Widgets Magazine
05:31 20 Wrzesień 2019
Terminal gazowy w Świnoujściu

„Dywersyfikacji mówię tak, zaniechaniu dostaw gazu z Rosji – nie”

© Sputnik . Aleksiej Witwickij
Opinie
Krótki link
Autor
8627
Subskrybuj nas na

Dziś Polska odebrała pierwszy transport gazu skroplonego w ramach wieloletniego kontraktu z amerykańską Cheniere Energy. To około 165 tysięcy metrów sześciennych LNG.

Po regazyfikacji odpowiada to 95 milionom metrów sześciennych gazu ziemnego. Zgodnie z umową do 2022 roku amerykańska firma ma dostarczyć do Polski 0,52 mln ton i 29 mln ton gazu ziemnego w ciągu najbliższych 20 lat. Stanowi to około 39 miliardów metrów sześciennych po regazyfikacji. 
U podłoża intensyfikacji dostaw LNG z kierunków najpierw katarskiego, a później amerykańskiego, leży podjęta wcześniej polityczna decyzja polskiego rządu z kwietnia 2017 roku w sprawie minimalnego poziomu dywersyfikacji dostaw gazu z zagranicy. Z dokumentu wynika, że udział dostaw do Polski z jednego kierunku będzie w latach w latach 2017–2022 wynosił 70 procent, natomiast w 2023–2026 już tylko 33 procent. Oznacza to, że Polska będzie mogła sprowadzić z Rosji maksymalnie jedną trzecią dostaw

Zobacz też: Amerykański LNG już dziś w Świnoujściu: na miejscu delegacja USA

„W ciągu najbliższej dekady będziemy mieli jeszcze większą możliwość pozyskania gazu z innych kierunków, co pogarsza pozycję negocjacyjną strony rosyjskiej” - wskazuje ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego. dr Łukasz Tolak z Collegium Civitas.

Na razie fakty świadczą o tym, że warunki dostaw rosyjskiego gazu w pełni Warszawę satysfakcjonują. Gazprom twierdzi, że w 2018 r. zwiększył wolumen dostaw do Polski o 10 procent - do 10,5 miliarda metrów sześciennych. To więcej niż zapisano w umowie.

Tymczasem szef PGNiG Maciej Woźniak nadal utrzymuje, że amerykański LNG będzie tańszy od rosyjskiego gazu o 20-30 proc. W Rosji nie zgadzają się z tą oceną. Według obliczeń krajowych analityków LNG ze Stanów Zjednoczonych będzie kosztować o około 25 procent więcej niż rosyjski gaz.

W ramach dywersyfikacji Polacy łączą dostawy amerykańskiego gazu również z norweskim. W tym przypadku chodzi nie tylko o transakcje stricte handlowe, ale też o kupno udziałów w złożu Tommeliten Alpha. Za 42 procent udziałów PGNiG zapłaciło 220 milionów dolarów. Wydobycie planowane jest na 2024 rok. Jest jednak jeden problem: wyprodukowany tam gaz ma być dostarczany do Polski rurociągiem Baltic Pipe, który jest jeszcze w budowie. Jego realizację rozpoczęto w 2001 roku, od tego czasu projekt był kilkakrotnie zamrażany. Władze liczą, że uporają się z nim do 2022 r., kiedy to wygaśnie długoterminowa umowa z Rosją. Ale gwarancji na to póki co nie ma. 

Zobacz też: Baltic Pipe dostał zielone światło. Nord Stream 2 musi poczekać? 

Ile w tym wszystkim sensu politycznego, ekonomicznego, propagandowego? Z tym pytaniem Sputnik zwrócił się do dr Adama Michalika z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

„Wszystko należy rozpatrywać w kategoriach pieniądza i w kategoriach bezpieczeństwa własnego. Jeśli mamy pieniądze, to czujemy się bezpieczniej. Jeśli nie mamy, to nasze bezpieczeństwo, czy poczucie bezpieczeństwa, maleje. Warto zobaczyć, ile tak naprawdę nas ten gaz kosztuje. Bo w sytuacji, kiedy gaz z Rosji jest gazem dla nas najtańszym, to kupowanie dużo droższego po to, aby to nie był rosyjski, szczególnie w globalnym świecie, dla bezpieczeństwa nie ma większego znaczenia” - uważa ekspert.

Natomiast sytuacja byłaby też zła, gdyby 100% naszych dostaw pochodziło z Rosji. Więc dywersyfikacji ja mówię - tak, ale zaniechaniu dostaw z Rosji – nie. Chyba, że wynegocjujemy z innymi państwami bardziej atrakcyjne warunki” - powiedział rozmówca Sputnika.

Według dr Michalika wartość kontraktów jest trudna do porównywania, bo łatwo manipulować.

„Mówią tańsza oferta, a później się okazuje, że kosztuje trzy razy tyle. A do tego podchodzę z dużym dystansem. Nie da się ukryć, że perspektywy finansowe związane z gazem rosyjskim są lepsze dla nas. Nie powinniśmy od tego całkowicie odchodzić. Z kolei z perspektywy bezpieczeństwa ekonomicznego państwa dywersyfikacja, czyli kupno, na przykład, norweskiego, katarskiego czy amerykańskiego gazu jest dla Polski uzasadnione. Ale rozumiem, że dywersyfikacja oznacza import z różnych kierunków, a nie wyrzucanie pieniędzy z własnego portfela” – reasumował dr Adam Michalik.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Europa uzależniona od amerykańskiego gazu
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz