19:21 18 Czerwiec 2019

Polaków interesuje cena żywności, a nie inflacja mierzona przez GUS

© Depositphotos / 06photo
Opinie
Krótki link
Wiktor Bezeka
7246

Od pewnego już czasu ekonomiści straszą, że nadchodzi globalne spowolnienie gospodarcze, a w niektórych przypadkach można już mówić wręcz o recesji.

Problem mają, między innymi, Niemcy i Turcja. We Włoszech dynamika PKB wyhamowała do zera, we Francji wynosi mniej niż jeden procent. Hamulec ręczny zaciągnęła też Szwajcaria, która w pół roku spowolniła z 3,5 do 1,4 proc.

W tym rzędzie Polska była do niedawna przedstawiana jako zielona wyspa. A jak jest naprawdę? O wyjaśnienia Sputnik zwrócił się do dr. Adama Michalika z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie:

- Wszystko zależy od tego, co przyjmiemy za dobry wynik. Polska na tle reszty Unii Europejskiej, jak popatrzeć na ostatnie dane makroekonomiczne, może czuć się zadowolona. Tylko Węgry i Rumunia osiągnęły lepszy wzrost. Jednak z tymi danymi można manipulować.

Czasami lepiej się rozwijać w tempie 2% rocznie, będąc dużą gospodarką, niż w tempie 7% rocznie, chyba że to jest rozwój bardzo stabilny, kiedy mówimy na przykład o modelu rozwoju gospodarek Singapuru czy Chin. Natomiast to, że Rumuni czy Węgrzy osiągnęli wzrost lepszy od Polski, nie oznacza, że jest to powód, żeby odtrąbić wielki sukces, chociaż wskaźnik z ich punktu widzenia jest optymistyczny. Trudno oczekiwać, żeby gospodarka Niemiec czy Szwajcarii rozwijała się przez długi czas w tempie 5-6% rocznie. Różne więc są odskocznie.

W Polsce mamy w miarę stabilną sytuację i wzrost utrzymuje się na pewnym poziomie. Mamy trzy filary wzrostu: eksport, inwestycje, konsumpcja. Obawiam się, że w najbliższych miesiącach ten wzrost będzie konsumpcyjny. Wynika to z transferów pieniężnych, z sytuacji na rynkach zagranicznych. Mamy problemy na Zachodzie za sprawą Brexitu i na Wschodzie z powodu sankcji odwetowych. Rynki zagraniczne zaczynają się nam kurczyć.

Jeśli ten stan rzeczy nie doprowadzi do nadmiernej inflacji i spadku konsumpcji w Polsce, to można utrzymywać obecną strukturę gospodarczą. Mają też znaczenie poziom inwestycji i wsparcie eksportu, dochody i wydatki państwa. Ogółem sytuacja nie jest taka zła. Jestem daleki od krytycznych tonów, ale nie należy się też zachwycać.

Sytuacja finansowa Unii Europejskiej po 2020 r. nie będzie dla Polski tak hojna jak ta, która obowiązuje obecnie. Przyznał to na antenie TVP Info minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński. Mówił, że Polska nie może liczyć na tyle samo pieniędzy, ile otrzymywała dotychczas. Wydzielonych środków na najważniejsze obszary gospodarki będzie po prostu mniej - powiedział wprost minister. Jak Pan ocenia tę wypowiedź?

– Nie mogę oceniać wypowiedzi w kategoriach „dobra” czy „zła”. Jest to taki wentyl bezpieczeństwa ze strony Ministra Kwiecińskiego, który zaznacza, że być może część pieniędzy, na które liczymy, nie dostaniemy. Mniej ważne jest ile pieniędzy będzie, grunt - jak potrafimy je spożytkować. Częstokroć było tak, że w budżecie środki były zapisane, natomiast poziom wydatkowania nie był odpowiedni. Mniej pieniędzy czy więcej - jest to kwestia naprawdę bardzo względna.

A teraz zejdźmy na ziemię. Ceny żywności wzrosły, prąd dla niektórych firm ma podrożeć od lipca, a dla gospodarstw domowych od przyszłego roku. To może sprawić, że inflacja stanie się naprawdę groźna - może osiągnąć poziom 5 procent. Dwa razy większy niż dziś. Czy to może straszyć?

To tak, jak jednym strumieniem pieniądze wpływają do kieszeni, a przez drugą kieszeń wypływają, w tym w postaci podwyżek płac minimalnych, programu 500+, 13. emerytury. Z jednej strony są to niewątpliwie decyzje, które pomagają Polakom. Ale jeśli te pieniądze będą po cichu powodować wzrost cen i nasilać inflację, to inflacja na poziomie 5-6% byłaby niebezpieczna. Ludzi tak naprawdę interesuje cena żywności, a nie inflacja mierzona przez GUS. Co innego podaje GUS, a co innego odczuwamy w kieszeni.

Flaga UE podczas wiecu w Kijowie
© AP Photo / Sergei Chuzavkov
Według Ministerstwa Finansów państwowy dług publiczny Polski w I kwartale 2019 r. przekroczył 1 bln złotych. Wzrósł o ponad 2 proc. w porównaniu z końcem 2018 r. Dużo to czy mało z punktu widzenia bezpieczeństwa finansowego państwa?

– Państwo zarządza finansami jak każdy z nas. My możemy żyć na kredyt, jak wielu z nas. Problem się rodzi wtedy, kiedy zobowiązania zaczynają przerastać nasze możliwości. W odróżnieniu od nas, gdyż nad nami czuwa bank, państwowe zadłużenie nie ma takiego regulatora, aczkolwiek przepisy ustaw powinny być takim regulatorem.

Zadłużanie jest pewnym ryzykiem, natomiast cały świat żyje na kredyt. Jakby zacząć wymagać wszystkich zobowiązań, to nagle by się okazało, że świat zbankrutował łącznie ze Stanami Zjednoczonymi, które też swoje bogactwo budują przecież na kredycie. Dobrze, by długi nie rosły. Chęć zadłużania na przyszłość może spowodować, że kiedyś nasze wnuki mogą wystawić nam rachunek.

– Czy, Pana zdaniem, mamy powody do pesymizmu?

– Mamy powody do wstrzemięźliwego optymizmu. Należy się cieszyć, że sytuacją obecnie nie jest zła, natomiast nie jest powiedziane, że będzie się utrzymywać w najbliższych miesiącach. Ona nie jest fantastyczna, jest po prostu dobra i należy obserwować, czy nie prowadzi do nadmiernych tendencji inflacyjnych. Ale to już zadanie tych na górze - uważa dr Adam Michalik.

Zobacz również:

Polska gospodarzem mistrzostw świata w 2022 roku
Prognoza dla polskiej gospodarki: pochmurnie, ale bez opadów
Cichy wróg zdrowia Polaków i polskiej gospodarki
Tagi:
żywność, ekonomista, kredyt, Europa, UE, Turcja, Szwajcaria, Niemcy, gospodarka, GUS, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz