08:05 07 Grudzień 2019
Uczestnicy akcji protestu na jednej z ulic Barcelony

„Pały, gaz, kule – bardziej demokratyczne, bo gumowe – i aresztowania”

© Sputnik . Jordy Boixareu
Opinie
Krótki link
Autor
2491
Subskrybuj nas na

Paradoks polega na tym, że ludzie zaangażowani w demokratyczne procedury są zmuszeni szukać schronienia w innych krajach, korzystając z instytucji azylu, a ci, którzy nie zdążyli zbiec, „wylądowali” w więziennych celach i skazani na długoletnie wyroki.

Zauważalna staje się wzmożona aktywność społeczeństw w wyrażaniu swojego niezadowolenia w formie protestów ulicznych. Mają one miejsce wszędzie na świecie, a o ich istnieniu szersza publika dowiaduje się jeśli dochodzi do starć z policją lub nagłośnienie protestu „jest na rękę” komuś wpływowemu.

Ostatni powód jest rodzajem manipulacji o zasięgu światowym, i najczęściej architektów takiego działania należy szukać na szczytach władzy.

Świat nabrał maniery demokratycznej

Manifestacje w Hongkongu, Hiszpanii, Libanie, Chile, Ekwadorze, Czechach, Sudanie, Francji, Algierii, Iraku i najświeższe w Boliwii wydają się mieć tak odmienne podłoże, że trudno je rozpatrywać w kategoriach ogólnoświatowego ruchu, choć mają widoczną jedną cechę wspólną, tj. ludzi gromadzących się na ulicach. Czasy ostrych dyktatur skończyły się i próżno szukać tego typu „gwiazd” jak Mobutu Sese Seko czy Idi Amin. Izolacja i izolowanie się Korei Północnej to odrębny temat.

Świat współczesnej polityki nabrał maniery demokratycznej. Kampania wyborcza, wybory, międzynarodowi obserwatorzy, niezależne sądy, potwierdzające wynik wyborów. I wydawać by się mogło, że od strony procedury wszystko jakby zgodnie z zasadami i „po europejsku”. Wyróżnik ten stał się synonimem demokracji i wszędzie tam, gdzie padały słowa, że mamy do czynienia z demokracją typu europejskiego, przywykliśmy przyjmować przejrzystość procedur wyborczych i odrzucaliśmy możliwość jakichkolwiek wyborczych machinacji, a światowa opinia publiczna uznawała zwycięzców w wyborach jako emanację woli wolnych obywateli.

Zatem, kiedy wojsko zaczęło strzelać do demonstrantów w Chile, które w sensie demokratycznych standardów, jak nikt w Ameryce Południowej, odpowiada europejskim polityczno-ekonomicznym regułom, to można pomyśleć, że rządzi tam jakiś następca Augusto Pinocheta. A tymczasem demokracja chilijska pokazała swoje prawdziwe oblicze, za zasłoną demokratycznych procedur ciągle skrywa się XX wieczny nawyk komunikowania się ze społeczeństwem.

Wojsko, pały, gaz, kule i aresztowania, z tym, że obecna władza ma demokratyczny mandat, którego nikt nie podważał.

Rekordzista otrzymał 12 lat bezwzględnego więzienia

O ile nie może się pochwalić zbyt długa historią demokratycznych wyborów i to może rozgrzeszać obecnie rządzących, to po drugiej stronie świata – w Hiszpanii i Francji – sposób rozprawiania się z demonstrantami jest na wskroś latynoamerykański, na modłę z poprzedniego wieku. Pały, gaz, kule – bardziej demokratyczne, bo gumowe – i aresztowania. Ta ostatnia represja, która dotknęła Katalończyków stała się zarzewiem fali hiszpańskich protestów i represji, których nie powstydziłby się generał Fransico Franco.

Paradoks polega na tym, że ludzie zaangażowani w demokratyczne procedury są zmuszeni szukać schronienia w innych krajach, korzystając z instytucji azylu, a ci, którzy nie zdążyli zbiec, „wylądowali” w więziennych celach i skazani na długoletnie wyroki.

Rekordzista otrzymał 12 lat bezwzględnego więzienia, za to, że zorganizował referendum niepodległościowe w Katalonii. Szyderstwem z prawa, w tym i z demokracji, jest to, że gdyby owo referendum zakończyło się porażką jego inicjatorów, to „pies z kulawą nogą” nie zainteresowałby się tymi ludźmi. Zapewne straciliby swoje publiczne stanowiska, zajmowane w wyniku demokratycznych wyborów i zamiast żyć z polityki, wróciliby do swoich profesji.

„Żółta kamizelka”

Kilkunastomiesięczne demonstracje we Francji, później w Belgii, Holandii i Portugalii przyzwyczaiły nas do innego postrzegania człowieka w „żółtej kamizelce”. Ten rodzaj garderoby stał się symbolem niezadowolenia demokratycznego społeczeństwa z rosnących kosztów życia, zwiększenia obciążeń podatkowych oraz sprzeciwu wobec elit politycznych.

Liberalna władza od początku dość brutalnie potraktowała wyrażających niezadowolenie.

Dziś, kiedy emocje już opadły, a apatia wzięła górę nad wiarą w możliwość zmian, ludzie biegający po ulicach, gonieni przez uzbrojonych po zęby policjantów, stali się rodzajem francuskiego folkloru politycznego, o którym przypominają środki przekazu masowego, kiedy w wyniku konwulsji wzrostu społecznego zainteresowania policja aresztuje, pobije lub okaleczy większą liczbę demonstrujących.

Czy można zatem ufać demokracji, czy można opierać się na demokratycznych zasadach i czym one są we współczesnym świecie? Powszechnie znana opinia Churchilla o demokracji stanowi impuls, nie do podważania demokracji, ale zastanowienia się nad współczesną – modną dziś – jej liberalną odmianą.

Systemy polityczne „są bardzo wrażliwe” na wszelką krytykę pod swoim adresem, ich polityczni reprezentanci każdy rodzaj sprzeciwu przyjmują niczym zamach na „święte swoje wartości”, a każdy słowny sprzeciw najchętniej stłumiliby „ogniem i mieczem”. Dlatego na otwartą krytykę nie każdy może sobie pozwolić. Krytycy tracą swoją anonimowość tylko wtedy, gdy kula lub pała gorliwego policjanta pozbawia ich życia, bądź trwale okalecza.

Tej obawy nie miał i nie musiał się bać Prezydent Rosji, który w grzeczny sposób wyraził swoją wątpliwość w skuteczność idei liberalnej, zauważając w wywiadzie dla FT , że „Liberalna idea stała się przestarzała. Weszła w konflikt z interesami przytłaczającej większości populacji”.

Wywołało to falę oburzenia. Największa wezbrała wśród liberałów – neofitów.

Ludzie duszą się od „własnych wyborów”

Kto powątpiewa w demokrację liberalną spycha się w otchłań dyktatorów, otrzymuje łatkę wroga podstawowych ludzkich wartości i zasługuje na rolę światowego wyrzutka.

Dlaczego zatem w świecie, w którym pochodnia liberalnych wartości wydaje się świeci najjaśniej, jest tak wiele niezadowolenia, tak często ludzie wychodzą na ulicę, narażając się na represje ze strony wczorajszych swoich politycznych liderów.

Czy, patrząc na skalę protestów należy przyjąć, że XXI wiek – po wieku wojen i dyktatur – będzie okresem protestów, tłumionych przez demokratycznie wybrane władze? Jaka zatem tkwi moc w systemie i komu jest on potrzebny, jeśli ludzie w nim żyjący duszą się od „własnych wyborów”.

Być może prawda jest o wiele bardziej prozaiczna, której politycy nie chcą zauważyć, ponieważ współczesne reguły polityczne służą tylko im, a wyborcy stanowią tylko publikę i są dekoracją.

Kiedy ludzie znajdują się już na ulicach i nie czują osamotnienia, to do ich świadomości docierają kolejne powody, dla których ich protest nabiera sensu, a ich problem z indywidualnego staje się grupowym.

O sile demokracji liberalnej zaświadcza skala problemów, które wyprowadzają ludzi na ulice.

W Chile czarę goryczy przelała 16 groszowa podwyżka biletów komunikacyjnych, w Libanie zapowiedź wprowadzenia podatku od rozmów przez WhatsApp, w Ekwadorze propozycja odstąpienia od subwencji na paliwa, w Hong Kongu – zmiany prawne, dotyczące możliwości ekstradycji do Chin, w Iraku mieszkańcy ciągle nie mogą się doczekać podwyższenia standardu życia, w kilkudziesięciu innych miastach świata powodem stały się problemy klimatyczne.

Jedna idea jest wspólna
W tej różnorodności problemów jest jedna idea wspólna, która łączy wszystkich protestujących, a jest nią niezgoda na panujący porządek społeczny, który stoi w sprzeczności z „oficjalną propagandą sukcesu”.

Owa propaganda jest częścią składową przyczyn światowego niezadowolenia. Nierówności społeczne jeszcze niedawno stanowiły rodzaj tajemnicy i nie „kłuły w oczy” stopniem rozwarstwienia. Idea globalnej wioski nie przez wszystkich została przyjęta z pokorą. Wielu, jak się okazuje zbyt wielu, postanowiło osiedlić się w innej części wioski, przyjmując samą ideę w sposób dosłowny. Zrodziło to problem migracyjny na skalę dotąd nieznaną. Ludzkość zaczęła przemieszczać się „do źródeł”, a drogi do tych najatrakcyjniejszych korkowały się w stopniu wzbudzającym strach.

Procesy globalizacyjne wyprzedziły nas samych i staliśmy się zakładnikami własnych urzeczywistnionych marzeń.

Wolność dla ludzi jest rzeczą pożądaną, ale nie najważniejszą, czasami, aby przestać się nią cieszyć, wystarczy podnieść ceny biletów o 16 groszy, wprowadzić symboliczny podatek od komunikatora, zrezygnować z dotacji, o której nikt już nie pamiętał, że istnieje, aż jej zabrakło. Czasami wolność wyznania może być przeszkodą w otrzymaniu pracy, jak oświadczali protestujący w Iraku, a chęć zatrzymania swojego bogactwa – w ramach prawa własności – może wzbudzać represje, jak w Katalonii czy Hong Kongu.

Bycie wolnym to nie tylko prawo, to bardziej możliwość bycia bogatym, ale także możliwość bycia biednym, bezdomnym, porzuconym, zniewolonym, przez bardziej wolnych, a światowe protesty dowodzą, że z definiowaniem tego pojęcia są problemy.

Tak jak pycha kroczy przed upadkiem, tak przed globalizacją powinna kroczyć edukacja, aby nie doszło do upadku.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Trump: Jestem jak Rocky Balboa
RT przestaje nadawać w Boliwii
KRLD ponownie wystrzeliła nieznany pocisk
Burza po słowach o wyzwalaniu Polski przez radzieckich żołnierzy
Dobrym do sparingu z Dudą byłby Władysław Frasyniuk
Tagi:
demonstracja, protesty, demokracja, azyl polityczny, azyl
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz