12:46 29 Październik 2020
Opinie
Krótki link
Autor
Wybory prezydenckie w Polsce 2020 (104)
22498
Subskrybuj nas na

„Problematyczny jest sam tryb stanowienia tego prawa, które przecież było pisane i wnoszone do Sejmu w czasie nadzwyczajnie krótkim, zdaniem przynajmniej części posłów niespełniającym wymogów regulaminowych, prawnych, ba, nawet konstytucyjnych. A tu wybory już za kilka tygodni” – uważa Grzegorz Braun.

Sejm uchwalił w poniedziałek wieczorem ustawę, zgodnie z którą wybory prezydenckie w 2020 roku zostaną przeprowadzone wyłącznie w drodze głosowania korespondencyjnego. Przepisy stanowią też, że w stanie epidemii marszałek Sejmu może zarządzić zmianę terminu wyborów, określonego wcześniej w postanowieniu.

Uchwalona w Sejmie ustawa trafiła już do Senatu.

Znany polski reżyser i publicysta, poseł na Sejm IX kadencji Grzegorz Braun odpowiada na pytania komentatora Sputnika Leonida Swiridowa.

— Panie pośle, mam pytanie, generalnie rzecz biorąc, zasadnicze: czy odbędą się w Polsce wybory prezydenckie 10 maja?

— Jakieś głosowanie, owszem, odbędzie się, o tym nie powątpiewam. Pytanie tylko, w jakim terminie i jaki będzie format prawny, ustawowy tego aktu. Jaka ustawa, jaki kodeks wyborczy będzie obowiązywać, kiedy odbywać się będą najbliższe wybory prezydenckie? Nad tym ciągle mamy poważny znak zapytania.

© Sputnik . Dominique Boutin
Wprawdzie prawo zostało w Polsce siłą większości nieznacznej, ale jednak większości parlamentarnej, w ostatnich dniach zmienione, ale teraz to nowe prawo ląduje w Senacie. I Senat zadecyduje, czy zaakceptuje ten nowy kształt procedury wyborczej, która polegać miałaby na głosowaniu korespondencyjnym, czy też Senat zechce wnosić jakieś własne korekty do tego prawa. A może hurtem, na przykład, zechce odesłać tę ustawę do sądu lub trybunału, który będzie mógł stwierdzić, czy ta nowa ustawa nie narusza praw niektórych obywateli, na przykład, obywateli polskich, przebywających za granicą.

Do tych polskich obywateli przecież – to zupełnie oczywiste ze względów praktycznych – w aktualnie zakładanych terminach nie mogłaby dotrzeć korespondencja, te tak zwane pakiety wyborcze, ponieważ państwu polskiemu w większości przypadków polskich emigrantów nie będą znane ich adresy korespondencyjne. Pomijam już kwestię Polaków, którzy pozostając w granicach Rzeczypospolitej również mogą i, jak wiadomo, masowo przebywają niekoniecznie pod tym adresem, który byłby znany i który by figurował w jakichkolwiek ewidencjach urzędowych.

To są, wydaje mi się, wystarczające podstawy do tego, żeby tę sprawę, tę ustawę wzięli w ręce sędziowie, najlepiej jednocześnie Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego, żeby stwierdzić legalność tych nowych zasad głosowania.

— Pan mówił o tym, że naprawdę bardzo dużo wyborców mieszka fizycznie i od dawna za granicami Polski. To jest kilka milionów osób, kilka milionów Polaków – wyborców...

— Różnie się to szacuje, ale niektórzy nawet przypuszczają, że poza granicami Polski może mieszkać, tak ostrożnie licząc, 10 mln Polaków. Inna rzecz, że tylko niewielka ich liczba przejawia aktywne zainteresowanie udziałem w sprawowaniu władzy w tym wymiarze, w jakim to jest konstytucyjnie prawem każdego Polaka.

A zatem, w praktyce tylko ułamek polskiej emigracji podejmuje wysiłek udziału w wyborach, bo często to jest poważny wysiłek, trzeba mieć aktualne dokumenty. Trzeba wybrać się często w daleką podróż do polskich placówek konsularnych, w których urządzane są lokale wyborcze.

Tym nie mniej, jakkolwiek byłaby to liczba nieproporcjonalnie niska w stosunku do ogólnej liczby polskich emigrantów, to dalej jest to liczba na tyle ogromna, żeby uznać za przypuszczalnie bezprawne, a na pewno szokujące to pominięcie, zlekceważenie tej liczby przez większość ustawodawców.

— Panie pośle, ja bardzo uważnie śledziłem wydarzenia w polskim Sejmie, przez stronę internetową Sejmu, oczywiście. Na ile zrozumiałem, te wybory korespondencyjne – to będzie obowiązek głosowania. To znaczy, jeżeli jakaś osoba nie zagłosuje, to będzie kara. Czy dobrze zrozumiałem?

— Taką obawę nasuwała, owszem, pierwotna wersja przedłożenia rządowego, gdzie mowa była o tym, że sankcją obłożone będzie, np. ukrywanie otrzymanej pocztą karty do głosowania. Ale po kilku godzinach sami autorzy wycofali się z tej sankcji. Ale fakt, że w ogóle tego rodzaju pomysły lęgną się w głowach polityków rządzącego układu, to już jest powód do niepokoju.

Cała rzecz jest zresztą wprowadzana nie drogą bezpośredniej zmiany Kodeksu Wyborczego, ale „kuchennymi drzwiami” – pod pretekstem walki z epidemią i to w ustawie nominalnie mającej na celu ratowanie polskiej przedsiębiorczości.

W tym „antywirusowym” spec-ustawodawstwie, zmieniającym się zresztą z dnia na dzień, a czasem wręcz z godziny na godzinę, przemyca się więcej poważnych zmian, np. znaczących ograniczeń wolności osobistej, które mnie, pamiętającemu czasy PRL, czasy władzy sowieckiej w jej polskojęzycznym wydaniu, budzi to jednoznacznie negatywne skojarzenia.

Tragedia Chatynia.
© Sputnik . Leonid Swiridow
Problematyczny jest również sam tryb stanowienia tego prawa, które przecież było pisane i wnoszone do Sejmu w czasie nadzwyczajnie krótkim, zdaniem przynajmniej części posłów niespełniającym wymogów regulaminowych, prawnych, ba, nawet konstytucyjnych. Bo przecież sama próba zmiany prawa wyborczego na mniej niż pół roku przed wyborami może być uważana za bezprawną. A tu wybory już za kilka tygodni.

W myśl nowego prawa odpowiedzialność za ich przeprowadzenie spoczęła nieoczekiwanie na barkach szefa Poczty Polskiej, który widać ciężaru tego dźwigać nie chce lub nie może, więc go na wszelki wypadek natychmiast wymieniono – na wiceszefa resortu obrony. To by może nawet było śmieszne, gdyby nie dotyczyło istoty państwowości. Stąd niepokój części posłów, do których i ja się zaliczam: czy większość parlamentarna, która prze do tego rozwiązania, nie doprowadzi przypadkiem do sytuacji, w której legalność wyborów w Polsce mogłaby przez kogoś być kwestionowana?

A to już byłoby wystawianie na ryzyko państwa jako takiego. Być może, dla doraźnych korzyści aktualnego układu rządzącego, ale na pewno nie z korzyścią dla Rzeczypospolitej Polskiej.

— Rozumiem, że Pan rzeczywiście przestudiował tekst tego dokumentu przed głosowaniem. Czy może Pan wyjaśnić, jak będzie wyglądać dokładnie skrzynka pocztowa? Czy to będzie jakaś specjalnie zrobiona skrzynka pocztowa, czy zwykła, jak to jest?

— Owszem, nowa ustawa stwierdza, że do oddania głosu służyć mają właśnie „specjalne” skrzynki pocztowe. Ale, niestety, nic więcej. Ponieważ jeden z głównych, kardynalnych problemów, jakich nastręcza ten akt prawny, jest ogólnikowość.

Większość takich kwestii ta ustawa pozostawia rozstrzygnięciu ministrów, aktami wykonawczymi niższego rzędu. Konkretnie: ministrowie aktywów narodowych – personalnie jest nim dziś pan minister Sasin – a to jest reaktywowane pod innym szyldem ministerstwo skarbu, które, nota bene, ta sama partia wcześniej zlikwidowała. Więc to reaktywowane ministerstwo skarbu – a nie, np. Krajowa Komisja Wyborcza – ma odpowiadać za kluczowe elementy nowej procedury wyborczej, co samo w sobie jest już bardzo dziwaczne. Dlaczego akurat ten resort? Może ze względu na sprawdzoną lojalność tego konkretnego polityka wobec „politbiura” partii, której jest członkiem.

Inna wątpliwość wynikająca z personaliów jest taka, że posłem-sprawozdawcą tego projektu ustawy jest pan Sobolewski, który jednocześnie jest pełnomocnikiem wyborczym aktualnego prezydenta Rzeczypospolitej Andrzeja Dudy, który, jak wiadomo, staje do tych wyborów.

To jest, oczywiście, wszystko legalne, ale przecież problematyczne i, niewątpliwie, rodzące podejrzenie o zaistnieniu konfliktu interesów, skoro pełnomocnik jednego z kandydatów w tych wyborach wnosi do Sejmu projekt raptownej – „za pięć dwunasta” – zmiany prawa wyborczego.

A wszyscy razem – to znaczy, i ten prezydent, i ten sprawozdawca, i większość parlamentarna, która ten projekt forsuje, należą, tak się składa, do jednej, wspólnej formacji politycznej i współtworzą aktualny obóz władzy. Ale, jak wiadomo, tonący brzytwy się chwyta.

Demokracja demokracją, ale ktoś tym wszystkim przecież musi rządzić, co świetnie wiedzą czytelnicy i wyborcy rosyjscy, którzy sami pewnie w wielu przypadkach z rosnącym zdumieniem obserwują modyfikacje prawa konstytucyjnego i procedury wyborczej, które zmierzają do zapewnienia możliwości dożywotnego sprawowania urzędu prezydenta Rosji tej samej osobie.

— Panie pośle, nie ukrywam, że znamy się osobiście, w związku z tym pozwolę sobie na takie prywatne pytanie, bo w Moskwie w tej chwili pracujemy z domu. Ja fizycznie jestem w domu i melduje, że jestem na kuchni. A Pana wczoraj widziałem w Sejmie i nie było żadnej maseczki! Trochę jestem zdziwiony – czy nie boi się Pan koronawirusa?

— Panie redaktorze, Pan u siebie pracuję w kuchni w Moskwie, a ja przy Wiejskiej w Warszawie, jestem więc w pracy.

Miejsce katastrofy Tu-154 pod Smoleńskiem
© Sputnik . Ilya Pitalyev
Co do globalnego kontekstu tej sytuacji, ja akurat, Panie redaktorze, jeśli idzie o te kwestie, zaliczam się do głębokich sceptyków. Może nawet agnostyków. Jestem mianowicie człowiekiem głęboko niewierzącym w oficjalne wersje propagandowe.

Co do domniemanej pandemii tak zwanego koronawirusa zadaje pytanie: w jakim stopniu mamy do czynienia z faktem rozpoznawalnym w kategoriach medycznych, naukowych, a w jakim stopniu z operacją strategicznego zarządzania percepcją mas. Nota bene: to akurat termin fachowy, znany w służbach i świecie akademickim, głównie anglosaskim – „strategiczne zarządzanie percepcją”, czyli po prostu zmasowana operacja polityczno-propagandowa.

Co do rozwiązań administracyjno-policyjnych, które stosuje się i u nas, i u was jak słyszę, nie brak autorytetów, między innymi, medycznych, kwestionujących sensowność, zasadność takich regulacji powszechnego izolowania ludzi. Bynajmniej nie wszyscy medycy podzielają przekonanie o słuszności tej decyzji.

Ja nie wypowiadam się jako autorytet w żadnej z tych dziedzin nauki, ja po prostu analizuję sytuację, w oparciu o moje kompetencje historyczne, polityczne i dostrzegam niespójność, brak logiki tych rozwiązań.

Żeby tę tezę zilustrować, powiem Panu, że maseczki, które tutaj nam rozdają w Sejmie, są wyposażone w instrukcję obsługi, którą może nie każdy użytkownik przeczyta. Ja akurat z nudów w przedłużającej się przerwie posiedzenia przeczytałem i dostrzegłem tam, między innymi, takie zastrzeżenie, że te maseczki nie mogą być skutecznie stosowane przez osoby posiadające zarost! A ponieważ Pani marszałek Sejmu nie przysłała mi urzędowego ponaglenia do tego, żebym się ogolił, traktuję zatem to działanie jako świadectwo pozorności niektórych ruchów, fikcyjności niektórych procedur i braku pełnego rozeznania po stronie władzy. Właśnie braku rozeznania, co właściwie i po co robi.

Wybory
© Depositphotos / Vchalup2
Koronawirus w nawet najczarniejszych scenariuszach nie będzie skutkował nieszczęściem dla 100 procent populacji, ale katastrofalne konsekwencje gospodarcze, finansowe, a zatem również socjologiczne, tego faktycznego zamrożenia rynków i przestrzeni publicznej, te konsekwencje dotkną nas wszystkich. Nasze rządy są więc w drodze do katastrofy, której procesu, obawiam się, nie będą w stanie kontrolować. Tymczasem od tygodni państwowe media nakręcają psychozę, która legitymizuje trudne inaczej do wyobrażenia restrykcje: zamknięto biznesy, ale też zamknięto kościoły, parki i lasy.

Trudno dziś doprawdy orzec, do jakiej walki tak naprawdę szykuje się władza w Warszawie – z wirusem i kryzysem, czy z własnym narodem? Naukowej logiki, ani ekonomicznej przezorności, ani politycznej odpowiedzialności nie widzę – dostrzegam za to intensywną rozbudowę systemu inwigilacji i tresury obywateli.

Niezależnie od tego, kto ma „prawa autorskie” do koronawirusa – czy mamy do czynienia z aktem wojny biologicznej, czy zaledwie z „wypadkiem przy pracy” – teraz to jest zarządzanie przez strach i realizacja doktryny szoku w czystej postaci.

Na zakończenie dodam, Panie redaktorze, że jedną z kwestii, które w ostatnich dniach mnie osobiście nastręczają najwięcej rozczarowania, jest, między innymi, odwołanie wyjazdu państwowej delegacji, która 10 kwietnia miała z Warszawy udać się do Smoleńska.

— Słyszałem, ze Pan miał w tej delegacji uczestniczyć?

— Tak, wydano mi nawet już paszport dyplomatyczny, mieliśmy znaleźć się w Smoleńsku w ramach obchodów okrągłej rocznicy tego, co jedni nazywają katastrofą, ja zaś nazywam zamachem warszawsko-smoleńskim 10 kwietnia 2010 roku.

Ja w Polsce zaliczam się, niewątpliwie, do tej mniejszości w mniejszości, jestem bowiem i w tej sprawie sceptykiem, agnostykiem, nie wierzę, mianowicie, w wersje oficjalne, ani w wersję moskiewską, ani w wersję warszawską.

Ta sprawa po dziesięciu latach pozostaje dalej niewyjaśniona w sposób przekonujący i zadowalający. Dość powiedzieć, że ekshumacje przeprowadzone, niestety, tylko w części przypadków, odsłoniły obraz przerażający i gorszący, odsłoniły świadectwa co najmniej bezdusznego obchodzenia się ze zwłokami ofiar. Ale trzeba powiedzieć, że warszawskie rządy, wliczając w to także rząd aktualny, nie korzystają z okazji i możliwości, żeby poszukiwać prawdy, biorąc na warsztat badawczy i śledczy chociażby te dowody i choćby rzetelnie przesłuchując tych świadków, którzy pozostają w ich zasięgu.

Poza naszym zasięgiem pozostaje dalej kluczowy dowód w sprawie – to jest wrak Tupolewa Tu-154 M, którego władze Rosji do dziś nie zwróciły prawowitemu właścicielowi, to jest Rzeczypospolitej Polskiej.

Z tych wszystkich względów chciałem zaznaczyć moje osobiste, ale i mojego środowiska, przywiązanie do prawdy, biorąc udział w delegacji do Smoleńska 10 kwietnia. Niestety, ta ekspedycja nie dochodzi do skutku. Rządząca dziś formacja, która wszak do władzy szła pod hasłem „prawdy o Smoleńsku”, dziś dochodzenia tej prawdy nie zalicza już najwyraźniej do swych priorytetów.

Próbowałem również zainicjować skromną wystawę artystyczną – bardziej poetycką zresztą, bynajmniej nie publicystyczną, która uczciłaby tę rocznicę w gmachu Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej. Niestety, do dziś Pani Marszałek nie raczyła odpowiedzieć na mój wniosek sprzed ponad miesiąca w tej sprawie. Wiadomo – koronawirus dobry na wszystko.

— Dziękuję bardzo za rozmowę.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Wybory prezydenckie w Polsce 2020 (104)

Zobacz również:

Grzegorz Braun dla Sputnika: Mam „certyfikat koszerności”, że nie jestem „ruskim agentem”
Zbrodnia i kara czy reset z Rosją (według pana ministra Waszczykowskiego)?
Pycha „Gazety Wyborczej”
ABW strzela w tył głowy. Bez sądu i śledztwa
Obchody w Smoleńsku powodem do grania historią i stosunkami z Rosją w kampanii wyborczej
Amerykańscy rewizjoniści upominają się o Kaliningrad
Tagi:
wybory, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, polityka, choroba, Grzegorz Braun, koronawirus, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz