Widgets Magazine
05:17 18 Sierpień 2019
Krzyż

Lament Gądeckiego

© Fotolia / Sasun Bughdaryan
Opinie
Krótki link
Agnieszka Wołk-Łaniewska
6368

Arcybiskup Scicluna, zwany z katolickim wdziękiem „młotem na pedofilów”, opuścił naszą ojczyznę i kamień spadł purpuratom z serca.

Kierownik episkopatu, abp Gądecki, dał wyraz tej lekkości w wydanym oświadczeniu na temat krzywdy, jaka dzieje się Kościołowi w związku z tym, że księża przez dekady gwałcili dzieci, a biskupi ich kryli.

Nie można powiedzieć, że biskupi niczego się nie nauczyli. W swoim „Oświadczeniu w sprawie aktów nienawiści wobec katolików w Polsce” Gądecki nie zapomniał umieścić najnowszej kościelnej mantry: „To, że przez wiele lat panowało w tej sferze milczenie, jest powodem naszego zawstydzenia i bólu, ujawnienie zaś tego problemu traktujemy jako okazję do oczyszczenia Kościoła” – ale walor merytoryczny tej fazy jest porównywalny do zwrotu „z całym szacunkiem”.

Do tego w zasadzie sprowadza się zmiana postawy polskiego Kościoła katolickiego wobec księżej pedofilii – każda próba usprawiedliwienia, zbagatelizowania czy zakwestionowania problemu opatrzona jest obowiązkowym wstępem o tym, że problem jest wielki, a Kościół się wstydzi.

Czarnobyl
© Sputnik . Igor Kostin
Co oczywiście nie oznacza, ze cokolwiek z niego rozumie. A nawet wręcz przeciwnie: wola nierozumienia jest w kierowniku episkopatu żelazna jak stal. Receptę na pedofilię w Kościele ksiądz arcybiskup dostrzega w „zachowaniu VI przykazania Dekalogu”, czyli „promowaniu kultury czystości”. Seks wśród wiernych to wszak ulubiony temat Kościoła.

W akrobatycznym wywodzie – zmierzającym, jak zwykle, do zbagatelizowania problemu pedofilii kleru –  Gądecki stawia znak równości między zgwałceniem ministranta przez księdza i rozstaniem z kochanką: „Nie tylko wykorzystanie bezbronnego dziecka powoduje rany na całe życie. Sfera seksualności jest tak wrażliwa, że każde wykorzystanie i porzucenie, także osoby dojrzałej, głęboko ją ranią i powodują w jej życiu dalekosiężne negatywne skutki. Ponadto rozmaite grzechy przeciwko czystości są wzajemnie ze sobą powiązane. Jedne rodzą drugie...”.

Warto też odnotować przebiegłość księdza arcybiskupa, który, w imieniu całego episkopatu, wzywa do „publicznego przebłagania Boga za popełnione świętokradztwa”, zgodnie z „tradycją chrześcijańską”, w której „sprofanowanym miejscom lub przedmiotom trzeba przywrócić pierwotny charakter sakralny; dzieje się to poprzez specjalny obrzęd pokutny”.

To, co zwraca uwagę – to fakt, iż Gądecki taktownie pomija istotę profanacji, za którą naród ma przebłagiwać boga: czy chodzi o dekady księżej pedofilii, czy może o obrazek Matki Boskiej z tęczą i alternatywną mszę Szymona Niemca przed paradą równości?

Osobiście skłonna jestem podejrzewać, że przebłaganie – zarządzone na posiedzeniu episkopatu poświęconym nadużyciom seksualnym w Kościele, z udziałem zajmującego się tym problemem wysłannika Watykanu – ma dotyczyć księżej rozpusty, a nie ateistycznych performansów. Ale z listu Gądeckiego tego wywnioskować się nie da.

Ciekawsze jest wszakże to, co wywnioskować się da.

I otóż arcybiskup Stefan Gądecki, rocznik 1949, jest nieodrodnym dzieckiem komuny i bardzo za nią tęskni. Fakt, że świat, w którym przeżył pierwsze 40 lat swojego życia – świat szczególnej pozycji Kościoła, jego nietykalności i autorytetu uznawanego także przez niewierzących – nieodwracalnie się skończył, napawa go rozpaczą, która pcha go w kierunku wyparcia.

Uczestnicy marszu z okazji 1 maja z flagami SLD
© AP Photo / Czarek Sokolowski
Abp Gądecki przyznaje to niemal wprost, odwołując się, oczywiście, do słów Ojca Świętego: „O ile sytuacja dawniejsza – mówił św. Jan Paweł II w 1991 roku – zyskiwała Kościołowi ogólne uznanie nawet ze strony osób i środowisk »laickich«, to w obecnej sytuacji na takie uznanie w wielu przypadkach nie można liczyć”. Różnica polega na tym, że JP2 rozumiał zmianę sytuację i przed nią przestrzegał. Mówił do księży: przestaliście być świętymi krowami, musicie zacząć uważać. Gądecki tego nie rozumie i jest oburzony.

„Gdy w lipcu 2016 r. zamordowano w Normandii księdza Jacques’a Hamela podczas sprawowania Mszy św. wydawało się nam, że w Polsce takie rzeczy nie mogą się zdarzyć, przede wszystkim dlatego, że wciąż żywa jest w naszym narodzie pamięć o ks. Jerzym Popiełuszce, Stefanie Niedzielaku, Stanisławie Suchowolcu, Sylwestrze Zychu i tylu innych duchownych – ofiarach komunistycznego reżimu”... A co to ma do rzeczy?

Polska stała się ostatnio świadkiem wielu bezsensownych aktów agresji, dokonywanych za pomocą noża. Nastolatek w Krakowie, młody mężczyzna w Poznaniu, lekarka – moja przyjaciółka – w Białymstoku... Można się zastanawiać, jaki wpływ na wysyp nożowników ma atmosfera polityczna, głęboka wrogość między zwolennikami dwóch obozów, wojenna retoryka płynąca z mediów – ale to ponure zjawisko jest faktem. Dlaczego księża mieliby pozostać nietykalni? Bo 35 lat temu 3 ubecy zamordowali księdza Popiełuszkę? Czy ktoś jest w stanie zrozumieć ten związek przyczynowo-skutkowy?

Abp Gądecki oburza się, że „dzisiejszy sposób kwestionowania autorytetu Kościoła nie ma charakteru intelektualnego, lecz ideologiczny” – cokolwiek by to znaczyło – i  że przeciwnicy papizmu „dążą do zdyskredytowania Boga i obrzydzenia całego Kościoła” poprzez próby dowiedzenia, że „nie ma w nim ludzi prawych, a wiara jest jedynie hipokryzją”.

To akurat nieprawda: nikt nie kwestionuje, że w populacji kleru zdarzają się ludzie przyzwoici, a część katolików naprawdę wierzy w Boga. Rozlewający się  coraz szerzej opór jest oporem wobec instytucji: chciwej i żadnej władzy, zdemoralizowanej i demoralizującej dla swoich funkcjonariuszy – a nie formą ksenofobii wymierzoną wobec jej pracowników i klientów.

Teatr Wielki w Moskwie
© AP Photo / Alexander Zemlianichenko
I tego właśnie ksiądz arcybiskup Gądecki, w swoim umyśle homo sovieticus, nie jest w stanie pojąć. Domaga się, żeby w demokratycznym, otwartym na świat państwie, wśród coraz lepiej wykształconych obywateli, Kościół  zachował ten szczególny status, który miał w czasach, kiedy postrzegany był jako jedyna instytucjonalna przeciwwaga wobec władzy nieposiadającej demokratycznej legitymacji.

Skądinąd cały ten mit Kościoła jako bohaterskiej ostoi walki narodu z komuną nie polega na prawdzie. W rzeczywistości bowiem, jeśli Kościół wchodził w jakieś spory z władzą, to dotyczyły one nie wolności narodu, tylko rozszerzania swojej strefy wpływów.

Co więcej: największe autorytety polskiego Kościoła starały się grać z władzą fair. W połowie lat 70. – opowiadał znany działacz katolicki Andrzej Micewski – Wyszyński wyznał, że „po raz pierwszy w życiu jest spokojny, jeśli chodzi o stosunki państwa z Kościołem”.

Plac Świętego Piotra w Watykanie
© AFP 2019 / Gabriel Bouys
A parę lat później skarcił  niemiecką Polonię za śpiewanie „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”: „Choć nie wszystko nam się w tej ojczyźnie podoba, ale to jest nasza ojczyzna” – pouczył. Nie wspominając już o pamiętnym kazaniu z sierpnia 1980 r., kiedy prymas wyraźnie powiedział do strajkujących robotników: robole do roboty. Poza kilkoma krótkimi epizodami w rodzaju internowania Wyszyńskiego, Kościół był partnerem i sprzymierzeńcem władzy, która traktowała go z przyjaźnią i hojnością, za co nie raz odpłacał jej lojalnością.

Ale mniejsza o fakty. W tym kontekście ważniejsze jest postrzeganie Kościoła przez obywateli – i ono rzeczywiście było za komuny takie, jak sądzi ksiądz arcybiskup Gądecki. Ale komuna się skończyła – i automatyczny autorytet Kościoła razem z nią. Dziś na autorytet Kościół musiałby sobie zapracować.

Chwała Bogu, rządzą nim ludzie tacy, jak arcybiskup Gądecki – którzy robią wszystko, żeby do tego nie doszło.

Agnieszka Wołk-Łaniewska, polska publicystka, Warszawa

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Komisja ds. pedofilii. Nikt nie uniknie odpowiedzialności, nawet Kościół
Timmermans: Ja też padłem ofiarą księdza pedofila
Ksiądz żartuje z pedofilii i obraża WOŚP. Bronią go politycy PiS
Tagi:
kościół, pedofilia, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz