19:46 19 Listopad 2019
Zamieszki na Ukrainie podczas EuroMajdanu

Ukraina rozpoczęła eksport swojej „głównej technologii” do USA

© Sputnik . Andriej Stenin
Opinie
Krótki link
Autor
7725
Subskrybuj nas na

Najbardziej zadziwiający skutek „kolorowej rewolucji” na Ukrainie polega na tym, że jej sukces (a był to z punktu widzenia amerykańskich organizatorów i inspiratorów kijowskiego przewrotu prawdziwy triumf) stał się przyczyną radykalnej, szybkiej i bardzo destrukcyjnej ukrainizacji amerykańskiej polityki wewnętrznej.

Ten proces, który można z pewną ironią opisać jako „przeistoczenie Waszyngtonu w Kijów nad Potomakiem”, prowadzi do bardzo prawdopodobnego i dość przewidywalnego finału – dezintegracji i wojny domowej.

Takiego finału można jeszcze uniknąć, jednak z każdym dniem to prawdopodobieństwo spada, a wysiłki, które będą potrzebne do zjednoczenia amerykańskiego społeczeństwa, będą musiały być ogromne. Kolejny symptom ukrainizacji przejawił się na dniach w Minneapolis, gdzie na scenę polityczną wyszli aktywiści, gotowi użyć zorganizowanej przemocy wobec uczestników wiecu przedwyborczego samego Donalda Trumpa.

Schemat sytuacji wyglądał następująco. Prezydent USA zorganizował miting polityczny w ramach swojej kampanii wyborczej w Minneapolis (stan Minnesota). Na akcji, która odbywała się w dużym centrum rozrywkowym, zgromadziło się około 20 tys. wyborców Trumpa, a wokół zebrali się jego przeciwnicy i ludzie w maskach.

Wychodzący z wiecu, pomimo podejmowanych przez policję delikatnych prób chronienia Republikanów, poddawani byli agresji werbalnej i fizycznej, byli bici, przy czym „antytrumpowscy bojownicy” sprawdzali samochody i zabierali uczestnikom plakaty, firmowe czerwone czapeczki i flagi. Odebrane symbole polityczne zostały później uroczyście spalone, przy czym wideo tej demonstracji siły i poniżenia swoich współobywateli, opublikowane w Twitterze, wywołało zachwyt zwolenników Partii Demokratycznej, wśród których wielu popiera właśnie taką degradację „dialogu” politycznego.

Wideo starć ulicznych, nagrane przez amerykańskich dziennikarzy (jeden z nich również został lekko pobity), nie pozostawiają złudzeń: we współczesnej Ameryce są miejsca, wyglądające na pierwszy rzut oka zupełnie normalnie, w których noszenie charakterystycznej czerwonej bejsbolówki zwolennika Trumpa to mniej więcej to samo, co spacer 9 maja ze wstążką św. Jerzego w centrum Iwano-Frankowska.

Amerykańskiego „majdanu” jeszcze nie ma, ale grupy siłowej presji i przemocy wobec Republikanów istnieją, a to oznacza, że do rozlewu krwi może dojść już niebawem.

System polityczny USA zawsze opierał się na dwóch ważnych zasadach, które radykalnie wyróżniały amerykańskie imperium od jego kolonii. Najważniejsza zasada, obowiązująca od czasów Kennedy’ego –uczestnicy wewnętrznych konfliktów między elitami nigdy nie grozili sobie śmiercią czy więzieniem. Jeszcze bardziej niedopuszczalne były groźby pod adresem krewnych czy przyjaciół. Partia, czy prezydent, który przegrał wybory (albo nawet objęty impeachmentem), nie tracili niczego, oprócz stanowisk i części władzy. Tak więc konflikty polityczne przypominały w pewnym stopniu zawodowy boks czy nawet wrestling. Bezkompromisowi rywale na arenie medialno-politycznej w codziennym życiu byli często bliskimi przyjaciółmi, a czasami partnerami biznesowymi.

Druga ważna zasada wynikała z pierwszej: żadnego wykorzystywania „kolorowych technologii” do walki wewnątrzpolitycznej. Każdy prezydent, który wygrał wybory, mówił, że chce być „prezydentem wszystkich Amerykanów”, niezależnie od orientacji politycznej. Dehumanizacja zwolenników innych opcji politycznych, zbiorowe zniewagi wyborców, popierających przegraną partię czy kandydata, systematyczna przemoc polityczna – wszystko to znajdowało się daleko poza dopuszczalną normą.

Granica ta jednak została zatarta po niespodziewanym sukcesie kijowskiego Majdanu. „Ukraiński triumf” był do takiego stopnia imponujący, że ekipa Hillary Clinton, zszokowana porażką na wyborach 2016 roku, nie mogła oprzeć się pokusie wykorzystania „kolorowych technologii” w walce o władzę w USA. Problem polega na tym, że „kolorowe technologie” (dehumanizacja części społeczeństwa, stosowanie agresji politycznej, gróźb likwidacji fizycznej czy kary więzienia w celu demoralizacji opononetów politycznych) ma jeden bardzo ważny „efekt uboczny” – w najlepszym razie zwycięzca obejmie władzę w kraju ze zniszczoną gospodarką i podzielonym społeczeństwem. Jeśli dla amerykańskich kolonii jest to normalne (dziury w gospodarce można czasowo łatać kredytami MFW), to dla samej metropolii jest to katastrofa.

Po 2016 roku bicie, poniżanie i wyszydzanie zwolenników Trumpa stało się nie tylko dopuszczalne, ale również modne. Po tym, jak Hillary Clinton oświadczyła, że wyborcy Trumpa są „ułomni”, runęło ostatnie niepisane tabu. Bycie zwolennikiem Trumpa w USA stało się naprawdę niebezpieczne. Tylko w ciągu ostatniego roku (a są to tylko te incydenty, które opisano w mediach) miały miejsce przypadki stosowania przemocy fizycznej wobec wyborców urzędującego prezydenta, w biurach Partii Republiańskiej niejednokrotnie wybijano okna, a za trzymanie w samochodzie firmowej czerwonej bejsbolówki właścicielowi przebijano opony. I co najciekawsze: uniwersytety i nawet szkoły stają się miejscami konfrontacji politycznej między uczniami różnych orientacji politycznych. Na razie w ruch idą pięści i gaz pieprzowy, jednak proces eskalacji jest już najprawdopodobniej nieodwracalny.

Podział USA na dwa wrogie obozy, można nawet powiedzieć dwa różne „narody”, to już nie tyle fenomen polityczny, ale kulturalny, a także gospodarczy, na jaki zwracają uwagę nie tylko zagraniczni obserwatorzy. Flagowiec amerykańskiej prasy biznesowej The Wall Street Journal pisze o tym, że Demokraci i Republikanie tak na prawdę żyją w dwóch różnych rzeczywistościach: „Demokraci i Republikanie są nie tylko podzieleni. Oni żyją w różnych światach. Obie partie reprezentują radykalnie różne warstwy gospodarcze. Polaryzacja polityczna Ameryki stała się praktycznie faktem.

Dwie najważniejsze partie Ameryki coraz częściej reprezentują dwie różne gospodarki, które się ze sobą raczej nie pokrywają. Demokraci mieszkają w „wyształconych” miastach i na przedmieściach, w których jest dużo miejsc pracy dla wysoko wykwalifikowanych pracowników. Republikanie żyją natomiast w przemysłowych („robotniczych”) i wiejskich społecznościach, w których gospodarka to rolnictwo i produkcja (z miejscami pracy niewymagającymi wysokich kwalifikacji”).

Kiedy Trump sugeruje w Twitterze możliwość wybuchu wojny domowej w Stanach Zjednoczonych, to wcale nie przesadza. W Ameryce jest już wszystko, co do tego potrzebne, przy czym odpowiedzialność za tę sytuację ponoszą elity, które jak na razie nie chcą zrezygnować ze swoich destrukcyjnych działań, nie rozumiejąc najwyraźniej, że zwycięzca w takiej wojnie będzie w najlepszym razie „hetmanem” podzielonego państwa.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tagi:
Stany Zjednoczone, Ukraina
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz