Widgets Magazine
22:57 15 Wrzesień 2019
Zwolennicy eurointegracji Ukrainy

Koniec snów o eurointegracji nad Dnieprem?

© Sputnik . Andrey Stenin
Opinie
Krótki link
Autor Mateusz Piskorski
6633
Subskrybuj nas na

Jeszcze niedawno wydawało się, że problem Ukrainy jest jedną z kluczowych kwestii Europy. Równie niedawno w Warszawie niektórzy z pełną powagą przyjmowali, że Polska jest w sprawie ukraińskiej zawodnikiem wagi ciężkiej.

Mity pękają, jak bańki mydlane, nie zostaje po nich nawet ślad. Aspiracje do poważnego uprawiania polityki zagranicznej przekształcają się w żałosną farsę snów pijanego o potędze.

Lodowaty prysznic rzeczywistości Anno Domini 2019 ostudzić powinien wszystkich, choć są nad Dnieprem i nad Wisłą nadal tacy, których rozgrzane do czerwoności głowy ani na chwilę nie stygną. Kolejne porcje zimnego prysznica – i to pod dużym ciśnieniem – mieliśmy okazję obserwować w ciągu ostatnich kilku dni.

Szczere wyznanie Zełenskiego        

8 lipca odbył się kolejny szczyt Unia Europejska – Ukraina, pierwszy po ukraińskich wyborach prezydenckich. I to właśnie kolejny zimny prysznic na głowy żyjących od 2013 roku nadziejami eurointegracji Ukraińców. Efekty spotkania na szczycie są praktycznie żadne, choć może warto czytać między wierszami.

Wołodymyr Zełenski na konferencji prasowej podsumowującej wyniki szczytu przyznał wprost, że „europejscy partnerzy są już zmęczeni asygnowaniem kolejnych kwot na wieloletnią walkę z korupcją”. Czytaj: UE nie zamierza dotować nowych organów powołanych do walki z tym problemem, które w istocie same stanowią część problemu.

Czytaj też: Najwięcej pieniędzy na Ukrainę trafia z Polski

„Europejscy partnerzy” przypomnieli też ukraińskiemu przywódcy o szeregu innych problemów, czyniąc to widocznie na tyle stanowczo, że już następnego dnia Zełenski zapowiedział wniesienie do Rady Najwyższej projektów ustaw mających na celu „likwidację monopolów, walkę z przestępczością gospodarczą i przemytem”.

Wprawdzie Bruksela zadeklarowała, że gotowa jest przeznaczyć dla Ukrainy czwartą transzę planowanej już wcześniej pomocy w wysokości 500 mln euro, jednak o żadnych nowych formach dotowania częściowo upadłego państwa nie ma już mowy.

W lutym z inicjatywy niesławnej pamięci prezydenta Petra Poroszenki uchwalono do konstytucji Ukrainy poprawki wskazujące, że bezspornym celem działalności tamtejszych władz ma być dążenie do spełnienia marzeń europejskich i atlantyckich – wstąpienie do Unii Europejskiej i NATO. Zełenski, rzecz jasna, ustawę zasadniczą musi przestrzegać.

Kijowski szczyt był już dwudziestym pierwszym w relacjach Unii z Ukrainą. Od pięciu lat obowiązuje umowa stowarzyszeniowa. Obowiązuje w zasadzie tylko teoretycznie, na co zresztą uwagę zwrócił sam ukraiński prezydent, stwierdzając, że jej funkcjonowanie trzeba poddać przeglądowi. Monitoring funkcjonowania stowarzyszenia zapowiedzieli jednak w istocie sami politycy brukselscy, którzy najwyraźniej są już nieco ukraińskim problemem poirytowani.

Czytaj też: Prawie połowa Ukraińców pracujących w Polsce chce zmienić kraj

Oświadczenie jest, wyników brak        

Każdy szczyt, w tym taki, na którym nie podejmuje się z założenia żadnych istotnych dla stron decyzji, wypada zakończyć jakimś wspólnym oświadczeniem. Tak też było w przypadku kijowskiego spotkania. Końcowe oświadczenie przyjęte przez Zełenskiego, przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska i przewodniczącego Komisji Europejskiej Jeana-Claude Junckera składa się z aż czternastu punktów.

Spróbujmy realistycznie zinterpretować ich treść. Punkt pierwszy to deklaracja przywiązania do wspólnych wartości, brzmiąca dość kuriozalnie, szczególnie w przypadku kwestii rzekomego przestrzegania przez stronę ukraińską praw mniejszości i równie teoretycznego zabiegania przez Unię o zachowanie integralności terytorialnej tego kraju w granicach sprzed 2014 roku. 

Punkt drugi to kurtuazyjne podziękowania dla Zełenskiego za to, że swoją pierwszą zagraniczną wizytę złożył w Brukseli, choć przecież mógł i zapewne powinien pojechać gdzie indziej. W punkcie trzecim strona unijna cieszy się, że obroty handlowe z Ukrainą wzrosły od momentu wejścia w życie porozumienia o wolnym handlu w styczniu 2016 roku o 50% – ma powody, biorąc pod uwagę dywidendy unijnych przedsiębiorstw pochodzące z zysków na rynku ukraińskim.

Punkt czwarty to obietnica: jeśli Ukraina spełni „określone warunki” może w końcu otrzymać wspomniane już 500 mld euro w ramach drugiej transzy czwartego programu pomocy makrofinansowej, a jednocześnie liczyć powinna na wsparcie Międzynarodowego Funduszu Walutowego, rzecz jasna, również po spełnieniu narzuconych przez fundusz warunków.

W punkcie piątym Unia zwraca uwagę, że na Ukrainie niezmiennie króluje korupcja i szara strefa i niezbędne jest przeprowadzenie „deoligarchizacji”. W szóstym – Bruksela zapowiada, że nadal walczyć będzie z dezinformacją, czyli zapewne przekonywać będzie rosnące rzesze sceptyków, że niewiara w przyszłą integrację z UE jest pochodną manipulacji. Punkt siódmy – Bruksela dopomina się wdzięczności za zniesienie obowiązku wizowego, choć zapomina wspomnieć o milionach obywateli Ukrainy obniżających koszty pracy na Zachodzie.

Czytaj też: Moskwa jest gotowa do dialogu z Kijowem

W punkcie ósmym – UE wzywa Kijów do jak najszybszego przyjęcia przepisów i regulacji prawnych, odpowiadających standardom europejskim, z dość oczywistą intencją ochrony zachodnich inwestorów i kontrahentów na tamtejszym rynku. W dziewiątym – Bruksela ponagla władze ukraińskie w sprawie realizacji projektów infrastrukturalnych, w tym sieci transportowych łączących kraj z jego zachodnimi sąsiadami, nie obiecując wszakże na te projekty żadnego dofinansowania.

UE musiała, oczywiście, rytualnie potępić rzekomą agresję Rosji, używając w punkcie dziesiątym dość zabawnego sformułowania „regiony tymczasowo znajdujące się poza kontrolą rządu Ukrainy” wobec Krymu, Sewastopola i części Donbasu. Ubolewając nad losem ukraińskich „marynarzy” zatrzymanych w Cieśninie Kerczeńskiej w grudniu 2018 roku, strona unijna występuje z zaskakującą w tym kontekście propozycją „wsparcia społeczno-psychologicznego” mieszkańców regionów położonych nad Morzem Azowskim.

W punkcie dwunastym dostaje się kijowskim władzom za brak „podejścia inkluzywnego” wobec mieszkańców Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Bruksela dopomina się choćby o zagwarantowanie im dostaw wody i energii elektrycznej, stanowczo odradzając strategię „brania ich głodem” stosowaną dotychczas przez ukraińskie władze.

W trzynastym – Bruksela domaga się realizacji porozumień mińskich i kontynuacji działań w ramach tzw. formatu normandzkiego. Wreszcie w punkcie ostatnim mowa jest o pociągnięciu do odpowiedzialności sprawców zestrzelenia samolotu malezyjskich linii lotniczych 17 lipca 2014 roku.

Implementacja umowy stowarzyszeniowej zamiast członkostwa w UE      

Komisarz ds. europejskiej polityki sąsiedztwa i rozszerzenia Johannes Hahn już dawno zaznaczył, że Ukraina w praktyce nie ma co liczyć na członkostwo w UE. Jego zdaniem, powinna raczej skoncentrować się na implementacji umowy stowarzyszeniowej, której przestrzeganie stanowi wciąż dla władz w Kijowie wyzwanie z gatunku niewykonalnych.

Czytaj też: Ukrainie brakuje kierowców. Wyjechali do Polski

Anders Fogh Rasmussen, były sekretarz generalny NATO, wspominał też, że wstąpienie Ukrainy do Paktu Północnoatlantyckiego jest raczej zdarzeniem trudnym do wyobrażenia. Zełenski jeszcze w trakcie swej kampanii wyborczej, zabiegając o głosy wyborców na wschodzie i południu kraju, zapowiadał, że w obu tych sprawach wypadałoby przeprowadzić referendum.

Mamy więc do czynienia z sytuacją dość kuriozalną: konstytucja każe prezydentowi zabiegać o członkostwo Ukrainy w organizacjach, niezależnie od tego, czy chcieliby tego sami Ukraińcy i jeszcze bardziej niezależnie od tego, czy chciałyby tego same będące przedmiotem nieodwzajemnionej miłości organizacje. Dlatego dość osobliwie i chyba w kategoriach żartu można potraktować wypowiedź Zełenskiego po kijowskim szczycie: „Być może 22. szczyt nie będzie już potrzebny, bo będziemy już nieodłączną częścią Europy”.

Czytaj też: Polska i USA wspólnie wesprą Ukrainę

Komentarze polskich ekspertów głównego nurtu charakteryzują się podobnym brakiem trzeźwości, jak wspomniany powyżej niby żart ukraińskiego prezydenta. Niezależnie od faktu, że oświadczenia i deklaracje UE zawsze interpretować można niczym papieskie wystąpienia w sposób dla każdej ze stron dowolny i kojący serce, optymizm polskich głosów na ten temat poraża naiwnością. Nie jest on przy tym do końca zrozumiały.

O ile polityków ukraińskich tłumaczyć można urzędową wiarą w konstytucyjne deklaracje i chęcią podtrzymania przy życiu iluzji elektoratu, o tyle nad Wisłą powinny pojawiać się jakieś w miarę trzeźwe oceny perspektyw. Niestety, w praktyce brak takich w debacie publicznej.

Nic dziwnego, że nad Dnieprem nikt nie myśli o jakimkolwiek polskim udziale w procesie negocjacyjnym, którego zainicjowanie zapowiedział niedawno sam Zełenski. Kwestia polskich snów o rozgrywaniu partii szachów na Wschodzie i gwałtownego przebudzenia z tych sennych marzeń to już wszakże temat dla innych rozważań, które musiałyby być nieco ironiczne, by nie stać się przerażająco ponurymi.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji

Zobacz również:

Ukraina zemściła się na dzieciach, które odwiedzały Krym
Ukraina i UE wezwały Rosję do „zaakceptowania swojej odpowiedzialności za katastrofę MH17”
Ukraina zaniepokojona aktywnością rosyjskich okrętów podwodnych
Ukraina: Flash mob na znak poparcia dla dziennikarza, który obraził Putina
Tagi:
UE, NATO, Ukraina, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz