spokojnie akceptują to, co zboki z nimi robią. Myślę, że jest wręcz odwrotnie: w przypadku ludzi wychowanych w ślepym kulcie nie tylko naszego Wielkiego Białego Ojca w Watykanie, ale także lokalnego proboszcza, koncept księdza wykorzystującego seksualnie dziecko sprawia, że ich umysł się zatrzaskuje.

„Nigdy nie bagatelizuj siły wyparcia” – mówi jeden z bohaterów kultowego filmu „American Beauty”, nastoletni handlarz narkotyków, tłumacząc, dlaczego jego ojciec wierzy, że za swoje ultranowoczesne studio audiowizualne zapłacił z napiwków. A jak mają zareagować ludzie, którym słyszą, iż mogą być odpowiedzialni za to, że ich ośmioletni syn był gwałcony przez dorosłego mężczyznę?

Mało tego – ludzie, którym całe życie wmawiano, ze ślepe posłuszeństwo jest cnotą, a krytyczne myślenie grzechem? Wyparcie jest w pełni naturalną reakcją – a zaraz za nią przychodzi żywiołowa niechęć do posłańca przynoszącego te ohydne, i na pewno kłamliwe, wieści. Jarosław Kaczyński znakomicie zdawał sobie z tego sprawę, kiedy wygłaszał swoje pamiętne słowa o tym, kto „podnosi rękę na Kościół”. To nie jest tak, że prezes nie wie, że księża wykorzystywali dzieci, a biskupi ich kryli. Prezes wie, że dziś w Polsce politycznie opłaca się  tego nie wiedzieć.

Czy to oznacza, że lewica powinna zrezygnować z walki z bezczelnym prymatem Kościoła kat. w Polsce: z bezkarnością odpowiedzialnych za nadużycia seksualne, dyskryminacją niekatolików, ograniczaniem praw osób LGBT, zamachami na prawa reprodukcyjne kobiet? Nie.

Ale być może powinna z nich zrezygnować liberalno-konserwatywna prawica spod znaku Platformy Obywatelskiej.

Grzegorz Schetyna
© AFP 2019 / Michal Cizek
Jakiegoś wyboru PO będzie musiała dokonać. Nie da się naraz reprezentować tych, którzy chcą „poszanowania chrześcijańskiej tradycji” i tych, którzy żądają „świeckiego państwa”. Grzegorz Schetyna zapewne sądzi, że jest bardzo przebiegły, kiedy pytany o wspólnotę programową ewentualnej zjednoczonej opozycji przez wyborami do Sejmu mówi: „Ja jestem zwolennikiem otwartej formuły: rozmowy, program, aktywność, wspólna koncepcja wspólnej pracy” i jeszcze dodaje z dumą, że „nigdy wcześniej tak szeroka koalicja nie funkcjonowała razem, żeby być koło siebie, żeby wspólnie opisywać program i żeby się nie spierać, ale budować, dokładać”... Jestem całym sercem za budowaniem i dokładaniem, ale w jakimś momencie trzeba będzie odpowiedzieć na pytanie: po co być koło siebie? Jaki program? Jaka wspólna koncepcja? Praca na rzecz czego?

Jakie ma być miejsce Kościoła w państwie rządzonym przez zjednoczoną opozycję? Co z finansowaniem religii w szkołach? Co z in vitro? Co z aborcją, dostępnością antykoncepcji awaryjnej, co z edukacją seksualną w szkołach? Co ze związkami partnerskimi?

I wreszcie: co z odpowiedzialnością, także finansową, Kościoła za seksualne nadużycia, których przez dekady dopuszczali się jego funkcjonariusze? Co z kryjącymi ich hierarchami?

Dziś łatwo jest wznosić gniewne okrzyki, ale czy prokuratura podlegająca PO zdecyduje się wyprowadzić biskupa w kajdankach?

Bo jeśli nie, to może lepiej, żeby PO w produktywnej koalicji z PSL zajęła się organizowaniem wsparcia elektoratu antypisowskiej centroprawicy, zbudowanej wokół idei praworządności, przywiązania do Unii Europejskiej i ogólnie dobrego gustu – i zostawiła miejsce dla prawdziwej lewicy. Odważnej ideowo, konsekwentnej w walce o prawa kobiet, mniejszości seksualnych, czy osób niewierzących – ale także wiarygodnie mówiącej o bilansie polityki społeczno-gospodarczej PiS, o wartościach transferów socjalnych i ciągłości zobowiązań, podjętych przez państwo w tym zakresie.

Bo to jest drugi z zasadniczych wymiarów polskiego światopoglądu, w których PiS ma olbrzymią przewagę nad dzisiejszym antypisem. Ale nie musi mieć.

Polacy lubią transfery socjalne. Co jest mocno niezgodne z oczekiwaniami i przyzwyczajeniami tzw. elit III RP, które nadają ton Koalicji Obywatelskiej. Jej wiodący politycy nie mówią o tych podstawowych elementach keynesowskiej ekonomii inaczej, niż „rozdawnictwo pieniędzy” – choć w następnym zdaniu zapewniają, że nie mają zamiaru ich obywatelom odbierać.

To brzmi cokolwiek niewiarygodnie, zwłaszcza, jeśli jest okraszone niepadającą z ust czołowych polityków opozycji, ale wyraźnie obecną w opozycyjnym dyskursie retoryką na temat ciemnego ludu, który dał się kupić, sprzedał demokrację i w ogóle nie zasługuje na wolną Polskę – retoryką, która, jak powiedział mi świetnej pamięci Karol Modzelewski, jest tak głupia,  że chyba jest opłacona przez PiS.

Co więcej – myśl o tym, że PiS „kupuje głosy”, czyli że głosują nań tylko ci, którzy dostali hajs, oczywiście dobrze wpływa na samopoczucie przegranej opozycji, ale słabo wyjaśnia rzeczywistość.

Polacy są w swej masie egalitarystami i oczekują od państwa starań na rzecz wyrównywania poziomu życia. W jednym z nowszych, robionym już za czasów PiS sondażu CBOS, 86 procent ankietowanych orzekło, że „różnice pomiędzy bogatymi i biednymi w naszym kraju są zbyt duże”, 81 procent – że „różnice zarobków w Polsce są zbyt duże”, a 76 – że „obowiązkiem rządu powinno być zmniejszenie różnic pomiędzy dobrze i źle zarabiającymi”. 56 procent Polaków uważa, że „równość w społeczeństwie powinna oznaczać, że wyrównany jest materialny poziom życia obywateli”.

Oczywiście warto przypomnieć, że niezbędnym elementem tego wyrównywania jest wyższe opodatkowanie bogatych –  a w tym zakresie PiS zrobiło jedynie gest symboliczny w postaci „daniny solidarnościowej” dla zarabiających powyżej miliona rocznie. Ale w sumie, transfery socjalne uprawiane przez PiS są zgodne ze społecznymi oczekiwaniami i nikogo nie powinno dziwić, że przynoszą władzy wysokie poparcie.

A mnie, uczciwie powiedziawszy, to nawet nie martwi. Uważam, że należy to potraktować jako lekcję dla lewicy, która rządziła „wolną Polską” dwukrotnie i nie zrobiła nic na rzecz wyrównywania rażących różnic – lekcję, która może się przydać, kiedy lewica w jakiejś formie wróci do władzy, w co z uporem wierzę.

Wynik Koalicji Europejskiej dowodzi oczywistego: elektorat tym się różni od pieniędzy, że połączenie różnych kont nie daje sumy wszystkich oszczędności. Jestem przekonana, że stworzenie dwóch merytorycznych, partnerskich, nieobrzucających się nawzajem błotem bloków o wyraźnej tożsamości politycznej i ideowej przyniesie opozycji wynik lepszy niż na siłę sklejona koalicja, której nie łączy nic poza nienawiścią do władzy. 

Oczywiście jest pytanie: czy jesienią będzie jeszcze jakaś żywa lewica, z której można by ten blok stworzyć?

Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Rozmiar Schetyny
Wyborcy to nie dzieci, Panowie i Panie z prawicy. W każdym razie, nie Wasze
„Ludwiku Dorn i Sabo! Nie idźcie tą drogą!”
Cud nad Wisłą: Mateusz Piskorski na wolności
Rusek w Strasburgu. Zagraża Polsce
Krzysztof Bosak dla Sputnika: „UE nie ma wspólnej polityki zagranicznej i mieć nie może”
Areszt Assange’a jest prawdziwą „skripalszczyzną”
Kłopot obecnej opozycji: Nie drażnić wyborców
Tagi:
Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz, Marek Belka, Włodzimierz Czarzasty, Unia Europejska, CBOS, kościół, Beata Szydło, Grzegorz Schetyna, Jarosław Kaczyński, Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL), Platforma Obywatelska, SLD, Prawo i Sprawiedliwość, Koalicja Europejska, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, Parlament Europejski, wybory, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz