Widgets Magazine
15:49 21 Październik 2019
Sejm RP

Postkomuniści nadzieją demokracji

© REUTERS / Slawomir Kaminski/Agencja Gazeta
Opinie
Krótki link
Autor
Wybory parlamentarne w Polsce 2019 (96)
73116
Subskrybuj nas na

Zła wiadomość jest taka, że PiS wygra wybory. Dobra – że dla odmiany będzie miał przyzwoitą opozycję.

Oszałamiające notowania partii Jarosława Kaczyńskiego po czterech latach bardzo kontrowersyjnych rządów to oczywiście efekt transferów socjalnych – słusznych z lewicowego punktu widzenia, choć opakowanych w obrzydliwą politykę lekceważenia konstytucji, zamachów na sądy, szczucia na mniejszości, prostackiej propagandy mediów publicznych, pozbawiania ludzi Polski Ludowej nie tylko prawa do dumy z własnej historii, ale i środków do życia …

Wielkopańskie poczucie wyższości PO

Ale to także efekt marności opozycji – która przez cztery lata nie połapała się, że „antyPiS” nie działa: że drogą do zdobycia poparcia nie jest mówienie ludziom, iż nie wolno im być zadowolonymi z rządów, które wymiernie poprawiły ich osobistą życiową sytuację, czy obrażanie ich stwierdzeniami, że „dali się kupić za 500 złotych”. Platforma Obywatelska, ze swoim wielkopańskim poczuciem wyższości wobec plebsu, była najgorszą z możliwych alternatyw wobec rządu wybranego na fali gniewu ludu na elity. Klęska lewicowej koalicji w 2015 roku – klęska, która, w moim przekonaniu, była wynikiem oparcia kampanii na absurdalnym kulcie jednostki tak miałkiej, intelektualnie i ideowo, jak Barbara Nowacka – spowodowała, że w polskim Sejmie zabrakło głosu opozycji, który mógłby przekonać wyborców, dostrzegających korzyści, jakie przyniosły im rządy PiS.

Opozycji, która potrafiłaby – w wiarygodny sposób – powiedzieć obywatelom: w XXI wieku nie musicie wybierać między demokracją i państwem opiekuńczym, bo możecie mieć i to i to. Powiedzieć, że nieprawdą jest, że państwo troszczące się o obywateli musi równocześnie – niczym staroświecki ojciec – traktować ich jak dzieci, mówić im co mają myśleć, uważać, że „lepiej wie, co jest dla nich dobre”. To przekaz, który może stworzyć – i z coraz większym powodzeniem tworzy – tylko lewica.

Nie da się być „trochę lewicą” – tak jak nie da się być trochę w ciąży

Najlepszą rzeczą, którą opozycja parlamentarna zrobiła w tej kadencji – było zerwanie Koalicji Europejskiej. Dramatyczny pomysł, że sposobem na pokonanie PiS jest stworzenie jednej wspólnej listy, pozbawionej programu i wartości, opartej jedynie na niechęci do władzy, która cieszy się wysokim poparciem społecznym, mógł powstać tylko w głowach polityków totalnie oderwanych od rzeczywistości. Polityków, którzy prostego człowieka widują jedynie wtedy, kiedy zdawkowo ściskają mu rękę podczas spaceru po bazarze w ramach kampanii wyborczej.

To, na szczęście, już przeszłość. Po latach sekciarstwa i wzajemnych afrontów, lewica – zmuszona, paradoksalnie, przez Grzegorza Schetynę – stworzyła wspólną listę, która w trzy miesiące, startując od zera i nie będąc bynajmniej faworytem antyrządowych mediów, zapewniła sobie połowę poparcia, na które Platforma pracuje (jeśli można to tak nazwać) od czterech lat. I wyborcy to doceniają: 100 procent elektoratu lewicy jest zdeterminowanych do głosowania na swoją partię, z czego 96 procent – „bardzo”. Żadna inna lista nie daje swoim zwolennikom takiego poczucia pewności co do słuszności ich wyborów.

Naszym zadaniem – jako lewicowych wyborców – jest teraz wysłać od Sejmu ludzi, którzy zagwarantują nam, że za cztery lata polityczna alternatywa wobec władzy będzie miała twarz lewicy. Tak jak w 2001 roku, u schyłku tragicznych rządów AWS, nikt nie miał wątpliwości, że po wyborach Polską rządzić będą – jak śpiewał kabaret Ale Plama – „koledzy Leszka Millera”. Wtedy wyszło to, niestety, słabo – ale wtedy SLD cierpiał na dziecięcą chorobę neoliberalizmu, flirtując z wielkim biznesem, łasząc się do nowego Wielkiego Brata, ulegając zwodniczemu urokowi absurdalnej koncepcji „trzeciej drogi”, ogłoszonej przez Tony’ego Blaira i Gerharda Schrödera: dwóch socjaldemokratycznych polityków, których wyraźnie brzydziły lewicowe idee.

Dziś polska lewica odrobiła tę lekcję. Dziś SLD, Wiosna i Razem wiedzą na pewno, że nie da się być „trochę lewicą” – tak jak nie da się być trochę w ciąży. Że lewicowość to zwarty system poglądów i wartości: budowa silnego, opiekuńczego państwa, troszczącego się o słabszych, stanie po stronie ludzi pracy w konflikcie z kapitałem, wierność ideałom obyczajowego i naukowego postępu przeciw „tradycji” będącej eufemizmem dla obskurantyzmu i nietolerancji.

Dlaczego głosuję na SLD?

Osobiście, w tym triumwiracie lewicowych formacji, wybieram Sojusz Lewicy Demokratycznej. Wśród szczerych, mądrych i ideowych przedstawicieli nowej lewicy przyda się kilku polityków z doświadczeniem. Dlatego w Warszawie będę głosować na Piotra Gadzinowskiego – jedynego kandydata Lewicy w okręgu 19, który był już posłem. Dlatego w Gdyni głosowałabym na Joannę Senyszyn, w Gdańsku – na Jolantę Banach, a w Wałbrzychu – na Marka Dyducha.

Dlatego, że lubię ich i cenię osobiście. Dlatego, że SLD jest tą formacją, która broni ludzi Polski Ludowej przed pisowską nagonką. I wreszcie dlatego, że Jarosław Kaczyński tak obsesyjnie nienawidzi „postkomunistów”, że wybranie ich do Sejmu jest najwyższą formą pokazania mu figi.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Wybory parlamentarne w Polsce 2019 (96)

Zobacz również:

Polska gotowa na kryzys ekonomiczny?
Polskie „walki plemienne” zamiast debaty politycznej
Schetyna o Kaczyńskim: Oderwany od rzeczywistości człowiek
Kaczyński „prawdziwym przyjacielem Litwy”. Dostanie odznaczenie?
Tagi:
socjalizm, lewica, SLD, Platforma Obywatelska, Jarosław Kaczyński, Prawo i Sprawiedliwość, PiS, wybory parlamentarne, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz