06:56 07 Grudzień 2019
Matka z dzieckiem

W Polsce nie ma żadnej polityki prorodzinnej – wideo

© Fotolia / itsmejust
Opinie
Krótki link
Autor
1120
Subskrybuj nas na

Jest takie miejsce na warszawskiej Białołęce, gdzie od ponad 20 lat schronienie znajdują samotne mamy z dziećmi. Miasto chce się ich stamtąd pozbyć.

Historia tego miejsca zaczęła się jeszcze za życia Marka Kotańskiego. Przy ulicy Skierdowskiej 2, w latach dziewięćdziesiątych, założył on tu jeden z ośrodków Monaru. Pobudował tam wtedy na ugorze najpierw barak, a potem duży piętrowy dom na potrzeby swojego stowarzyszenia. To wtedy trafiła tam obecna prezes Stowarzyszenia „Wspólnymi Siłami”, pani Sylwia Wasiołek. Budynek na skraju lasu, przy ulicy, której wtedy pewnie jeszcze nawet nie było, był samowolą budowlaną. Przez lata jednak nikomu to nie przeszkadzało.

Ostatnia deska ratunku dla samotnych matek

Gdy Monar przestał istnieć, pani Wasiołek została na placówce i założyła własne Stowarzyszenie Pomocy Samotnym Matkom z Dziećmi „Wspólnymi Siłami”. Niedługo potem zjawili się inspektorzy budowlani i zażądali opuszczenia budynku. Z tym samym żądaniem wystąpili zresztą do Urzędu Dzielnicy Białołęka. Powodem, była samowola budowlana i rzekomy „zły stan techniczny budynku, grożący katastrofą budowlaną”. Byłem w tym budynku i choć na zewnątrz nie prezentuje się zbyt estetycznie (obłożony dla ocieplenia styropianami, ale nieotynkowany), to w środku wszystko wygląda bardzo schludnie, jakby niedawno wszystko odnowiono i pomalowano. Zapewne i na zewnątrz znalazłyby się tynki, gdyby niepewna sytuacja co do dalszych losów tego ośrodka, która uniemożliwia takie inwestycje.

W budynku mieszka obecnie dwanaście mam i dwadzieścia dziewięcioro dzieci. Jak mi powiedziała jedna z mieszkanek, mama czworga dzieci, jedyną prorodzinną polityką zarówno władz państwa, jak i tych samorządowych, jest 500+. W Warszawie znajduje się tylko jeden taki ośrodek prowadzony i finansowany przez miasto. Również w tym miejscu po sąsiedzku, gdzie ptaki zawracają.

Dojazd do centrum Warszawy zajmuje więcej niż godzinę. Jest wiecznie przepełniony, a na miejsce w tym ośrodku trzeba czekać minimum 3 miesiące, co w wypadkach losowych, gdy kobieta i jej dzieci potrzebują pomocy natychmiastowej, mija się z celem.

Pozostać tam też można nie dłużej niż jeden rok.

Po roku, matkom, którym nie uda się załatwić mieszkania socjalnego czy w inny sposób wyprostować swego życia, pozostaje ostatnia deska ratunku jaką jest Dom Samotnej Matki „Wspólnymi Siłami”, w którym nie ma takich ograniczeń. Wiele mieszkanek domu przy Skierdowskiej 2 musiało się tam przeprowadzić, gdy miejski dom przy ulicy, nomen omen Chlubnej, je stamtąd wyrzucał.

Walka o eksmisję

W 2011 roku Stowarzyszeniu założono sprawę o eksmisję. W 2015 roku zapadł wyrok korzystny dla Stowarzyszenia, w którym sąd oddalił żądanie jego eksmisji. Miasto jednak nie daje za wygraną i nadal naciska na kobiety, nadal tłumacząc, że naciska na nie nadzór budowlany. W czerwcu tego roku kobiety otrzymały od miasta pismo z żądaniem opuszczenia budynku. Równocześnie miasto rozpoczęło indywidualne rozmowy z poszczególnymi mamami.

Najpierw proponowano im, że rozrzucą je po różnych miastach Polski jakby to były jakieś rzeczy albo kartofle, które pod wskazane adresy przewiezie jakaś firma wysyłkowa.

Teraz miasto składa kobietom w indywidualnych rozmowach mniej lub bardziej mgliste propozycje przydziałów mieszkań socjalnych na terenie całej Warszawy.

W zasadzie przeprowadzka z tego domu do samodzielnego mieszkania, powinna ucieszyć każdą z tych kobiet, bo przecież w miejscu tym znalazły się na skutek jakiś niepowodzeń życiowych, z których chciałyby się wykaraskać.

Kobiety są jednak sceptyczne. Jedna wspomina jak już raz otrzymała taki przydział do 29 metrowego zagrzybionego mieszkania, w którym ogrzewanie było elektryczne, kuchnia i ciepła woda na prąd. Koszt czynszu tego mieszkania wynosił przez to 1100 zł. Nie dała rady.

Rzecznik urzędu w Białołęce powiedziała mi, że miasto ma też jakąś propozycję dla pani Wasiołek i jej Stowarzyszenia. Nie chciała jednak, podobnie jak w przypadku indywidualnych propozycji dla mieszkanek domu, wyjawić jaka jest to propozycja. Powiedziała jedynie, że Stowarzyszenie jakąś ofertę otrzymało, ale jeszcze na nią nie odpowiedziało. Pani Wasiołek z kolei powiedziała mi, że żadnej propozycji nie otrzymała, więc i odpowiedzieć na ofertę nie może.

Jak się żyje dzięki „łasce puszczy”?
Problem nie dotyczy jednak tylko tych dwunastu kobiet, którym miasto miałoby zapewnić jakieś mieszkania. Jest dużo głębszy.

W Polsce mamy niesamowity głód mieszkań, a państwo i samorządy nie wykonują swych konstytucyjnych obowiązków wobec obywateli w tym względzie.

I nic w tym względzie się nie zmieniło, gdy ogłoszono, że żyjemy już w „państwie dobrobytu”.

Więzień w kajdankach
© Sputnik . Vitaliy Belousov
W Stowarzyszeniu dosłownie urywają się telefony zdesperowanych kobiet szukających ratunku i dachu nad głową. Miejsce tych dwunastu natychmiast jest w stanie zająć kolejnych dwanaście.

Czy czasem nie chodzi tylko o to, by pozbyć się tych kobiet, by wjechały buldożery? Dlaczego miasto pozostaje głuche na prośby Stowarzyszenia o legalizację ich pobytu i samowoli budowlanej? Niejedną samowolę budowlaną zalegalizowano i to mimo to, że nie chodziło o żaden społeczny interes.

Stowarzyszenie nie korzysta z żadnej pomocy miasta. Kobiety uprawiają warzywa w ogródku, hodują kury, wreszcie zajmują się rękodziełem artystycznym. Malują na przykład bombki na choinki. Prezes twierdzi żartobliwie, że żyją dzięki „łasce puszczy”, ale pomagają im osoby prywatne, różne fundacje, prywatne firmy.

Miasto nie ponosi żadnych kosztów działania tego ośrodka i raczej powinno być pani Wasiołek wdzięczne, że ta wykonuje tak pożyteczną społecznie pracę, na którą samo musiałoby wydać ogromne pieniądze podatników.

Na pewno chodzi o pieniądze
Miasto jednak wdzięczne nie jest, bo z wdzięczności nie żąda przecież, by kobiety i stowarzyszenie się stamtąd wyniosły.

Właściwie nie wiadomo, o co chodzi. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze. Dom mieści się tuż przy oczyszczalni ścieków Czajka. Tej samej, która niedawno wysiadła. Miasto, jak twierdzi jego rzecznik Marzena Gawkowska, traktuje teren wokół Czajki jako jej otulinę. Twierdzi, że nie ma żadnych planów zagospodarowania przestrzennego wobec tych terenów i powinny one pozostać niezabudowane. Kilka lat temu podobnie twierdzono, gdy likwidowano podobny dom.

Wtedy w wywiezieniu stamtąd kobiet i dzieci pomogła budująca się obok Galeria Północna, która opłaciła ciężarówki i w 3 godziny pomogła miastu pozbyć się problemu. Po czym natychmiast na teren weszły buldożery. Czy aby na pewno o to chodzi? Tuż obok, w odległości stu metrów i w takiej samej odległości od Czajki, stoi cały szereg budynków socjalnych i nikomu nie przeszkadzają.

Sprawę komplikuje fakt, że do ziemi są roszczenia. Byli właściciele żądają jej zwrotu.

Kiedy budowano oczyszczalnie ścieków Czajka zostali z tych terenów wywłaszczeni. Oczywiście w zgodzie z prawem otrzymali za swoje działki odszkodowania. Teraz żądają zwrotu ziemi, a argumentują to miedzy innymi istnieniem tego domu, co ma dowodzić, że nieprawdziwą jest przyczyna, dla której zostali wywłaszczeni.

Jedna z kobiet, pani Iza, powiedziała mi, że będąc w urzędzie razem z jednym z posłów miała okazję zobaczyć plany zagospodarowania okalających działkę nieruchomości. Tereny wokół są już podzielone pod developerską zabudowę jednorodzinną.

Wydaje się więc prawdopodobne, że ta działka, jak już buldożery wjadą i wszystko zrównają z ziemią, też znajdzie takie przeznaczenie, bo przecież na nic już się wtedy zdadzą wszelkie skargi.

Kobiety nie dają się póki co podzielić na tych indywidualnych rozmowach w białołęckim ratuszu i deklarują, że będą walczyć o zachowanie ich domu. Tak właśnie o nim mówią. To nie żaden ośrodek pomocy, ale ich dom. W sprawę zaangażowały już prezydenta Andrzeja Dudę. To dobry pomysł, bo za pół roku wybory.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Polscy emeryci będą zadowoleni? Rząd szykuje dla nich pieniądze
Solidarnościowy Fundusz bez solidarności
Nie tylko Kuchciński: którzy politycy PiS upodobali sobie latanie rządowymi samolotami?
Ksiądz żartuje z pedofilii i obraża WOŚP. Bronią go politycy PiS
Tagi:
polityka socjalna, PiS, Polska, rodzina
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz