Widgets Magazine
19:10 19 Październik 2019
Agnieszka Wołk-Łaniewska

Towarzysze! Nie ma miękkiej gry

© Zdjęcie : Leonid Swiridow
Opinie
Krótki link
Autor
154211
Subskrybuj nas na

Jeśli powtórzy się katastrofa sprzed 4 lat i ponad milion lewicowych głosów wyląduje w koszu – najbardziej zarobi na tym PiS, któremu może to dać większość konstytucyjną, a na pewno zagwarantuje ponowne samodzielne rządy.

„Jeśli my nie powstrzymamy tych sukinsynów, to znaczy, że naprawdę jesteśmy materiałem odpadowym i nasze miejsce jest na wysypisku śmieci” – mówi dobry ubek do złego w nieśmiertelnych „Psach”. Ale nie tylko dlatego ten cytat powinien przyświecać lewicy w tegorocznych wyborach.

„Te sukinsyny” to oczywiście naziole, w Białymstoku i gdzie indziej tłukący ludzi, niepodzielających ich bogoojczyźnianej nienawiści do wszelkiej inności. Ale to także ci wszyscy, którzy postanowili, że dwie prawice podzielą między siebie Polskę, a ludzie lewicy mogą do nich dołączyć, albo stulić ryje.

I dotyczyło to wszystkich ludzi lewicy: rewolucyjnie niezgadzających się na kapitalizm młodych inteligentów z Razem; wyborców SLD, bez wstydu wspominających awans, jaki ich rodzinom przyniosła Polska Ludowa; duszących się w systemowej bigoterii zwolenników Wiosny. A także tych, którzy po prostu uważają się za lewicowców i odmawiają głosowania na prawicę.

I jeszcze tydzień temu wyglądało na to, że ta operacja się uda: że dwuprawicowy walec rozjedzie wszelkie lewactwo i za cztery lata nie będzie co zbierać. Tymczasem sytuacja się zmieniła. To najlepsza wiadomość tej dekady.

Uczciwie trzeba powiedzieć, że żadna w tym nasza zasługa.

Gdyby Kosiniak-Kamysz nie porzucił Schetyny, a ten w ramach przemieszczenia agresji Czarzastego – wspólna lista lewicy byłaby marzeniem lewaków i symetrystów, zwalczanym z impetem nie tylko przez mainstreamowy komentariat, ale także np. przez mojego znakomitego kolegę red. Rozenka.

Tymczasem jednak los podarował nam niepodległość – i jeśli nie skorzystamy z tej szansy, to będzie znaczyło, że zasługujemy na to, co nam się przydarza. Nam – to znaczy lewicowym politykom, dziennikarzom, ale także wyborcom, którzy nader często ulegali szantażowi „zmarnowanego głosu”.

Dziś wszakże ten szantaż działa na naszą korzyść. Dziś można powiedzieć wyborcom: ci, którzy ze strachu przed „zmarnowaniem głosu” zagłosują na PO, będą odpowiedzialni za to, że PiS uzyska większość konstytucyjną.

Cztery lata temu to 11 procent „zmarnowanych głosów” Zjednoczonej Lewicy i Partii Razem, które – osobno – nie przekroczyły progu, dało d'Hondtową większość PiSowi. Tym razem lewica wyciągnęła wnioski z tej porażki, tworzy wspólną listę.

W SLD panuje zrozumiały acz niesłuszny lęk przed listą koalicyjną, która pociąga za sobą ośmioprocentowy próg wyborczy. Inaczej jednak nie da się tego ułożyć: ludzie Razem i Wiosny nie pójdą na listach Sojuszu, Sojusz jako jedyna partia ze strukturami i w miarę poważnym finansowaniem nie może zrezygnować ze swojego sztandaru, komitet wyborczy wyborców oznacza rezygnację z pieniędzy, które są partiom niezbędne do funkcjonowania. Żeby lista lewicowa miała szanse – musi być listą koalicyjną.

Co ważniejsze – owo nieszczęsne widmo „zmarnowanych głosów” może nam pomóc.

PO-KO, czy jakkolwiek Platforma zechce się w tym sezonie nazywać, ma wstęp do Sejmu gwarantowany. Lewica podejmuje ryzyko.

Z tym, że to ryzyko jest nie tylko jej. Jeśli powtórzy się katastrofa sprzed 4 lat i ponad milion lewicowych głosów wyląduje w koszu – najbardziej zarobi na tym PiS, któremu może to dać większość konstytucyjną, a na pewno zagwarantuje ponowne samodzielne rządy.

Co zrobić, żeby temu zapobiec?

Zagłosować na lewicę, zapewnić, że przekroczy próg i że oddane na nią głosy nie zostaną zmarnowane. Że ona także uzyska d'Hondtową premię. Skoro już wiadomo na pewno, że partie lewicy nie pójdą pod platformerskim sztandarem, skoro wiadomo, że lewicowa lista będzie, skoro skumulowane głosy lewicowych formacji z trzech ostatnich elekcji wahają się między 8,18 a 13,67 procent – wyborcy, którzy chcą „zatrzymać PiS” mają tak naprawdę tylko jedno wyjście i jest nim poparcie lewicowych kandydatów.

Przed trzema ugrupowaniami, które już stworzyły koalicję – i wszystkimi, które jeszcze do niej dołączą, czego z całego serca im życzę – zadania monumentalne. Uczciwie, ale i atrakcyjnie skonstruować listy. Zachować najważniejsze elementy tożsamości poszczególnych partii: odważne postulaty społeczno-gospodarcze Razem, postępowość obyczajową Wiosny, lojalność wobec własnej historii, która jest obowiązkiem SLD – i jakoś to ze sobą pogodzić.

Nie mówić głupstw, ale też nie uprawiać kunktatorstwa.

Nie pożreć się.

Pozwolić, aby obca – czytaj prawicowa – dłoń przekreśliła wewnętrzne rachunki krzywd, którymi, jak doskonale wiemy, szeroko pojęta lewica żyje od 3 dekad. Zapomnieć, jak bardzo wpieniają nas ci, którzy powinni myśleć tak, jak my, a myślą mocno inaczej.

To zdaje się prawie niemożliwe – ale przecież kilka dni temu niemożliwe było powstanie takiej listy.

Bój to może być nasz ostatni. Dlatego, towarzysze nie ma miękkiej gry.

Agnieszka Wołk-Łaniewska, polska publicystka, Warszawa

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Przedwyborcze przymiarki: czy PO naprawdę buntuje się przeciwko koalicji z SLD?
Polska zadowolona z wyboru Ursuli von der Leyen
W Polsce skomentowano wyniki wyborów do ukraińskiej Rady Najwyższej
Tagi:
Platforma Obywatelska, Lewica, Jarosław Kaczyński, Grzegorz Schetyna, PiS, Sejm, wybory parlamentarne, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz