09:47 10 Grudzień 2019
Kamery telewizyjne

Vega pod ostrzałem. Kilka słów w obronie „Polityki”

© Fotolia / Microgen
Opinie
Krótki link
3417
Subskrybuj nas na

Obejrzałam „Politykę” w dniu premiery. Nie rozumiem fali negatywnych recenzji, które zalały internet. Film Vegi okazał się ambitniejszy, niż wynikało ze zwiastunu.

4 i 5 września na wszystkich większych portalach internetowych był najlepiej „klikającym się” tematem. Przeważały jednak – zwłaszcza wśród publicystów i recenzentów - komentarze nieprzychylne. Moim zdaniem niezasłużone.

Być może przyczynił się do nich pośrednio sam Vega, reklamując film jako dzieło mające szansę niemal zmienić bieg historii – a już na pewno wynik jesiennych wyborów. Jak trafnie ujął to w swojej recenzji Tomasz Raczek – aby osiągnąć poziom Smarzowskiego, Vega musi włożyć w swoje filmy jeszcze dużo, dużo pracy. Dlatego też być może zawiedzeni komentatorzy, którzy oczekiwali wstrząsu, a dostali film poprawny, ale nie przełomowy ani kultowy – tak gromko dali wyraz swojemu niezadowoleniu.

Ale to nie znaczy, że Vega zrobił film słaby, na który szkoda czasu. Nie zgodzę się z Raczkiem, że Vega to „Zenek Martyniuk polskiego kina”. Nie jest tak źle.

Sądząc po zwiastunie, który krążył po sieci, „Polityka” zdawała się filmem czysto rozrywkowym, komedią pokazującą klasę polityczną w zwierciadle wykrzywionym tak bardzo, jak tylko się dało bez ryzyka procesu (choć było blisko – miliona złotych domagał się od Vegi Bartłomiej Misiewicz. Zresztą – moim zdaniem – słusznie, ale o tym później).

Wbrew pozorom nie jest to wyłącznie bezmyślna komedia. W filmie Vegi jest oczywiście dużo miejsca na śmiech, ale również na ogólną refleksję dotyczącą stanu demokracji i na spojrzenie z nieoczywistej perspektywy. Kreacja Daniela Olbrychskiego, legendy polskiego kina, która w filmie Vegi zagrała postać epizodyczną, choć – jak się później okaże – kluczową, jest jednym wielkim krzykiem protestu przeciwko zepsuciu klasy politycznej i efektowi zdeprawowania przez władzę.

Film podzielony jest na kilka epizodów – każdy poświęcony jednej postaci, w której rozpoznać można dzisiejszych rządzących i ich otoczenie. I tak po kolei poznajemy historię wiejskiej Pani Premier, której stanowisko zaproponował wszechwładny Prezes pod warunkiem, że będzie jedynie „twarzą dobrej zmiany” - bo „mózgiem jest już on”. Kobieta zgodziła się – i włożyła sporo pracy w zbudowanie od nowa swojego „warszawskiego” wizerunku. Jednak po dwóch latach i medialnej aferze z nagrodami pani premier przestała być Prezesowi potrzebna, więc wymienił ją na „młodszy model”.

Poznajemy wiecznie żądnego pieniędzy Ojca Dyrektora, kochliwego posła Skibę, który nawiązał romans z modelką, ale nie spieszyło mu się do formalizowania nowego związku. Poznajemy młodego Pupilka ministra obrony, który zrobił oszałamiającą karierę – a potem z równie wielkim impetem zakończył ją w więzieniu. Poznajemy samotnego Prezesa, który poza kotem nie ma przy sobie nikogo bliskiego, i który z rozrzewnieniem wspomina zmarłego brata. Poznajemy kulisy partyjnych rozgrywek o miejsca na listach w największej partii opozycyjnej, gdzie politycy wzajemnie szukają na siebie haków. Wszystkie wymienione wątki są oczywiście rozegrane komediowo, ale refleksje z nich płynące są bardzo gorzkie.

Jeśli chodzi o Prezesa i Panią Premier – nie jestem pewna, czy film mimowolnie nie ociepli ich wizerunku (pamiętajmy, że podobny efekt osiągnęło prześmiewcze w swoim założeniu „Ucho prezesa” Roberta Górskiego). Samotny emeryt otoczony ochroniarzami, który najlepsze lata ma już za sobą, swojska kobieta z gospodarstwa, którą wielki świat „przemielił przez maszynkę” - wzbudzają nasze współczucie i chęć pomocy. Rozumiemy tragizm ich sytuacji. To oczywiście szlachetne ze strony reżysera, że pokazał nielubianych przez siebie polityków również z tej głęboko ludzkiej strony. Ale jeśli miałabym obstawiać, czy te kreacje pomogą, czy zaszkodzą partii rządzącej, obstawiałabym to pierwsze. Zwłaszcza że na tle pozostałych postaci – tych dwóm nie można zarzucić pławienia się w luksusie i skandalach, a tego Polak najbardziej na świecie nie cierpi. Prezes, nawet jeśli dysponuje ogromnym majątkiem, nie kłuje nas tym w oczy.

W przeciwieństwie do innych postaci, zepsutych do szpiku kości. Nie dziwię się Bartłomiejowi Misiewiczowi, że groził reżyserowi pozwem. Postać, która ma być jego parodią, została ośmieszona w sposób skrajny. Podobnie jest ze sportretowanym u Vegi byłym szefem MON. Insynuacje dotyczące jego choroby psychicznej i orientacji homoseksualnej uważam za niepotrzebne, niesmaczne i dość ordynarne na tle reszty tego niezłego w gruncie rzeczy filmu.

Oczywiście, Vega to nie Smarzowski ani Tarantino. Zresztą on sam chyba nie ma ambicji, by z wymienionymi stawać w szranki. „Politykę” można było oczywiście w pewnych szczegółach dopracować, ale ogląda się ją lekko i dość przyjemnie. Oczywiście prawdą jest, że z tego filmu nie dowiemy się niczego nowego o kaście rządzących (z „Kleru” także niczego nowego się nie dowiedzieliśmy), ale przecież najbardziej kochamy te piosenki, które już znamy.

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Do kin w Polsce wchodzi ukraiński dubbing. A raczej dubliaż
Polskie kino wzrusza i zdobywa nagrody
Przerażający obraz polskiej wsi z czasów wojny: „Ludzie uciekali z kina”
Tagi:
"Polityka", Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz