Widgets Magazine
03:55 24 Październik 2019
Senat RP

Skoro Bronek z Olkiem proszą

© Zdjęcie: Katarzyna Czerwinska
Opinie
Krótki link
Autor
4272
Subskrybuj nas na

Tak sobie myślę: czy Kwaśniewski z Komorowskim naprawdę uważają, że są dla kogoś autorytetem? U Wałęsy mnie to specjalnie nie dziwi, ale od jego następców, bądź co bądź profesjonalnych polityków, oczekiwałabym więcej poczucia realizmu.

Tymczasem towarzysze prezydenci – do spółki z gromadką innych emerytowanych działaczy i celebrytów – wystosowali wspólny apel do „przedstawicieli demokratycznej opozycji, kandydujących do Senatu spoza wspólnej listy trzech opozycyjnych ugrupowań”. Pouczają tam – w wyrozumiałym, choć nieco zniecierpliwionym tonie – że wprawdzie niedogadani z PO kandydaci mają prawo kandydować, ale absolutnie nie wolno im tego robić. „Znamy i rozumiemy motywy, którymi się kierujecie. Szanujemy Wasze prawo do przedstawienia wyborcom Waszych poglądów, pomysłów i osobistej gotowości ich realizacji w organach przedstawicielskich. I jednocześnie bardzo Was prosimy, byście w tych wyborach z tego prawa nie skorzystali. Nie osłabiajcie tej jedności, jaką udało się z wielkim trudem wypracować”...

Pierwsze pytanie, które się nasuwa, brzmi oczywiście: czy oni naprawdę sądzą, że kogoś przekonają? Że ludzie, którzy niewątpliwie odebrali już stosowną liczbę telefonów z naciskami od rozmaitych entuzjastów „zjednoczonej opozycji” – i którzy wykazali dość determinacji, żeby zebrać podpisy, co bez aparatu partyjnego nie jest bynajmniej łatwe – nagle powiedzą: a skoro Bronek z Olkiem proszą, to my przepraszamy? Ile trzeba mieć w sobie megalomanii, żeby w to uwierzyć?

O jakiej „jedności” panowie prezydenci mówią

A co ważniejsze: o jakiej „jedności” panowie prezydenci mówią? Czy oni widzieli listy do Senatu w całym kraju? Czy może tylko w Warszawie, toteż tkwią w optymistycznym przekonaniu, że jedynymi kłodami na drodze do jedności antypisu i „odbicia senatu” są Monika Jaruzelska i Paweł Kasprzak?

Gwoli ścisłości: nawet gdyby tak było, to już widać, że inicjatywa exprezydentów jest tragicznie nietrafiona. Paweł Kasprzak, szef Obywateli RP, odpowiedział długim i niezwykle uprzejmym listem, w którym „z pokorą wobec faktów i Państwa autorytetu” odmawia wycofania się, dodając, że byłby to gotów zrobić – mimo „bardzo problematycznej wiarygodności p. Ujazdowskiego, który z całą pewnością nie jest najpiękniejszą twarzą polskiej demokracji” – gdyby doszło pomiędzy nimi do otwartej debaty.

Jednak – trafnie zauważa Kasprzak – „to właśnie tego rodzaju polityka: niewiarygodna, uprawiana w zamkniętych gabinetach i pomijająca głos obywateli” jest powodem niskiego zaufania do opozycji.

Monika Jaruzelska nawet nie zawracała sobie głowy uprzejmościami i napisała w oświadczeniu, że jeśli byli prezydenci naprawdę chcieli ratować demokrację, która tonie, to powinni kandydować w wyborach zamiast „pisać listy, siedząc w luksusowej szalupie”. Po czym, w Polsacie, dodała, że to samo można odnieść do innych sygnatariuszy. Co wbrew pozorom nie było abstrakcyjną złośliwością: jak przypomniała Jaruzelska, w 1989 roku – do którego list nawiązuje – „istniał etos inteligenta”, który wiele znanych osób, np. ze świata sztuki, skłonił do startu w wyborach. Szczypiorski, Wajda, Holoubek, Szczepkowski, Łapicki – mówiła Jaruzelska – „zawiesili swoje kariery, gdyż uważali, że sytuacja historyczna tego wymaga”. Jeśli sygnatariusze listu – Janda, Komorowska, Machulski etc. – uważają, że sytuacja jest podobnie doniosła, powinni zadrzeć kiecę i ruszyć na Wiejską, zamiast pouczać innych, że im nie wolno. („Zadrzeć kiecę” to już mój dodatek, Monika nigdy by się tak nie wyraziła).

Z obiema tymi opiniami trudno się nie zgodzić. Ale prawdziwa groteskowość listu Lecha, Olka i Bronka tkwi gdzie indziej.

Na 100 okręgów senackich „z wielkim trudem wypracowana jedność” – jeden kandydat opozycji przeciwko człowiekowi PiS – istnieje zaledwie w 42. Problem nie kończy się na Kasprzaku, Jaruzelskiej czy np. płk. Mazgule – oficerze, który miał czelność służyć za PRL i dobrze mówić o stanie wojennym na demonstracji KOD, a teraz kandyduje do senatu z własnego komitetu z Opola. Takich „jednokandydatowych” komitetów jest kilkadziesiąt. W 14 okręgach wystawili się Bezpartyjni Samorządowcy, w 7 – kandydaci komitetu „Przywrócić Prawo” posła Sanockiego, który wzywa do bojkotu wyborów do Sejmu, ale ma chętnych do senatu. Burdel jest taki, że w jednym białostockim okręgu człowiek od Kukiza kandyduje do senatu przeciw człowiekowi z PSL, z którym Kukiz jest wszak w koalicji. Do kupy wszystkich chętnych do izby refleksji jest 279, z czego PiS wystawił 99 (bez Olsztyna).

Żaden „pakt senacki” nie istnieje

Inaczej mówiąc – żaden „pakt senacki” nie istnieje. Moim zdaniem z powodu kolonialnego chamstwa, jakie Schetyna okazywał potencjalnym partnerom w przekonaniu, że i tak  ustąpią, bo nie mają alternatywy.

Warto też odnotować, że członkowie Platformy zajmują połowę z tych 42 monopolistycznych pozycji na opozycji. Kolejne 6 miejsc – popierani przez PO-KO „bezpartyjni”.

Dla porównania, kandydatom Lewicy, która podobno jest członkiem porozumienia senackiego – i której notowania oscylują w okolicy połowy notowań PO-KO – przypadły dwa takie „monopolistyczne” okręgi: podkrakowski, gdzie Marek Pęk z PiS wziął ostatnio 49,9 procent – przeciwko niemu startuje nikomu nieznany senator SLD sprzed dwóch dekad; oraz Mysłowice-Tychy, gdzie konkurentem równie nieznanej adwokatki z Wiosny jest obecny senator PiS Czesław Ryszka, który systematycznie bierze tam ponad połowę głosów.

Lewicowi kandydaci startują więc, powiedzmy sobie szczerze, na zająca.

Z kolei w Łodzi – która zgodnie z umową miała przypaść Lewicy – „samowolnie” wystawił się wieloletni działacz PO, były szef NIK Krzysztof Kwiatkowski, a Schetyna ogłosił, że ustalona wspólnie kandydatka Lewicy „zrezygnowała z kandydowania”, choć jako żywo nic takiego nie zrobiła.

Na to wszystko nakłada się ważniejszy problem, jakim jest platformerska arogancja wobec wyborców. Sondaże wykazują, że odsetek wyborców lewicy i ludowców do kupy zbliża się do 20 procent. Te głosy są senackim kandydatom opozycji niezbędne do zwycięstwa.

Była ambasador Polski w Moskwie Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz
© Zdjęcie : Michał Józefaciuk
Nie trzeba wizjonerskiej przenikliwości, żeby zrozumieć, że dla wyborców lewicy faceci tacy jak Ujazdowski czy Kamiński, niedawni ultraprawicowi działacze PiS, dyszący nienawiścią do wszystkiego, co lewicowe – są nie do przyjęcia. Jeśli byłym prezydentom tak mocno leży na sercu „demokratyczna większość w Senacie”, która może zdecydować, czy „Polska będzie demokratycznym państwem prawa, czy też będzie nadal staczała się w kierunku autorytarnej dyktatury” – może powinni swe dobre rady wystosować do Grzegorza Schetyny, sugerując mu, żeby np. wycofał wczorajszego pisowca zaprzyjaźnionego z Ordo Iuris na rzecz jednego z najbardziej wiarygodnych liderów społecznego protestu, jakim jest Paweł Kasprzak?

Może powinien wycofać Barbarę Borys-Damięcką, o której politycznej aktywności nikt nie słyszał, choć jest senatorem od 12 lat (nawet, ze względu na stan zdrowia, zrezygnowała ze stricte ceremonialnego stanowiska marszałka seniora upływającej kadencji) – i poprzeć znaną z walki przeciw pisowskiemu pogromowi oficerów z PRL Monikę Jaruzelską?

Może zwłaszcza Kwaśniewski powinien taką propozycję zwerbalizować, zamiast podpisywać się pod listem, który głosi, że „w 1989 roku, również dzięki jedności opozycji, mimo że wszystkie instrumenty państwa były w ręku rządzących, wygraliśmy wybory i wybraliśmy wolność” – zważywszy, że on akurat te wybory przegrał, startując w Koszalinie do senatu z listy PZPR?

Może nawet politykom przydałaby się odrobina przyzwoitości?

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Przerwanie ognia w Donbasie to tylko „kiełbasa wyborcza”?
Wyborcy swoje, Czarzasty swoje. Dylemat SLD
Kosiniak-Kamysz odmówił koalicji Wiosny i PSL. To się wyborczo nie sumuje
Tagi:
Bronisław Komorowski, Aleksandr Kwaśniewski, Lech Wałęsa, Polska, Senat RP
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz