23:12 04 Sierpień 2020
Opinie
Krótki link
Autor
Polska walczy z koronawirusem (103)
7242
Subskrybuj nas na

Cała Polska siedzi w swoich domach. Kryzys wywołany epidemią koronawirusa spowodował spadek zapotrzebowania na energię elektryczną, a w konsekwencji na węgiel dostarczany z kopalń Polskiej Grupy Górniczej do elektrowni. Na zwałach przy kopalniach i elektrowniach leży już ponad 15 mln ton węgla.

Spółki energetyczne od grudnia do marca nie odebrały 1 mln 300 tys. ton węgla i za zakontraktowany surowiec nie zapłaciły. Na dziś górnictwo ma 14 mld zł zobowiązań. To odpowiada 70 proc. rocznych przychodów tego sektora, a więc jest to skala zbliżona do realiów upadłości. Dziś słychać już głosy, że może będzie to dobry moment z tą epidemią, by szybciej pożegnać górnictwo na Śląsku.

Tej opinii nie podziela dr Jerzy Markowski, był wiceminister przemysłu i handlu oraz gospodarki, prezes Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Górnictwa.

„Jesteśmy w niełatwej sytuacji… Ale żyjemy. Żyjemy i nie tracimy ducha. Można pożegnać górnictwo na Śląsku, ale nie można pożegnać węgla z polskiego systemu energetycznego, bo taką mamy energetykę – energetykę opartą na węglu. Jak na razie odejście od węgla ze Śląska nie znaczy odejścia od węgla w ogóle” – stwierdził w rozmowie ze Sputnikiem. Odpowiedział też na kilka pytań w związku z sytuacją w górnictwie w warunkach epidemii koronawirusa.

— Czy w kopalniach są przypadki zachorowań na koronawirusa? Czy jest bezpiecznie?

— Nie jest bezpiecznie. Pracowałem w górnictwie przez 29 lat. Proszę mi wierzyć, trudno o miejsce pracy bardziej niehigieniczne, o miejsce pracy, w którym łatwiej o tłok, o kontakty z ludźmi. Tam jest ciemno, ciasno, głośno, ludzie do siebie krzyczą z niewielkiej odległości. Ograniczona wentylacja. Wysoka temperatura. A jednak zachorowań na koronawirusa tam nie ma.

Powiem szczerze, jestem zaskoczony minimalną skalą skutków pandemii w górnictwie. To znaczy, że ten sektor wewnętrznie się broni metodami organizacyjnymi, które polegają na tym, że skraca się czas pracy górnika pod ziemią. W polskim górnictwie obowiązuje 7,5-godzinny czas pracy, tak samo jak w Rosji. Czas, który liczony jest od wejścia do klatki i do wyjścia z klatki. Czas faktycznej pracy, który wynosił 5 godzin, teraz wynosi 3 godziny. I to siłą rzeczy musi skutkować zmniejszeniem wydobycia.

— Energetyka wytwarza mniej prądu, mniej ciepła. Popyt na węgiel spada...

— Polska Grupa Górnicza stanęła w sytuacji dosyć skomplikowanej. Dziś w polskim systemie energetycznym zarejestrowanych jest około 24 tys. megawat mocy, a są okresy, kiedy to zapotrzebowanie spada do około 17-18 tys. Spółki energetyczne nie chcą odebrać zakontraktowanego węgla, bo spada też krajowy popyt na prąd.

Co jest istotne, skutkuje to obniżeniem przychodów spółek węglowych. Ta kwota 14 mld złotych zobowiązań, niestety, jest równa kwocie przychodów całego sektora w skali roku. Z ekonomicznego punktu widzenia to znaczy niezwykle dużo.

— Spółka Górnicza próbuje uratować się przed upadłością. Problemy Polskiej Grupy Górniczej będą omawiane w Warszawie 21 kwietnia z wicepremierem, ministrem aktywów państwowych Jackiem Sasinem. Na jaką pomoc ze strony rządu górnicy mogą liczyć? Czy  rządowa tarcza antykryzysowa jest w stanie bronić interesów górnictwa? Czy można liczyć na wsparcie Brukseli?

— Nie oczekuję żadnej pomocy zewnętrznej dla sektora. Sądzę, że na wsparcie Brukseli nie można liczyć, ponieważ tam klimat antywęglowy nie wygasa nawet w atmosferze pandemii. Oni dalej lansują swoje cele ekologiczne. Tak że oni jak gdyby żyją w innym świecie, nie monitorują tego, co się dzieje, żyją swoją doktryną. Zresztą nie oni jedyni.

Nie powinno się liczyć też na żadną pomoc państwa, jeżeli chodzi o środki dodatkowe z budżetu państwa, tam ich nie ma. Wręcz przeciwnie.

Oczekiwałbym po prostu poluzowania zobowiązań płatniczych. Górnictwu wystarczy pozostawić pieniądze, które odprowadza do budżetu państwa. Wystarczy zostawić pieniądze, które odprowadza na ZUS, na nieszczęsny VAT, na różnego rodzaju obciążenia podatkowe, w stosunku do budżetu państwa i do gmin. Te środki zachowałyby płynność przynajmniej przez 2-3 miesiące na pewno. I wtedy ta skala nieodprowadzonych pieniędzy pozwoli - nie mówię, że uratować płynność sektora, ale ustrzec przed upadłością.

— W spółkach nie są też rozwiązane do końca kwestie płacowe i skrócenia czasu pracy… Liczą na wsparcie finansowe rządu?

— Górnictwo nigdy nie będzie miało rozwiązanej kwestii płacowej, chociażby dlatego, że od 22 lat nie mamy w Polsce układu zbiorowego pracy. Aczkolwiek nasi związkowcy mają taką rzadką cechę, że ze względu na różnego rodzaju prawo i na warunki ekonomiczne oni zawsze wymagają czegoś więcej. Niestety, w tym momencie utracili absolutnie poczucie racjonalizmu. Nie rozumieją o co chodzi, w związku z tym też nie rozumieją i nie widzą, że 2,5 mln ludzi traci miejsca pracy w Polsce, że padają tysiące firm ze względu na brak przychodów, a oni jeszcze spierają się o sposób wynagrodzenia za czas faktycznie nieprzepracowany.

Pan Sasin, niestety, już drugi raz w okresie, kiedy jest wicepremierem i ministrem aktywów państwowych, musi rozwiązywać problemy z tą samą grupą zawodową. Niecałe dwa miesiące temu godził tych samych strajkujących górników protestujących przeciwko zarządowi Polskiej Grupy Górniczej, którzy domagali się 12% podwyżki wynagrodzeń. Dostali 6% i poszli do domu w poczuciu sukcesu. Wtedy miał zbyt, miał produkt i miał rynek.

Dzisiaj pan premier Sasin stanie do rozmowy z tą samą grupą zawodową, ale w zupełnie innych warunkach ekonomicznych. Dzisiaj nie ma zbytu, nie ma produktu i nie ma rynku. I jeżeli tego ci związkowcy nie zrozumieją, to są po prostu ludzie skrajnie nieodpowiedzialni.

Gdyby nie było tak niepoważnie, co za chwilę powiem, to zaproponowałbym panu premierowi bardzo krótki ruch: powołać tych związkowców do zarządu Polskiej Grupy Górniczej i za pół roku pozamykać za działalność na szkodę spółki. To byłaby najlepsza nauczka dla ludzi, którzy stale domagają się czegoś, co jest nierealne.

Całe życie jestem dumny z tego, że jestem górnikiem. Ale teraz, jak słyszę tych związkowców, jest mi wstyd za nich.

Jedna tylko rzecz mnie podtrzymuje przy duchu: że to nie jest pogląd załóg. Ludzie to rozumieją lepiej niż ich liderzy związkowi. Ludzie bardziej się boją o pracę, są skłonni do wyrzeczeń, tym bardziej że w ich rodzinach już nie tylko są sami górnicy, bo w rodzinach górniczych są pielęgniarki, lekarze, pracownicy handlowi, ludzie ze sfery usług. I ci górnicy widzą, że tamci zostali w domach bez pieniędzy, a ci mogą zostać z jakimś pieniądzem.

— Jaki Pan widzi scenariusz rozwoju sytuacji? Jakie są doraźne, systemowe rozwiązania?

— Moim zdaniem nie ma czasu na systemowe rozwiązania.

Doraźne kroki trzeba stawiać, żeby przetrwać. Kopalnie bezczynne, bez wydobycia, można utrzymać do 3 tygodni. Potem zacznie się zaciskanie wyrobisk eksploatacyjnych.

Większość kopalń pracuje dziś na jednej ścianie. Zatrzymanie biegu ścian skutkuje koncentracją ciśnienia górotworu. To oznacza obwały, zawały czy wypiętrzenia w chodnikach.

Jeżeli w tych kopalniach trzeba będzie zatrzymać produkcję, to wtedy te kopalnie musiałyby utrzymywać około 500-600 górników w każdej kopalni do tego, aby ochronić ją przed zniszczeniem, przed zagrożeniami: wybuchowym, ciśnieniami, wentylacją, temperaturą. Tylko pytanie, kto tym 500 górnikom będzie płacił? Po drugie, kto będzie płacił tym pozostałym tysiącom, którzy do tej grupy nie będą wchodzili? Bo dzisiaj z tych 80 tys. górników pod ziemią pracuje nominalnie 60-65 tys. ludzi, a z tego na tak zwanym froncie wydobywczym od 15 do 20%. Bez tych ludzi kopalnie po prostu ostatecznie upadną.

— A gdyby doszło do braku węgla na rynku?

— Jak na razie to popyt na węgiel regulowany jest przez popyt w energetyce.

Jeśli polskie górnictwo przestanie dostarczać węgiel do energetyki, trzeba będzie pobratać się z braćmi Moskalami i ich prosić o węgiel.

W sytuacji, kiedy gospodarka ruszy, a ruszyć musi, i będzie ruszała, moim zdaniem, bardzo dynamicznie, i kiedy wielkie potrzeby energetyczne Polski będą się uruchamiały, to wtedy w sytuacji niewydolności sektora węgla kamiennego pojawi się zapotrzebowanie na import. To jest powtórka rozrywki, tak już było. Kiedy nie ma zapotrzebowania w energetyce, to import też jest bezużyteczny.

— Dziękuję za rozmowę.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Polska walczy z koronawirusem (103)

Zobacz również:

Co tak przeszkadza Brukseli w zachowaniu Węgier?
Opinia: Największym kapitałem Andrzeja Dudy jest to, że nie ma z kim przegrać
Każdy będzie na wagę złota: polska branża owocowo-warzywna „powalczy” o pracowników sezonowych
Tagi:
koronawirus, epidemia, elektryczność, elektrownia, Jacek Sasin, Polska, przyroda, węgiel brunatny, energetyka, energy, górnictwo, górnik, góry
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz