Widgets Magazine
05:14 21 Sierpień 2019
Polski polityk Waldemar Pawlak

Co Pawlak może realnie zrobić, Kosiniak-Kamysz nie może nawet wymyślić

© AP Photo / Czarek Sokolowski
Opinie
Krótki link
Aleksander Kwaśniewski
2211

Polak zostaje komisarzem od czegokolwiek i wiadomo, że wszystkie pieniądze będące w dyspozycji tego segmentu przyjdą do Polski. Jeśli nie przychodzą to znaczy, że Polak okazał się zdrajcą.

Przy konstruowaniu list wyborczych do Parlamentu Europejskiego najważniejsze były „kompetencje praktyczne” i oczywiście znajomość języka angielskiego. Kto nie dysponował tym atrybutami skazany był na infamię. Znajomość języka i rozpoznawalność ma nam zapewnić nieograniczone wpływy na decyzje zapadające w Brukseli i Strasburgu.

Jak powszechnie głoszono każdy „były premier” to gwarancja sukcesu i niewyobrażalne korzyści, oczywiście, finansowe - dla Polski.

Znajomość języków, jak przekonywano wszem i wobec, to gwarancja, że najważniejsze decyzje, które ponoć zapadają w łazienkach, w ubikacjach, w kolejce po słynne frytki brukselskie, przy śniadaniu i na nocnych imprezach, będę zapadały tylko w interesie Polski. Mówi tak nawet Tusk, który pierwszą konferencje po wyborze na Przewodniczącego Rady Europejskiej prowadził …  po polsku.

Wszechwładza języka angielskiego doszła do tego stopnia, że wśród kandydatów, byli tacy, którzy chcieli prowadzić debaty przed polskim wyborcami w języku angielskim. „Odlecieli” tak bardzo, że jeszcze po jednej kadencji w Brukseli i zapomną kogo w niej reprezentują.

Inny fetysz europejski to stanowiska, które w opinii „znawców” są niczym księstwa udzielne.

Polak zostaje komisarzem od czegokolwiek i wiadomo, że wszystkie pieniądze będące w dyspozycji tego segmentu przyjdą do Polski. Jeśli nie przychodzą to znaczy, że Polak okazał się zdrajcą.

Ktokolwiek w ramach struktur Unii Europejskiej otrzymuje stanowisko, w Polsce przedstawiany jest jako wybitny polityk, który swoje stanowisko zawdzięcza uznaniu jakim się cieszy w Europie, kompetencjom i oczywiście znajomości języka angielskiego.

Sztandarową postacią w tej lidze niewątpliwie jest Donald Tusk, który w niczym niepohamowanej euforii był nazywany Prezydentem Europy, oczywiście przez ludzi i środki przekazu jemu przychylne. Oponenci podkreślali, że jego awans to życzenie i kaprys kanclerz Angeli Merkel. O ile pierwsze 2,5 roku w roli Przewodniczącego Rady Europejskiej, było zaskoczeniem dla większości obserwatorów – bo nikt nie podejrzewał, że można porzucić stanowisko premiera – to drugie 2,5 roku nie pozostawia złudzeń, że bez kanclerz Merkel Tusk nie zagrzałby tam miejsca.

Kilkanaście dni po wyborach w środkach przekazu, przychylnych Platformie Obywatelskiej, odtrąbiono pierwszy sukces w Brukseli - Ewy Kopacz. Debiutująca w Parlamencie Europejskim była premier została wybrana na wiceszefową grupy Europejskiej Partii Ludowej (EPL). Niewielu piszących o tym „sukcesie” dodało, że jedynym kontrkandydatem był Jan Olbrycht z PO, bowiem stanowisk zastępców w EPL jest ….. 10 i Ewa Kopacz jest jednym z dziesięciu.

Dla wielu polityków, którzy traktują swoich wyborców jak stado niegramotnych baranów, nie stanowi problemu „wciskać kit”, że nie rozdzielnik, a ich osobiste atuty stały się przyczyną awansu w strukturach europejskich. Czy polscy wyborcy wierzą w te bajki?  Przykład Donalda Tuska zdaje się potwierdzać, że propaganda sukcesu nie działa.

Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Tusk przyjechał na Uniwersytet Warszawski, aby swoim „autorytetem” promować Koalicję Europejską, sklejoną przez Schetynę.

Sam wykład byłby być może ciekawy, gdyby podobną treść wygłosił ktoś o większej wiarygodności społecznej i większym autorytecie moralnym.

Dla większości  Polaków, w tym także dla wielu zwolenników i członków PO, Donald Tusk został zapamiętany jako gracz polityczny posługujący się znaczonymi kartami. Wykład okazał się niewypałem, jego przekaz nie został zrozumiany, a zachwycać się nim było po prostu koniecznością.

Ci, którzy nie mogli wprost stwierdzić, że mowa Tuska była słaba, znaleźli kozła ofiarnego w postaci Jażdżewskiego, który ponoć wszystko zepsuł swoim atakiem na hierarchów kościelnych. Kolejna mowa przedwyborcza w Łodzi, była równa warszawskiej.

Ranek 26 maja nie zapowiadał smutnego wieczoru. Całą niedzielę wszyscy żyli w iluzji, że naród znów pokocha PO, tym razem w przebraniu Koalicji Europejskiej i architekci efemerycznego tworu politycznego odtrąbią sukces europejski. Złudzenia prysły jak bańka mydlana po ogłoszeniu exit poll a poniedziałkowy poranek objawił o rozmiarach wyborczej porażki. W łonie „koalicji” rozpoczęły się poszukiwania winnych klęski, ale nikt nie używa tego słowa.

Włodzimierz Czarzasty, w sobie tylko wiadomy sposób, podliczył głosy i wyszło mu, że SLD mając pięciu eurodeputowanych, otrzymało ponad 7 % oddanych głosów. Jego entuzjazm przypomina  entuzjazm Zygmunta Czarzastego przed wyborami 4 czerwca 1989 roku. Wówczas Zygmunt Czarzasty obawiał się, że „wyborcza klęska "Solidarności" da  powód do oskarżeń o sfałszowanie wyborów”. Prawdziwość proroctw Zygmunta Czarzastego zweryfikował następny dzień: Senat 99:1, a w Sejmie „wszystko co zakontraktowano”.

Klęska wyborcza z 26 maja 2019 roku, zepsuła obchody 30 rocznicy pierwszych częściowo wolnych wyborów z 4 czerwca 1989 roku.

W Gdańsku ponownie pojawił się Tusk, który miał powiedzieć coś przełomowego, coś co pozwoli odsunąć PiS od władzy, ale ku rozczarowaniu „ostatnich w wierze” nie padło nic optymistycznego, oprócz kilku banałów, z których ten porównujący czerwcowe wybory 1989 roku do jesiennych wyborów w 2019 roku wydaje się być największym.

Kiedy padał ten argument na sali był Aleksander Kwaśniewski, który ze swoim „Ludwiku Dornie i psie Sabo, nie idźcie tą drogą” powinien zareagować i w podobnym tonie zwrócić się  do Tuska i Schetyny.

Obchody 30 rocznicy w Gdańsku pokazały, że opozycja nie ma pomysłu na przejęcie władzy, a to co zostało stworzone na potrzeby wyborów do Parlamentu Europejskiego to wydmuszka, którą na posiedzeniu Rady Naczelnej PSL dobitnie ocenił Waldemar Pawlak.

Albo mamy kręgosłup i jaja i potrafimy robić politykę, z której wynika coś dobrego dla kraju, dla Polski, dla Europy, dla ludzi. Albo się trzęsiemy i wysuwamy, koncepcje, antykoncepcje, żeby się załapać na byle co … Koalicja Europejska pod światłym kierownictwem reformatorów i progresywistów z Platformy prowadziła wojnę z Wiosną, kto będzie bardziej progresywny, a PiS rąbał to wszystko i aż gwizdało.

PSL walczy o życie, ci co poszli do Brukseli wrócą jako emeryci, ci co są z Kosiniak-Kamyszem mają nadzieję, że akurat im uda się załapać na „poselską posadę” i wcale nie chodzi im o rządzenie, rządzić może PiS oby tylko oni grzali ławy sejmowe.

Pawlak jako„ostatnia deska ratunku” widzi, że PiS rozbiera PSL na wsi. Schetyna podbierając działaczy na swoje listy zabiera wszystko to, co jest aktywne w PSL i zarazem rozbija struktury zielonej partii.

Kosiniak-Kamysz nie ma świadomości, że trumna z napisem PSL został złożona już do grobu w momencie wejścia do Koalicji Europejskiej, a zasypie ją wspólny start w wyborach jesiennych.

To co Pawlak może realnie zrobić, Kosiniak-Kamysz nie może nawet wymyślić.

Tak jest różnica miedzy jednym a drugi.

Pawlak wie, że PiS z PO ręka w rękę próbują na przyszłość wyeliminować PSL z polityki. Pawlak wierzy, że uratowanie PSL uchroni Polskę przed systemem dwupartyjnym, który - biorąc pod uwagę jakość jednych i drugich -  jest rujnującym dla Polski.

Pawlak zdaje sobie sprawę i rzuca „siebie na stół”, bo żywi przekonanie, że tylko jego „Pawlakowska tradycja sukcesu PSL” jest w stanie uratować partię.

Mała „górka” ponad 5% na jesieni, czyli ok. 20 posłów  wchodzących samodzielnie ratuje PSL i daje szansę na koalicję z PiS.

Tyle samo w ramach koalicji z PO daje tylko „zatrudnienie” dla wybranych i unicestwienie PSL-u jako samodzielnego bytu politycznego.

Utrzymanie się w grze politycznej PSL-u nie wpłynie na jakość polskiej polityki, ale opóźni jej krystalizację na obecnym poziomie i da szansę Bożej Opatrzności na działanie, bo polityczny potencjał  III RP wyczerpał się  po 30 latach jej istnienia.

Polacy jak wiadomo wszystkie zwycięstwa przypisują boskiej interwencji. Historia Polski pełna jest różnego rodzaju „cudów”, choć sami Polacy nie chcą wierzyć, że są narodem cudaków.

Aleksander Kwaśniewski, polski publicysta, Warszawa

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Ukraina: Polska jest oknem możliwości przystąpienia do UE
Stany Zjednoczone przerzuciły do Polski samolot do operacji ofensywnych
Polska zainwestuje „grube miliony” w Uzbekistanie
Tagi:
Angela Merkel, Europa, UE, Bruksela, Rada Europy, wybory, Ewa Kopacz, Donald Tusk, PO, polityka, Waldemar Pawlak, Władysław Kosiniak-Kamysz, PSL, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz