23:56 22 Październik 2020
Opinie
Krótki link
Autor
0 84
Subskrybuj nas na

W środę MSW Wielkiej Brytanii ogłosiło plany odnośnie nowego systemu imigracyjnego wprowadzonego w związku z Brexitem. W jego ramach pewne umiejętności, kwalifikacje i wynagrodzenia będą zdobywać punkty niezbędne do otrzymania wizy pracowniczej.

Nowy system, który wejdzie w życie 1 stycznia 2021 roku, ograniczy też swobodę przemieszczania się i przywróci kontrolę graniczną.

Rząd chce wprowadzić system imigracyjny oparty na punktach. Wykwalifikowani pracownicy, aby zdobyć prawo do pracy w tym kraju, będą musieli spełnić szereg kryteriów. Obywatele zagraniczni musieliby zdobyć 70 punktów, aby móc pracować w Wielkiej Brytanii. Mówienie po angielsku i posiadanie oferty pracy wykwalifikowanej u „zatwierdzonego sponsora” dałoby im 50 punktów.

Wszyscy kandydaci będą musieli mieć propozycję pracy, a zgodnie z zaleceniami Rady Doradczej ds. Migracji minimalny poziom wynagrodzeń zostanie ustalony na poziomie 25,6 tys. funtów. Wcześniej minimalny poziom rocznego wynagrodzenia cudzoziemca wymagany do uzyskania wizy pracowniczej wynosił 30 tys. funtów.

Nisko wykwalifikowani pracownicy rzecz jasna nie otrzymaliby wiz w ramach planów imigracyjnych po Brexicie.

Szanse na pracę maleją

Dariusz Zeller, zastępca redaktora naczelnego polskiego tygodnika w Londynie „Cooltura” w rozmowie ze Sputnikiem wyraził opinię, że Wielka Brytania pod koniec okresu przejściowego praktycznie nie pozostawi żadnych szans na pracę w kraju dla niewykwalifikowanych cudzoziemców, a dla wykwalifikowanych wprowadzi dodatkowe twarde warunki uzyskania wizy.

„Jest to decyzja absurdalna, którą naprawdę trudno komentować. Bo oprócz zasadniczej punktacji (50 punktów) wykwalifikowany pracownik powinien uzyskać dodatkowo 20 punktów, które się dolicza, na przykład, za stopień naukowy doktora albo oferowane przez pracodawcę wysokie zarobki. Jakich to dotyczy zawodów? Trudno powiedzieć. Bo jeśli chodzi o domy opieki i szpitale, o budowlankę, czyli zawody, które wykonują na pewno nie Anglicy, a Polacy, Rumuni, obywatele innych krajów, to do takich miejsc pracy dostęp będzie utrudniony” – powiedział.

Nieprzemyślany krok Borisa Johnsona

Na pytanie, jak Boris Johnson zamierza rozwiązywać przyszłe problemy dla brytyjskiej gospodarki, pan Zeller wyraża obawy, że będąc populistą brytyjski premier robi na razie kroki, z których później będzie musiał się wycofać. Sądzi, że kierunek, w którym idzie Boris Johnson, jest nie tyle szokujący, co zaskakujący.

Nie wygląda to na jakiś przemyślany krok. Chyba, że po Brexicie miało być nowe prawo, więc uzgodnili ogólne zasady, aczkolwiek chodzi tu przecież o brytyjską gospodarkę, która może na tym ucierpieć. Jest to również niebezpieczeństwo dla tych ludzi, którzy będą chcieli przyjechać tu za rok w nadziei na dobre zarobki. Można jedynie się cieszyć, że ci, którzy wcześniej przyjadą w okresie przejściowym, będą tu pracować na starych zasadach – uważa.

Brexit, 31 stycznia 2020
© REUTERS / HENRY NICHOLLS
Pracodawcy wzywają Nieba

Według Dariusza Zellera faktem jest, że nie pierwszy rok, i nie drugi w Wielkiej Brytanii brakuje pielęgniarek.

„No i skąd oni zamierzają je wziąć? Większa część jest z Filipin. Polki też pracują w tym zawodzie. Restrykcje w tym kierunku mogą doprowadzić do dramatu. Już teraz pracodawcy wzywają Nieba, domagając się rąk do pracy w placówkach medycznych. To się odbije kiedyś nie tylko na tych przyjezdnych, ale tak samo na Anglikach. Jeśli restrykcje dotkną również rolnictwa, czy zakładów przetwórczych (a będą tego dotyczyć) – to tego skutki odczują krajowi farmerzy i producenci żywności. Brytyjczycy podcinają gałąź, na której sami siedzą. Niestety, my będziemy musieli z tym się zmierzyć” – powiedział Dariusz Zeller.

Zwrócił też uwagę na pewną ciekawostkę w nowych brytyjskich przepisach. Otóż, osoby z rocznym wynagrodzeniem poniżej 25,6 tys. funtów będą mogły nadal się ubiegać o wizy, ale pod warunkiem zatrudnienia w „specyficznym zawodzie deficytowym”. Co to znaczy „specyficzny zawód deficytowy”? Będzie to zależało od urzędnika, który będzie decydował.

Przed wyborami w Polsce nie spodziewam się żadnych kroków ze strony polskich władz, ale może po wyborach znowu jakieś rozmowy będą prowadzone między rządem polskim a brytyjskim. Może coś się zmieni dla nas na lepsze. Liczymy na to, bo po tym, co dzisiaj, można było przeczytać, nie wygląda to różowo dla tych ludzi, którzy będą chcieli przyjechać na Wyspy – podkreślił.

W Londynie słychać też inne głosy

Brytyjscy politycy krytykują nowy system imigracyjny. Diane Abbott, deputowana do Izby Gmin z ramienia Partii Pracy powiedziała, że rząd „nie zastanawiał się, jaki wpływ będzie miała ta polityka na całą gospodarkę i jakie przesłanie przesyła migrantom, którzy już tu mieszkają i pracują”.

Suchej nitki na nowej polityce wobec imigrantów nie zostawia też Christine Jardine z Partii Liberalno-demokratycznej, która powiedziała, że propozycje są oparte na „ksenofobii”, a nie na „potrzebach społecznych i gospodarczych naszego kraju”.

A pierwszy minister Szkocji i lider SNP Nicola Sturgeon twierdzi, że plany będą „druzgocące” dla szkockiej gospodarki.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Wikingowie podbijają Białoruś?
Polska nie ma co się cieszyć z powodu Brexitu
Gdzie się kończy demokracja a zaczyna przekop?
Krakowska huta ponownie łapie oddech
Tagi:
Wielka Brytania, Brexit, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz