01:31 01 Listopad 2020
Opinie
Krótki link
Autor
14934
Subskrybuj nas na

27 stycznia Europa uczciła 75. rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Wywiadu agencji Sputnik Polska udzielił uczestnik ówczesnych wydarzeń – 96-letni weteran II wojny światowej, starszy lejtnant, komendant roty 1087. pułku strzelców 322. dywizji 60. armii 1. Frontu Ukraińskiego Iwan Martynuszkin.

W 1945 roku razem z innymi czerwonoarmistami otworzył bramę obozu zagłady i był jednym z pierwszych żołnierzy radzieckich, którzy wkroczyli do Oświęcimia.

Sputnik rozmawiał z Iwanem Martynuszkinem o pracach naukowych Churchilla, orderze otrzymanym z rąk prezydenta Kwaśniewskiego, a także pianinie, które radzieccy żołnierze pomogli zwrócić Polakowi (publikujemy wywiad w całości).

Najwyraźniej Pan Morawiecki tego nie rozumie

— Jak ocenia Pan wypowiedź premiera Polski Mateusza Morawieckiego, który w swoim artykule dla „Politico” stwierdził, że Armia Czerwona mogła wcześniej wyzwolić Oświęcim? 

Armia Czerwona patrzyła bezczynnie na agonię Warszawy. Dwa powstania w mieście – pierwsze w getcie żydowskim w 1943 roku, a drugie w całym mieście w 1944 roku – były dowodami okrutnych zbrodni niemieckich. Podczas gdy mieszkańcy Warszawy czekali z nadzieją na pomoc, Józef Stalin nigdy nie wydał rozkazu interwencji Armii Czerwonej – stwierdził Morawiecki.
Jak podkreślił premier Morawiecki, latem 1944 roku armia radziecka zatrzymała się 200 km od Oświęcimia, „a ofensywa została wstrzymana, co dało Niemcom czas na wycofanie swych sił i zorganizowanie marszów śmierci, które kontynuowano aż do stycznia 1945 roku”.

— Postawiłbym mu jedynkę za wyniki w nauce. Gdyby był uczniem, zasługiwałby na taką ocenę. Dziwi mnie, jest to pewien brak wykształcenia, a może przypływ żółci, nienawiści do nas. Oczywiście nie jest to zgodne z prawdą. Najwidoczniej od tak dawna kłamali, kłamali swoim uczniom, kłamali swojej młodzieży, że sami uwierzyli w te kłamstwa.

Do jesieni 1944 roku całkowicie wyzwoliliśmy terytorium naszego kraju. Wcześniej, przez ponad miesiąc, nieustanie walczyliśmy, uczestniczyliśmy w operacji lwowsko-sandomierskiej, a jeszcze wcześniej toczyły się ciężkie walki o Tarnopol. Między Tarnopolem a Lwowem było zgrupowanie Niemców, którzy znaleźli się w oblężeniu. Przez jakiś czas też byliśmy zaangażowani w likwidację tego zgrupowania. Potem ruszyliśmy na Lwów i dalej do granic Polski. I naturalnie byliśmy już w takim stanie, nasze dywizje, nasze pododdziały, że nie mogliśmy już iść dalej.

Moim zdaniem każdy myślący człowiek wie, że jednostki wojskowe nie mogą przeprowadzać ciągle i nieprzerwanie bezustannej ofensywy. Muszą być uzupełnione rekrutami, bronią, amunicją i tak dalej. Jest to całkiem zrozumiałe dla tych, którzy trochę wiedzą o wojnie, powinni to rozumieć. Najwyraźniej ten Pan (Mateusz Morawiecki – red.) tego nie rozumie.
Iwan Martynuszkin
© Sputnik . Nikołaj Seredin
Iwan Martynuszkin

Stalin nie miał negatywnego nastawienia do wyzwolenia Oświęcimia

— Czy Pana zdaniem można powiedzieć, że, jak pisze premier, „ratowanie Żydów nigdy nie było priorytetem Stalina i Armii Czerwonej”?

— Nie można. Wystarczy przypomnieć sobie rozwój wydarzeń w tym czasie. Duża ofensywa, która miała na celu wyzwolenie Polski, została wyznaczona na 20 stycznia. Gdzieś na początku stycznia, to znany fakt historyczny, Churchill w korespondencji zwrócił się z przekonywującą prośbą do Stalina, aby rozpoczął ofensywę przed terminem, bo w tym czasie wojska alianckie w Ardenach poniosły poważne straty.

Znalazły się w bardzo trudnej sytuacji. I dlatego prosił Stalina, aby na niektórych odcinkach frontu ruszyła ofensywa. Stalin obiecał i wywiązał się z obietnicy, ofensywa rozpoczęła się 8 dni wcześniej. To też może służyć jako odpowiedź Panu (Mateuszowi Morawieckiemu – red.).

W końcowym etapie wojny w pierwszym tygodniu pokonywaliśmy 150 km, czasami nawet 200 km. Jeśli podzielimy kilometry przez liczbę dni, okaże się, że nacieraliśmy z prędkością 20 km dziennie lub większą. Jest to prawie tyle samo, co Niemcy w pierwszych miesiącach wojny przeciwko nam – w takim tempie przemieszczali się po naszym terytorium.

Tutaj z taką prędkością szliśmy, wyzwalając zarówno nasz kraj, jak i Polskę. Więc nie było opóźnień. Gdyby Stalin nie chciał wyzwalać Oświęcimia, to powinniśmy gdzieś odpocząć. Ale toczyliśmy nieprzerwane walki. Nigdzie nie było odpoczynku, ani wytchnienia.

Koniew bał się mścić na Niemcach

— W 75. rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau nie można nie zapytać o te wydarzenia. Jak wspominał w jednej ze swoich książek marszałek Związku Radzieckiego Iwan Koniew, świadomie nie pozwolił sobie zobaczyć „obozu śmierci na własne oczy”. Będąc jednym z żołnierzy radzieckich wyzwalających Oświęcim, mógłby Pan opowiedzieć o swoich emocjach. Czy trudno było uświadomić sobie skalę tej ludzkiej tragedii?

— Marszałek Koniew odmówił, bo trudno było mu patrzeć na to, co tam było. Obawiał się, że może to wpłynąć na stan jego myśli: może popchnąć go do rozpoczęcia akcji odwetowej przeciwko Niemcom lub przeciwnie, jak mówią, rozluźni się, dochodząc do wniosku, że jedna z operacji zakończyła się sukcesem.

Gdy wszedłem ze swoją grupą do Auschwitz, zobaczyliśmy więźniów. Patrząc na ich twarze, ubrania od razu było wiadomo, w jakim byli opłakanym stanie, co przeżyli. Każdy z nas myślał o sobie: przecież mogłem znaleźć się na ich miejscu lub w niewoli. Dlatego, naturalnie, współczuliśmy, żałowaliśmy i litowaliśmy się nad tymi ludźmi.

W ich oczach było widać, że zrozumieli, że nadeszła wolność, że dla nich to piekło się skończyło i że teraz będą żyć. Prawdopodobnie wszystkie ich myśli były już ukierunkowane na to, jak szybko wrócić w rodzinne strony.

Nasze bataliony sanitarne udzieliły im pierwszej pomocy, zorganizowały mycie, nadali im ludzki wygląd. Komisja policzyła wtedy: w obozie znajdowało się od 8 do 10 tys. osób. A na tydzień przed naszym przyjazdem Niemcy wyprowadzili z Oświęcimia 50-60 tys. osób – wszystkich, którzy trzymali się na nogach – i zapędzili je w głąb terytorium. Wielu z nich fizycznie nie wytrzymało tego „pochodu śmierci”, umarło po drodze – powiedział.

Mieliśmy bardzo mało czasu, aby zobaczyć, co działo się w tym obozie. Ciągle padał rozkaz „Naprzód!”. To kolejna odpowiedź dla polskiego premiera. Nie mieliśmy chwili odpoczynku, ani spokoju, a jedynie naprzód. I nawet ustalono terminy, kiedy do jakich granic powinniśmy dotrzeć. Już na początku lutego dotarliśmy do Odry, zaczęliśmy forsować tę rzekę. Pokonaliśmy ogromną odległość od rozpoczęcia ofensywy. I dlatego nie było czasu. Ponieważ nasze zgrupowanie bojowe miało określone zadanie dotarcia w najbliższym czasie do granicy Odry. I nie mieliśmy takiego zadania przeprowadzenia jakiejś operacji w samym obozie.

Stalin zajmował się obroną, Hitler prowokował agresję

— Jak odnosi się Pan do tego, że przedstawiciele władz Polski obarczają teraz ZSRR taką samą odpowiedzialnością za rozpętanie II wojny światowej, co hitlerowskie Niemcy?

— To jakaś głupota, inaczej nie mogę tego nazwać. Odbywa się to w ramach tejże wojny informacyjnej, jaka się przeciwko nam toczy. Są bezpośrednie dowody na to, że sprawy miały się zgoła inaczej. Już w czasie prac nad książką „Mein Kampf”, w latach 1925-1926, Hitler mówił, że Niemcy kończą z tą polityką podboju, którą wcześniej przyjęły, i powinna swoją uwagę skupić na Wschodzie.

Celem było oczyszczenie europejskiej części Związku Radzieckiego, zabór Ukrainy, przepędzenie mieszkańców tych ziem na północ, za Ural, pozbawienie dostępu do żywności, które planowano wywozić do Niemiec.

To znaczy kwestię zapewnienia Niemcom żywności miały rozwiązać „dostawy” od nas, ze Związku Radzieckiego, gdzie według obliczeń nazistów w pierwszym roku wojny miało umrzeć z głodu 20-30 mln ludzi.

Wiadomo, że programowi zatwierdzenia przywództwa był też poświęcony „Generalny Plan Wschodni”. Kto z kolei może przywołać przykład dokumentu lub oddzielnych wypowiedzi Stalina o tym, że rościł sobie jakieś terytorialne lub gospodarcze pretensje do Niemiec, że potrzebował coś tam przebudować, coś „zabrać”? Przez cały okres trwania wojny tego rodzaju informacja nie pojawiła się w żadnym wystąpieniu Stalina, który budował swoją politykę na obronie, podczas gdy Hitler – na agresji i zaborze.

Tenże Göring wezwał do grabieży wszystkiego, co się da i wywiezienia do Niemiec, gdzie wszystko służyć miał Rzeszy. W rozpętaniu tej wojny Niemcom pomogły Anglia, Francja, Włochy, które zawierały z nimi porozumienie. Niemcy dokonały agresji przeciwko Czechosłowacji. Polska nie pomogła, dlatego że miała w Czechosłowacji swój interes, i w Związku Radzieckim, co więcej, dopuściła się agresji przeciwko Czechosłowacji. O tym w jednej z książek, uznanej przez świat jako historyczna praca naukowa, pisze Churchill, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Ani Polacy, ani Anglicy, ani Zachód jako taki nie znają historii z wypowiedzi swoich działaczy politycznych.

Powiedziano nam zdecydowanie: Polska to nasz sojusznik

— Jeśli mówić o Polsce, jak Polacy witali żołnierzy Armii Czerwonej na swoim terytorium?

— W czasie walk, które staczaliśmy w czasie naszego pochodu, miejscowa ludność oczywiście się chowała. Kiedy operacje wojskowe dobiegały końca, ustawialiśmy się w szyku, zaczynaliśmy maszerować, wtedy widzieliśmy ludzi – jak nas witają. Jedno z takich wzruszających spotkań miało miejsce w Krakowie. Na jednej z ulicy podszedł do mnie młody, inteligentny z wyglądu młody mężczyzna i poprosił o przeniesienie pianina, które Niemcy zabrali mu z mieszkania, ale nie zdążyli jeszcze wywieźć. Stało w jednej z krakowskich kamienic.

Żołnierze usłyszeli naszą rozmowę i krzyknęli: „Towarzyszu starszy letjnancie, bez obaw, niech pokaże, gdzie jego pianino, my je przeniesiemy”. Wzruszyłem ramionami, powiedziałem. „Proszę, żołnierze nie mają nic przeciwko”. Mężczyzna pokazał, gdzie stoi pianino, oni wzięli sznury, z zapałem, z poczuciem, że robią coś dobrego, podnieśli instrument i postawili w mieszkaniu jego właściciela. A on w podzięce zaprosił nas do siebie na spoczynek. My tylko podziękowaliśmy – wydano rozkaz do dalszego marszu.

Tego rodzaju przypadków było więcej. Wielu rzeczy można się dowiedzieć z pamiętników radzieckich dowódców wojskowych, pracowników politycznych, którzy także informowali, że Polacy witają ich bardzo ciepło, życzliwie, z kwiatami itd. No i jak tu nie witać, kiedy nasze najwyższe dowództwo, nasz naczelny wódz, generalissimus Stalin podpisywał rozporządzenie Państwowego Komitetu Obrony o tym, żeby zaopatrywać w żywność ludność Polski. I tu, w Krakowie, po wyzwoleniu nasza armia zostawiła miejscowej ludności tony zboża, cukru, mąki i innych rodzajów produktów.

Co więcej, zachęcano nas do przyjaźni z ludnością miejscową. Powiedziano nam zdecydowanie: Polska to nasz sojusznik. Do obowiązków każdego żołnierza i oficera było prowadzenie się w taki sposób, żeby nie wywołać wrogości. Naprzeciw, mieliśmy starać się o nawiązanie przyjaznych relacji. Każdy nasz żołnierz miał być swego rodzaju propagatorem tego, w jakim celu wkroczyliśmy do Polski.

Co więcej tłumaczono nam, że Kraków i inne polskie miasta są bardzo bogate w wiekowe zabytki architektury, dlatego wyzwoleńcze operacje mieliśmy w miarę możliwości prowadzić w taki sposób, żeby nie było zniszczeń. I rzeczywiście, kiedy potem kroczyliśmy ulicami Krakowa, zwracaliśmy uwagę, że miasto ocalało.

Polacy jak gdyby nie ci sami

— W jednym z wywiadów przywołał Pan słowa wspomnianego już wcześniej premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla, który uważał, że zawsze istniały dwie Polski: jedna walczyła o prawdę, a druga postępowała podle („Najdzielniejsi z dzielnych, rządzeni przez najpodlejszych z podłych” – red.). Czy można to odnieść do dzisiejszych realiów?

— Myślę, że w taki sposób Churchill oddzielał naród od „wierchuszki” – szlachty. Mimo wszystko naród polski jest pełen dobrych zamiarów i odważny. Mogę sobie na taki wniosek pozwolić, dlatego że po wojnie przez ponad rok służyłem w Polsce i dobrze znałem Polaków.

A potem przez 20 lat pracowałem w sekretariacie Rady Wzajemnej Pomocy w Moskwie. To była organizacja międzynarodowa, w której pracowali między innymi Polacy. Często jeździliśmy do Polski na narady i nigdy nie było między nami żadnych konfliktów, ani na płaszczyźnie ideologicznej, ani na płaszczyźnie życia codziennego.

— Co w takim razie dzieje się między naszymi państwami teraz?

— Zadziwiające rzeczy. Kiedy w 2005 roku przylatywałem do Krakowa na obchody 60. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, zasługom Armii Czerwonej w jej wyzwoleńczej misji – 600 tys. żołnierzy radzieckich poległo za wyzwolenie Polski - oddawano wówczas cześć.

Pamiętam, jak nas, oswobodzicieli Oświęcimia – cztery osoby – posadzono na balkonie, przedstawiono i cała sala klaskała. Następnie prezydent Aleksander Kwaśniewski wręczył nam ordery za zasługi dla Polski. Tam też prezydent Władimir Putin nagrodził nas jubileuszowymi medalami z okazji 60. rocznicy Zwycięstwa. Panowała normalna sytuacja. Ze strony polskich władz czuliśmy bardzo dobry stosunek. A potem coś się wydarzyło. Po upływie pięciu lat, kiedy tam pojechałem, jak gdyby inni ludzie – jakbym przyjechał do zupełnie innej Polski.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

„Do tej pory rozpiera mnie duma”: Polacy pierwsi dowiedzieli się o wyzwoleniu Warszawy
Miało nie być Warszawy na mapie…
Czy interpretacja historii zaczyna wygrywać z chłodną oceną faktów?
Riwlin do Dudy: Zostawmy przeszłość, skupmy się na tym, co jest teraz
Tagi:
II wojna światowa, Polska, ZSRR, Oświęcim
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz