06:14 06 Grudzień 2019
Warszawa. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej

Polacy są przywiązani do równości. Mimo 30 lat neoliberalnej propagandy

© Sputnik . Krzysztof Żurek
Opinie
Krótki link
Autor
14638
Subskrybuj nas na

Wiadomość, że Katarzyna Piekarska przechodzi do PO jest mi osobiście przykra, bo z Kasią znamy się i lubimy od 2 dekad, byłam nawet świadkiem na jej ślubie.

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że dawno się rozwiodła.

Tym niemniej, można w tym transferze dostrzec jakąś dziejową sprawiedliwość – zważywszy, że 22 lata temu Leszek Miller importował Piekarską do SLD z Unii Wolności, z zasadniczym celem złamania serca Bronisławowi Geremkowi. Nieco trudniej mi ogarnąć rozumem niby transfer Jerzego Wenderlicha, który naprawdę zawdzięcza lewicy wszystko. Grzegorz Napieralski – bądź co bądź były szef Sojuszu oraz jego kandydat na prezydenta – przytulił się do PO już 4 lata temu, więc tu zdziwienia nie ma.

To wszystko jest wszakże bez szczególnego znaczenia – jeśli coś z tego wynika, to kolejne potwierdzenie wcześniejszych danych o formacie Grzegorza Schetyny, który po latach opowieści o ratowaniu Polski przed PiSem, ratuje jedynie siebie; kosztem innych formacji opozycyjnych, bo przecież nie PiSu.

To wszakże nic nowego – jeśli wziąć pod uwagę, jak Schetyna rozwalił klub Nowoczesnej w środku prowadzonych z nią negocjacji nad wielką antypisowską koalicją w grudniu zeszłego roku, jego system priorytetów nie powinien nikogo zaskakiwać.

Ani zajmować.

Agnieszka Wołk-Łaniewska
© Zdjęcie : Leonid Swiridow
Flagi USA i Kuby
© AP Photo / Ramon Espinosa
Lewica ma dziś ważniejsze sprawy na głowie.

Na przykład – zaryzykuję postulat – program. Zwłaszcza w obszarze społeczno-gospodarczym, bo postępowy program obyczajowy zjednoczonych formacji lewicowych jest dość oczywisty i jest ich siłą: obszarem, w którym lewica nie ma konkurencji. PO chce z oddaniem bronić „kompromisu aborcyjnego”, Barbara Nowacka, zatrudniona u Schetyny na etacie organizacyjnej feministki głosi, że „prawa kobiet” to polityka senioralna i dostęp do żłobków, a liberalizacja ustawy antyaborcyjnej należy do „rzeczy, które z powodów czysto moralnych nie powinny być elementami kampanii wyborczej”. W  sprawie związków partnerskich lider PO już kilka razy zmienił zdanie, ale jestem dziwnie pewna, że ten element nie będzie przez Platformę zbyt eksponowany. Także wiarygodność lewicy – a zwłaszcza Wiosny – w kwestii walki z zawłaszczaniem państwa przez Kościół jest nieporównanie większa, niż głośny, ale świeży antyklerykalizm Platformy związany z modą na walkę z kościelną pedofilią.

Antyklerykalny elektorat w Polsce istnieje, to on zapewnił Ruchowi Palikota 10 procent w roku 2011, z niego wyrasta poparcie dla Wiosny. Skoro lewica nie musi liczyć się z konserwatywnymi wyborcami dominującego prawicowego partnera, w sprawie kobiet, Kościoła, aborcji czy LGBT może i powinna być brawurowa. Tu nie ma co kombinować.

Trudniejsze pytanie brzmi: co lewica ma mówić o gospodarce? Polityce socjalnej? Podatkach? Tu mamy jako żywo kłopot, ponieważ na pierwszy rzut oka PiS wysadził nas z siodła wprowadzając wielkie transfery socjalne, ale też przepisy ograniczające wyzysk, takie jak płaca minimalna godzinowa czy obowiązek podpisania umowy przed dopuszczeniem pracownika do pracy – co zlikwidowało „syndrom pierwszej dniówki”, czyli sytuację, w której ludzie miesiącami pracowali na czarno, bo dla PIP ciągle był to ich pierwszy dzień. To rozwiązania, które muszą podobać się lewicy. Ale przecież – w tej sprawie zgadzam się z „antysymetrystami” – lewicowa opozycja nie może iść do wyborów, chwaląc rząd, bo to jakby nieco podważa sens głosowania na nią. 

Toteż najważniejszym zadaniem lewicy na najbliższe dni jest wypracowanie rzeczowej krytyki polityki społeczno-gospodarczej PiS – alternatywnej wobec platformianego przekazu, który sprowadza się do tego, że jesteśmy przeciw „rozdawnictwu”, ale damy więcej.

Sugerowałabym skupienie się na podatkach.

Leszek Miller
© Sputnik . Leonid Sviridov
Wiec Polska Przeciwko Przemocy w Warszawie
© AP Photo / Czarek Sokolowski
Fetysz „obniżania podatków” jako cudownego panaceum na szczęście i rozwój – a także złotej miary oddzielającej polityków odpowiedzialnych od populistów – to jedna z poważniejszych chorób polskiego dyskursu publicznego. PiS, przy całej swojej determinacji w sprawie  prowadzenia „nieliberalnej” polityki gospodarczej, ulega temu fetyszowi. Rząd przyjął właśnie, z fanfarami, projekt obniżenia PIT z 18 do 17 procent od października tego roku.

Tymczasem system podatkowy w Polsce już należy do najbardziej niesprawiedliwych w Europie. Średnia europejska, jeśli chodzi o różnicę między obciążeniami pensji  najbogatszych i najbiedniejszych, wynosi 8 punktów procentowych. W krajach starej Unii – czyli tych, do których aspirujemy – bogatsi płacą o kilkanaście procent podatku więcej niż biedni. W Polsce system jest regresywny: klin podatkowy maleje wraz z ze wzrostem dochodów. Np. osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych płacą 29 proc. podatków i składek, jeśli zarabiają do 10 000 zł rocznie; a jeśli powyżej 200 tysięcy – tylko 26 proc. Na to nakłada się szczególnie duże obciążenie, jakim dla ludzi wydających całe swe dochody na życie jest wysoki VAT: najuboższy „decyl” (czyli 10 procent) Polaków wydaje na podatki konsumpcyjne 14 proc. swych dochodów, najbogatszy – tylko 9 proc.

Co równie ważne: Polacy są przywiązani do równości. Mimo 30 lat neoliberalnej propagandy o tym, jak należy wynagradzać przedsiębiorczość i inicjatywę tych, którzy – jak mawiał prymas Glemp – „czynią dobro na odcinku rozwoju gospodarczego”, mimo bredni o tym, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” – 87 procent mieszkańców Polski uważa, że w Polsce różnice dochodów są zbyt duże; nie zgadza się z tym tylko 3 procent pytanych. (Reprezentacyjne Badanie Spójności Społecznej GUS 2018, z udziałem ponad 13 tys. osób).

Z kolei wg. Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń, (Sedlak&Sedlak, 2018), dwie trzecie z nas nie uważa swojego wynagrodzenia za sprawiedliwe. W tym co czwarty – „zdecydowanie nie”.

Dlatego pisowskiej – i platformerskiej – narracji o tym, że abstrakcyjni „Polacy” powinni „mieć więcej pieniędzy” – należy przeciwstawić odważne powiedzenie, że jedni mają za mało, a inni za dużo. I to trzeba zmienić. Do tego zmieniania służy system podatkowy. Obniżanie podatków dla wszystkich działa w dokładnie drugą stronę.

To dobry moment, żeby powiedzieć, że dla przeciętnego obywatela państwa PiS, zarabiającego tzw dominantę – czyli najczęściej wypłacaną  pensję, która wynosi ok. 1800 złotych na rękę – 1 procent podatku mniej oznacza zaoszczędzenie 25 złotych miesięcznie. Dla prezesa Glapińskiego, który w zeszłym roku wraz z nagrodami za świetną pracę i wizjonerski dobór współpracowniczek przytulił ponad 700 kafli – to 6 stów miesięcznie.

A prezes Glapiński jest przykładem smakowitym, ale przecież nieekstremalnym.

W 2018 roku ponad 30 tysięcy Polaków zarobiło ponad milion złotych – to o 5 tysięcy więcej, niż rok wcześniej. W tym samym czasie liczba ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie zwiększyła się o ponad 400 tysięcy osób. Naprawdę sądzimy, że jedni i drudzy powinni skorzystać na pisowskiej obniżce podatków?

Plac Świętego Piotra w Watykanie
© AFP 2019 / Gabriel Bouys
Optymistyczna wiadomość jest taka, że zarówno Razem jak i SLD są za zwiększeniem podatków dla najbogatszych.

Razem jest oczywiście odważniejsze – proponuje stawkę 75 proc. dla dochodów powyżej pół miliona rocznie. SLD, bardziej zachowawczo, chce przywrócić dawną szczytową stawkę 40 proc., dla zarabiających powyżej 200 tys. Tu jest oczywiście pole do dyskusji – ale kluczowe jest to, że obie formacje zgadzają się co do konieczności wprowadzenia progresji podatkowej i zlikwidowania możliwości uciekania w podatek liniowy poprzez jednoosobową działalność gospodarczą.

Lider polskiej partii Wiosna Robert Biedroń
© AP Photo / Czarek Sokolowski
Wiosna, w dość ogólnikowym sformułowaniu, zapowiada zachowanie obecnych stawek PIT i CIT, ale nie wątpię, że da się przekonać do bardziej lewicowych rozwiązań – być może kosztem utraty działaczy takich, jak restauratorka z Torunia, która uważa, że prowadzenie działalności gospodarczej  jest formą „heroizmu”. Co będzie wszak dodatkowym zyskiem dla lewicy.

Robert Biedroń – którego kilka dni temu poznałam osobiście na stacji benzynowej pod Białymstokiem – wytknął mi, że raz piszę o nim dobrze, a raz źle. Wziąwszy pod uwagę jego ostatnie decyzje w sprawie zachowania mandatu europosła i rezygnacji ze startu do Sejmu – teraz przyszłaby kolej na źle.

Jeśli Wiosna zgodzi się na podniesienie podatków dla najbogatszych – na przykład tych, którzy za pierwszą dużą pensję kupują sobie nowe Porsche – jestem gotowa powstrzymać się od czepiania.

Umowa stoi?

Agnieszka Wołk-Łaniewska, polska publicystka, Warszawa

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Bezcenny dar Waszyngtonu dla Warszawy
I ty możesz zostać szpiegiem
Na jesieni wystartuje Blok Lewicy
Towarzysze! Nie ma miękkiej gry
ABW strzela w tył głowy. Bez sądu i śledztwa
Agnieszka Wołk-Łaniewska: „Lewica na liście Platformy nie jest nową jakością”
Telewizja Polska kłamie
W kampanii wyborczej w Polsce mówimy o tym, kto jest „bardziej antyrosyjski”
Tagi:
kościół, Włodzimierz Czarzasty, Białystok, Janusz Palikot, Prawo i Sprawiedliwość, Platforma Obywatelska, Wiosna, Robert Biedroń, SLD, Leszek Miller, Grzegorz Schetyna, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, wybory, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz