Widgets Magazine
10:13 20 Wrzesień 2019
Kamery telewizyjne

Vega pod ostrzałem. Kilka słów w obronie „Polityki”

© Fotolia / Microgen
Opinie
Krótki link
Autor
3417
Subskrybuj nas na

Obejrzałam „Politykę” w dniu premiery. Nie rozumiem fali negatywnych recenzji, które zalały internet. Film Vegi okazał się ambitniejszy, niż wynikało ze zwiastunu.

4 i 5 września na wszystkich większych portalach internetowych był najlepiej „klikającym się” tematem. Przeważały jednak – zwłaszcza wśród publicystów i recenzentów - komentarze nieprzychylne. Moim zdaniem niezasłużone.

Być może przyczynił się do nich pośrednio sam Vega, reklamując film jako dzieło mające szansę niemal zmienić bieg historii – a już na pewno wynik jesiennych wyborów. Jak trafnie ujął to w swojej recenzji Tomasz Raczek – aby osiągnąć poziom Smarzowskiego, Vega musi włożyć w swoje filmy jeszcze dużo, dużo pracy. Dlatego też być może zawiedzeni komentatorzy, którzy oczekiwali wstrząsu, a dostali film poprawny, ale nie przełomowy ani kultowy – tak gromko dali wyraz swojemu niezadowoleniu.

Ale to nie znaczy, że Vega zrobił film słaby, na który szkoda czasu. Nie zgodzę się z Raczkiem, że Vega to „Zenek Martyniuk polskiego kina”. Nie jest tak źle.

Sądząc po zwiastunie, który krążył po sieci, „Polityka” zdawała się filmem czysto rozrywkowym, komedią pokazującą klasę polityczną w zwierciadle wykrzywionym tak bardzo, jak tylko się dało bez ryzyka procesu (choć było blisko – miliona złotych domagał się od Vegi Bartłomiej Misiewicz. Zresztą – moim zdaniem – słusznie, ale o tym później).

Wbrew pozorom nie jest to wyłącznie bezmyślna komedia. W filmie Vegi jest oczywiście dużo miejsca na śmiech, ale również na ogólną refleksję dotyczącą stanu demokracji i na spojrzenie z nieoczywistej perspektywy. Kreacja Daniela Olbrychskiego, legendy polskiego kina, która w filmie Vegi zagrała postać epizodyczną, choć – jak się później okaże – kluczową, jest jednym wielkim krzykiem protestu przeciwko zepsuciu klasy politycznej i efektowi zdeprawowania przez władzę.

Film podzielony jest na kilka epizodów – każdy poświęcony jednej postaci, w której rozpoznać można dzisiejszych rządzących i ich otoczenie. I tak po kolei poznajemy historię wiejskiej Pani Premier, której stanowisko zaproponował wszechwładny Prezes pod warunkiem, że będzie jedynie „twarzą dobrej zmiany” - bo „mózgiem jest już on”. Kobieta zgodziła się – i włożyła sporo pracy w zbudowanie od nowa swojego „warszawskiego” wizerunku. Jednak po dwóch latach i medialnej aferze z nagrodami pani premier przestała być Prezesowi potrzebna, więc wymienił ją na „młodszy model”.

Poznajemy wiecznie żądnego pieniędzy Ojca Dyrektora, kochliwego posła Skibę, który nawiązał romans z modelką, ale nie spieszyło mu się do formalizowania nowego związku. Poznajemy młodego Pupilka ministra obrony, który zrobił oszałamiającą karierę – a potem z równie wielkim impetem zakończył ją w więzieniu. Poznajemy samotnego Prezesa, który poza kotem nie ma przy sobie nikogo bliskiego, i który z rozrzewnieniem wspomina zmarłego brata. Poznajemy kulisy partyjnych rozgrywek o miejsca na listach w największej partii opozycyjnej, gdzie politycy wzajemnie szukają na siebie haków. Wszystkie wymienione wątki są oczywiście rozegrane komediowo, ale refleksje z nich płynące są bardzo gorzkie.

Jeśli chodzi o Prezesa i Panią Premier – nie jestem pewna, czy film mimowolnie nie ociepli ich wizerunku (pamiętajmy, że podobny efekt osiągnęło prześmiewcze w swoim założeniu „Ucho prezesa” Roberta Górskiego). Samotny emeryt otoczony ochroniarzami, który najlepsze lata ma już za sobą, swojska kobieta z gospodarstwa, którą wielki świat „przemielił przez maszynkę” - wzbudzają nasze współczucie i chęć pomocy. Rozumiemy tragizm ich sytuacji. To oczywiście szlachetne ze strony reżysera, że pokazał nielubianych przez siebie polityków również z tej głęboko ludzkiej strony. Ale jeśli miałabym obstawiać, czy te kreacje pomogą, czy zaszkodzą partii rządzącej, obstawiałabym to pierwsze. Zwłaszcza że na tle pozostałych postaci – tych dwóm nie można zarzucić pławienia się w luksusie i skandalach, a tego Polak najbardziej na świecie nie cierpi. Prezes, nawet jeśli dysponuje ogromnym majątkiem, nie kłuje nas tym w oczy.

W przeciwieństwie do innych postaci, zepsutych do szpiku kości. Nie dziwię się Bartłomiejowi Misiewiczowi, że groził reżyserowi pozwem. Postać, która ma być jego parodią, została ośmieszona w sposób skrajny. Podobnie jest ze sportretowanym u Vegi byłym szefem MON. Insynuacje dotyczące jego choroby psychicznej i orientacji homoseksualnej uważam za niepotrzebne, niesmaczne i dość ordynarne na tle reszty tego niezłego w gruncie rzeczy filmu.

Oczywiście, Vega to nie Smarzowski ani Tarantino. Zresztą on sam chyba nie ma ambicji, by z wymienionymi stawać w szranki. „Politykę” można było oczywiście w pewnych szczegółach dopracować, ale ogląda się ją lekko i dość przyjemnie. Oczywiście prawdą jest, że z tego filmu nie dowiemy się niczego nowego o kaście rządzących (z „Kleru” także niczego nowego się nie dowiedzieliśmy), ale przecież najbardziej kochamy te piosenki, które już znamy.

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Do kin w Polsce wchodzi ukraiński dubbing. A raczej dubliaż
Polskie kino wzrusza i zdobywa nagrody
Przerażający obraz polskiej wsi z czasów wojny: „Ludzie uciekali z kina”
Tagi:
"Polityka", Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz