22:06 08 Grudzień 2019
Władysław Kosiniak-Kamysz

Po Zaduszkach dożynki

© AFP 2019 / Giuseppe Cacace
Opinie
Krótki link
Autor
2191
Subskrybuj nas na

Władysław Kosiniak-Kamysz nie jest idiotą. Toteż jego oferta prezydenckich prawyborów, które miałyby wyłonić wspólnego kandydata opozycji, może służyć różnym politycznym celom – ale na pewno nie wyłonieniu wspólnego kandydata opozycji.

W upiornawej atmosferze „Witosowych Zaduszek” prezes PSL wygłosił swoje credo: jeden uzgodniony przed wyborami kandydat antypisu ma większe szanse wygrać z Andrzejem Dudą. To bzdura. Mnogość kandydatów w I turze – która sama w sobie jest formą prawyborów – działa na niekorzyść faworyta, jakim bez wątpienia jest urzędujący prezydent.

Rzecz w tym, że jest to oczywiste

W odróżnieniu od wyborów senackich, czy nawet sejmowych, gdzie jedność jest premiowana zasadą „kto pierwszy ten lepszy” i systemem d'Hondta – przy dwóch turach wyborów, im więcej kandydatów na starcie, tym większa szansa, że „reszta świata” do kupy zbierze więcej głosów niż Duda. Każdy kandydat, choćby najbardziej niszowy, choćby zmobilizował tylko kilka tysięcy wyborców –  podnosi próg, niezbędny do przekroczenia magicznej granicy „50 procent plus jeden głos”, czyli zmniejsza ryzyko reelekcji obecnego prezydenta w I turze.

Rzecz w tym, że jest to oczywiste. Jeśli zatem przywódca ludowców proponuje działanie tak ewidentnie niekorzystne z punktu widzenia opozycji – musi robić to z jakąś, za przeproszeniem, agendą.

Niewykluczone, że Kosiniak-Kamysz chce w ten sposób zmyć z siebie odium rozbijacza opozycji – w końcu to jego decyzja o wyjściu z Koalicji Europejskiej i założeniu Koalicji Polskiej doprowadziła, w efekcie, do powstania trzech antypisowskich bloków, które w sumie zebrały 900 tys. głosów więcej niż PiS – którą to przewagę zniwelował d'Hondt.

Fetysz jedności

Wśród antypisowskiego elektoratu nie brakuje wyznawców fetyszu jedności, wciąż wierzących – mimo nauki z eurowyborów – że wyborcy są jak klocki, które politycy mogą wtykać do dowolnie wybranych pudełek, toteż niespójna programowo i ideowo koalicja antypisowska, oznaczająca de facto kolonizację całej opozycji przez PO, zebrałaby wszystkie głosy, które padły na 3 osobne listy.

To naiwność granicząca z głupotą – ale porównywalną naiwnością byłoby ignorowanie faktu, że taki pogląd istnieje. Jeśli Kosiniak-Kamysz na serio myśli o II turze – musi jakoś udobruchać tych oburzonych jego „partyjnym egoizmem”.

Propozycja prawyborów, wraz z deklaracją podporządkowania się ich wynikowi poprzez rezygnację ze startu „jakby znalazł się ktoś godniejszy” – jest takim właśnie pojednawczym gestem. Sensu nie ma za grosz, ale przecież wyznawcy fetyszu jedności nie należą do najlepiej zorientowanych w polityce, więc jest szansa, że się nie połapią. Zaś ci, którzy rozumieją, jak idiotyczny jest to pomysł, rozumieją  także, że nie ma on szans, więc nie będą Kosiniakowi mieć tego za bardzo za złe.

Co ciekawsze: jeśli spojrzeć na to obiektywnie, same prezydenckie ambicje Kosiniaka-Kamysza nie są bynajmniej takie idiotyczne. To prawda, PSL ma poniżej 10 procent – co z radością wytykają mu politycy PO („Gdy przedstawiciel partii, która razem z pozostałościami po Kukiz'15 ma 8,5 proc. poparcia, kreuje się na prezydenckiego kandydata całej opozycji, to staje się trochę niepoważny” – z wyższością orzekła nowa gwiazda PO, Izabela Leszczyna) –  ale notowania szefa ludowców są dużo lepsze niż notowania partii.

Kosiniak-Kamysz jest politykiem opozycji o najlepszym „bilansie zaufania” – wprawdzie jego wynik, wahający się między 30 a 35 punktów procentowych jest porównywalny z zaufaniem, jakim cieszą się Biedroń czy Kukiz, ale ma on rekordowo niski współczynnik nieufności.

Pod tym względem może z nim konkurować Małgorzata Kidawa-Błońska – ale to Kosiniak jest systematycznie wskazywany w sondażach jako najlepszy kandydat opozycji na szefa rządu.

Także niedawny sondaż Ibris dla „Rzeczpospolitej” wskazał, że Kosiniak-Kamysz jest uważany za „naturalnego kandydata” swojej partii w znacznie większym stopniu, niż Kidawa-Błońska swojej (38,4 do 28,7 proc.).

Wizerunek kulturalnego polityka centrum

Warto też pamiętać, że Kosiniak-Kamysz na swój wizerunek kulturalnego polityka centrum pracuje konsekwentnie od wielu lat, zaś Kidawa-Błońska jest w kategorii „liderskiej” nowicjuszką, wyciągniętą z kapelusza Schetyny miesiąc temu w rozpaczliwej próbie rozwodnienia odpowiedzialności za nieuchronną klęskę PO.

Kosiniak-Kamysz ma także – jak wynika z sondażu zrobiony przez IPSOS dla OKO.press pod koniec października – najmniejszy ze wszystkich kandydatów (z Dudą włącznie) elektorat negatywny. Tylko 30 proc. wyborców na pewno wyklucza poparcie go w II turze; Kidawa-Błońska budzi zdeterminowaną niechęć u 33 proc. ankietowanych.

Są też inne czynniki – Jacek Nizinkiewicz w „Rz” zwraca np. uwagę, że w 2015 roku Duda pokonał Komorowskiego głównie dzięki głosom wyborców PSL i Kukiza. Kandydatura Kosiniaka-Kamysza zdaje się wprost skrojona pod potrzebę odwrócenia tego przepływu elektoratu.

I to nie koniec. Pojawiają się doniesienia, że Kosiniak-Kamysz może dysponować jeszcze jednym zaskakującym atutem – i jest to poparcie Donalda Tuska. Który ogłosił, że sam nie będzie kandydował, ale „będzie bardzo mocno wspierał opozycję w tych wyborach” – pozostawiając tu wszakże pewne niedomówienie. Zapewne nieprzypadkowo.

Jak napisało „Wprost”, w trwającej 2,5 godziny rozmowie obu polityków, „Donald Tusk powiedział Kosiniakowi, że uważa go za najpoważniejszego w tej chwili konkurenta Andrzeja Dudy”.

To, wbrew pozorom, nietrudno zrozumieć.

Poparcie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej oznaczałoby podporządkowanie się pomysłom Grzegorza Schetyny. Wsparcie Kosiniaka-Kamysza odwrotnie: jest aktem wyraźnie antyschetynowym.

Niechęci Tuska do lidera PO zapewne nie ukoiło wystawienie go przez Schetynę na szefa Europejskiej Partii Ludowej – tak przynajmniej można wywnioskować z jego zapewnienia, że kierowanie EPL „na pewno nie powstrzyma go przed pełnym zaangażowaniem w sprawy polskie”. „I nie mówię tu o wyborach prezydenckich, tylko generalnie o moim powrocie do takiej aktywności w życiu publicznym w Polsce” – dodał, co jak się zdaje, było groźbą adresowaną bardziej do Schetyny niż do Kaczyńskiego.

Gdyby się bowiem zastanowić nad tym, co Donald Tusk powinien zrobić – w ramach „aktywności w polskim życiu publicznym” – to tak naprawdę jest tylko jedna odpowiedź: powinien odzyskać Platformę. Ta partia – w końcu nadal największa siła antypisowska – gwałtownie potrzebuje lidera, który wyróżniałby się bezwzględnością, skutecznością i charyzmą. Schetyna ma tylko to pierwsze.

Barbara Nowacka, zawzięta w demonstrowaniu nowo wykształconej lojalności wobec Schetyny, złośliwie nazwała Tuska „księciem na białym koniu”. Kłopot polega na tym, że Tusk może nie być zbawcą wyglądanym przez naród – świadczy o tym choćby fakt, iż ma największy elektorat negatywny ze wszystkich potencjalnych kandydatów (44 proc.) – ale na pewno powinien być wyglądany przez PO.

Donald Tusk jest niezastąpiony

Rozpaczliwy ciąg pomyłek personalnych i strategicznych, który stanowi historię Platformy po jego odejściu, wykazał ponad wszelką wątpliwość, iż jest on w tej partii niezastąpiony. Zgoda: jest niezastąpiony, ponieważ wyrżnął całą konkurencję, skutecznie eliminując lub marginalizując wszystkich, którzy mogliby mu w jakiś sposób zagrozić – ale skutek pozostaje.

Tusk jest jedynym politykiem, który jest w stanie nadać Platformie cel i rozpęd.

Gwiazda na Baszcie Spasskiej Moskiewskiego Kremla na tle Placu Czerwonego
© Sputnik . Алексей Дружинин/Антон Денисов/Пресс-служба президента РФ
Jedynym, który może być poważnie traktowanym kandydatem tej partii na premiera – w odróżnieniu od Kidawy-Błońskiej, która była oczywistym chwytem piarowskim. Jedynym, który swoim wyborcom i działaczom zagwarantuje, że nie będzie się skupiał na walce o władzę w partii, tylko o władzę w kraju.

Skoro Tusk uprzejmie uwolnił Platformę od konieczności błagania go o start w wyborach prezydenckich – PO powinna natychmiast po jego powrocie do Polski wybrać go na swojego szefa.

To jedyna rzecz, która może ocalić ją przed totalnym upadkiem. A przy okazji zmusi Tuska do popierania kandydata Platformy – ktokolwiek by nim został. W przeciwnym razie PO może znaleźć się w sytuacji, w której jej historyczny przewodniczący będzie – mniej lub bardziej wprost – popierał kandydata konkurencyjnej partii. 

Niezagrożona pozycja rodzi gnuśność
Oczywiście, osobiście mam nadzieję, że w nadchodzącej kadencji to lewica będzie rozdawać karty – ale, obiektywnie rzecz biorąc, szanse na lewicowego prezydenta w roku 2020 są nikłe.

Czy kandydatem będzie Biedroń, który na twitterze zastanawiał się, czy może; czy Zandberg, który nie ma skłonności do minoderii, ale przez to może uchodzić za dość oschłego – ich czas jeszcze nie nadszedł.

Jeśli jednak – w co głęboko wierzę – ta kadencja nie zostanie przez lewicę zmarnowana, to za 4 lata to lewicowy lider będzie „naturalnym kandydatem na szefa rządu”. Z tego punktu widzenia, należałoby właściwie życzyć PO kolejnych 4 lat pod przywództwem Schetyny, zainaugurowanych epicką klęską Kidawy-Błońskiej w wyborach prezydenckich. To zagwarantuje lewicy niezagrożoną pozycję na opozycji.

Atoli – jak dowodzi choćby historia PO – niezagrożona pozycja rodzi gnuśność. Jak się nie ma z kim przegrać, to się przegrywa ze sobą.

A ponadto, jako odpowiedzialny obywatel RP, sądzę, że dobrze będzie mieć jakiś backup. Tak na wszelki wypadek, jakby z tą lewicą coś nie wyszło.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Z Rosją się rozmawia: polskie media w panice
Co łączy Trumpa i prezydenta Czech
Hej ho, hej ho, na prawybory by się szło!
Tagi:
Andrzej Duda, Polska, Donald Tusk, Małgorzata Kidawa-Błońska, Koalicja Europejska, Platforma Obywatelska, PiS, wybory prezydenckie, Władysław Kosiniak-Kamysz
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz