05:18 27 Październik 2020
Opinie
Krótki link
Autor
Wybory prezydenckie 2020 (102)
16348
Subskrybuj nas na

„Rozmowa o Trójmorzu w ogóle mieści się na tej samej półce, co rozmowy o Śródziemiu, o Giblandii, o Narnii i o innych mitycznych krainach, którezdobywają popularność w literaturze pięknej i dziecięcej. Jest to beletrystyka i fantastyka, a nie realna koncepcja geopolityczna” - uważa politolog Konrad Rękas.

Jego zdaniem, politycy rządzący w Polsce panicznie boją się i ostrzegają Polaków przed wpadnięciem w pułapkę „drugiej prędkości” UE, czyli tych krajów, które będą się rozwijać wolniej i będą skazane na zawsze na peryferyjne wobec Europy głównej, przede wszystkim strefy euro - Niemiec, Francji, Beneluksu.

„A jednocześnie same tworzą Europę „drugiej prędkości” i ładnie nazywają ją Trójmorzem. To jest pułapka, to jest paradoks”, - twierdzi rozmówca Sputnika.

Trójmorze – międzynarodowa inicjatywa gospodarczo-polityczna skupiająca 12 państw UE położonych w pobliżu mórz Bałtyckiego, Czarnego i Adriatyckiego. W skład grupy wchodzą: Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry.

W 2015 roku postanowiono – z inicjatywy prezydentów Polski i Chorwacji, Andrzeja Dudy i Kolindy Grabar-Kitarović – powołać grupę Trójmorza. Pierwszy szczyt grupy inicjatywnej odbył się w Dubrowniku 25 i 26 sierpnia 2016 roku.

Kolejne spotkanie odbyło się w Warszawie w dniach 6 i 7 lipca 2017 roku, w szczycie brał udział prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump.

Znany polski analityk polityczny i dziennikarz Konrad Rękas odpowiada na pytania komentatora agencji Sputnik Leonida Swiridowa.

— Parę dni temu prezydent Andrzej Duda pierwszy raz rozmawiał telefonicznie z nowym prezydentem Chorwacji Zoranem Milanovićem i oprócz tego, że złożył mu gratulacje z powodu objęcia urzędu prezydenta, omawiał z nim sprawy gospodarcze oraz kwestię Trójmorza. Czy po zmianie prezydenta Chorwacja pozostanie jednyn z głównych sojuszników Polski w budowie Trójmorza? Czy sama nicjatywie sojuszu nie jest dziś zagrożona?

— Rozmowa o Trójmorzu w ogóle mieści się na tej samej półce, co rozmowy o Śródziemiu, o Giblandii, o Narnii i o innych mitycznych krainach, które, prawda, zdobywają popularność w literaturze pięknej i dziecięcej. Jest to beletrystyka i fantastyka, oczywiście, a nie realna koncepcja geopolityczna.

I tak powinna byłaby być traktowana, gdyby nie fakt, że ta bajkowa inicjatywa jest dość kosztowna.

Polski publicysta Konrad Rękas. Moskwa.
© Sputnik . Leonid Swiridow
Polski publicysta Konrad Rękas. Moskwa.

Jeśli sięgniemy pamięcią do pamiętnego szczytu Trójmorza w Warszawie w lipcu 2017 roku, kiedy to przybył do nas prezydent USA Donald Trump, jedną z inicjatyw, które tam się przewijały, była kwestia powołania i finansowania funduszu Trójmorza.

Otóż, pewną ciekawostką jest, że pomysł Trójmorza od początku do końca jest inicjatywą amerykańską, oczywiście, koszty związane z tym przedsięwzięciem ponoszą kraje zainteresowane. Chociaż Trójmorze dotyczy 12 krajów, koszty ponoszą dwa kraje – Polska i Rumunia. I fundusz Trójmorza, który został powołany (chociaż od kilku lat nie wspomógł w jakikolwiek istotny sposób jakichś przedsięwzięć wspólnych, strukturalnych, znaczących w tym szeroko rozumianym obszarze geograficznym), ma budżet w wysokości pól miliarda euro, sfinansowany w całości przez Polskę i Rumunię.

Co więcej, w tym roku, kilka miesięcy temu, jeszcze przed wybuchem pandemii, informowano, że i Polska, i Rumunia, a dokładnie, dwa banki: polski BGK (Bank Gospodarstwa Krajowego – red.) i rumuński EximBank zwiększą o kolejne pół miliarda euro budżet tego funduszu.

Po co - nie wiadomo, nie mniej jednak, jeśli się pojawiają cenne inicjatywy publiczne, to są też cenne publiczne pieniądze do wydawania, a rozliczać się oczywiście nie będzie nikt.

Trójmorze jest taką inicjatywą, która jest ogólnie bajkowa i w zasadzie nie służy niczemu szczególnemu, zwłaszcza z polskiego punktu widzenia, ale już kosztowała polskich podatników co najmniej 300 mln euro. Jest jedną z najdroższych bajek świata.

— Wszystkie te kraje Trójmorza są członkami UE, i Unia Europejska, generalnie rzecz biorąc, jest od tego, żeby rozwiązywać problemy gospodarcze i pomagać swoim członkom...

— I to jest właśnie ciekawy element. Ponieważ, pamiętajmy, że inicjatywa Trójmorza, to hasło, pojawia się w Polsce tylko i wyłącznie ze względu na wybory prezydenckie i tylko dlatego, że ktoś sobie wymyślił, że Andrzej Duda będzie mężykiem stanu. I będzie występował na arenie międzynarodowej. Od tego on zaczął swoją prezydenturę 5 lat temu.

Pamiętamy, kiedy został prezydentem RP, zaczął objeżdżać stolice światowe, i kto go gdzieś poklepał po plecach, był to ogromny sukces.

Było to tym śmieszniejsze, bo przecież PiS jest tą formacją, która zawsze strasznie drwiła z tego, jak politycy opcji przeciwnej, czy to Platformy, czy SLD, PSL-u prezentują się na salonach. Jak tylko PiS wpuścili na salony, po prostu dobrze, że nie pękali ze szczęścia, że ktoś ich poklepał. Drugi aspekt tego wszystkiego jest europejski, a dokładniej, antyeuropejski.

Wybory do PE
© AP Photo / Czarek Sokolowski
To znaczy, Trójmorze aktywizuje się dokładnie wtedy, kiedy prezydent Trump chce coś wytargować od swoich europejskich tak zwanych sojuszników, czyli wasali, i bardzo często konkurentów handlowych. I kiedy tylko prezydent Trump ma jakoś ciekawość do Brukseli czy do Berlina, zwłaszcza finansową, wówczas spuszcza Trójmorze z propagandowej smyczy.

Polska, Rumunia i kilka innych krajów wykonują nic nie znaczące, ale sugerujące znaczenie, ruchy, i pokazują, że Trump w razie czego może powiedzieć do Brukseli: zobaczcie, mam swoich Europejczyków! Jak się nie zgodzicie na dodatkowe cła, jak nie pójdziecie na układ dotyczący polityki energetycznej czy obronnej, której chce Waszyngton, to będę miał dla was Europę-bis. I taka Europa-bis to jest właśnie paradoks.

Z jednej strony, politycy rządzący w Polsce, panicznie boją się i ostrzegają Polaków przed wpadnięciem w pułapkę „drugiej prędkości” UE, czyli tych krajów, które będą się rozwijać wolniej, które będą skazane na zawsze na peryferyjne wobec tej Europy głównej, czyli przede wszystkim strefy euro: Niemiec, Francji, Beneluksu. A jednocześnie same tworzą Europę „drugiej prędkości” i ładnie nazywają ją Trójmorzem.

To jest pułapka, to jest paradoks.

— Sama koncepcja Trójmorza różni się od idei Międzymorza pana Józefa Piłsudskiego. Ale jednak w Moskwie na to patrzą z dużą ciekawością, jak to będzie się rozwijać. W Rosji już jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że jeśli Warszawa coś robi, jest to coś antyrosyjskiego i w sposób oczywisty musi szkodzić Rosji. A tutaj jednak widzimy, że koncepcja Trójmorza główny nacisk kładzie na sprawy gospodarcze?

— Ja rozumiem rosyjski punkt widzenia. Mnie bardziej w Trójmorzu martwi to, że jest to antypolskie. Antypolskie - nie polskie, i to jest zasadnicza kwestia.

Co łączy Międzymorze z Trójmorzem? To jest to, że i jedno, i drugie to pomysł nie polski, któremu Polacy entuzjastycznie się oddają. I to wbrew własnym interesom.

Otóż, akurat niedawno obchodziliśmy 105. rocznicę wydania pracy niemieckiego publicysty i polityka Friedricha Naumanna pod tytułem „Mitteleuropa”, w której pojawiła się właśnie koncepcja Mitteleuropy, czyli Międzymorza, środkowej Europy.

Ta książka rekapitulowała poglądy niemieckich sfer wojenno-przemysłowych i niemieckiego sztabu generalnego na organizację terytoriów wschodnich Europy Środkowej i terenów porosyjskich, które trzeba zdobyć od Rosji po zakończeniu I wojny światowej. Miała to być forma budowy zaplecza surowcowego i rolniczego, a także zaplecza siły roboczej dla imperium niemieckiego.

Taka była koncepcja Mitteleuropy, i jej echem pozostawało Międzymorze i cała polityka realizowana przez znaczną część okresu międzywojennego przez Polskę. Prometeizm, wspieranie kierunków odśrodkowych w Związku Radzieckim, i t.d. I podobnie mamy teraz.

Trójmorze w żadnym punkcie nie jest koncepcją polską. Jest koncepcją amerykańską: dezintegracja obszaru europejskiego, dezintegracja istniejących struktur europejskich. Co jeszcze samo w sobie nie byłoby takie złe, ale jest to zastąpienie inną formułą hegemoniczną ze strony Stanów Zjednoczonych i organizacja obszarów postradzieckich, otaczających Rosję, jako element gospodarczo-polityczny tego antyrosyjskiego pierścienia.

Jest to inicjatywa w całości antyrosyjska, której nie można rozpatrywać w oderwaniu, na przykład, od „Partnerstwa wschodniego”, takiej militarno-politycznej flanki antyrosyjskiej.

Oczywiście samo „Partnerstwo wschodnie” jest już publicznie dezawuowane – robi to, na przykład, prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew bardzo silnie i wyraźnie, i inni prezydenci, wyrażający, łagodnie mówiąc, rozczarowanie tą inicjatywą. Trudno mówić o jakichkolwiek aspiracjach europejskich Mołdawii z prezydentem Dodonem. Trójmorze jest drugą linią tej obrony.

Trójmorze miało być Europą „drugiej prędkości” i jeszcze więcej będzie płacić Amerykanom za tak zwaną „gangsterską” ochronę i za amerykańskie surowce energetyczne. Rzeczywiście, nieprawdopodobna atrakcja dla wszystkich.

— Trudno się dziwić z tego, że nie tylko nowe państwa członkowskie, ale nawet ci szeroko zarysowani partnerzy ze Środkowej Europy w ogóle nie są tym zainteresowani, bo gdzie tu jest biznes? Kto go widzi poza Dudą?

— Kolejny szczyt krajów Trójmorza był zaplanowany na czerwiec tego roku w Tallinie. Ale wiadomo, że w związku z pandemią koronawirusa na całym świecie będzie przełożone raczej na jesień tego roku.

Pandemia koronawirusa ujawniła bardzo dużo różnych problemów związanych z gospodarką i w ogóle z funkcjonowaniem całego świata. Akurat w tym kontekście pytanie brzmi: czy w ogóle jest jakiś sens w dalszym kontynuowaniu koncepcji Trójmorza?

Przecież każdy kraj ma swoje problemy, walczy z koronawirusem, trzeba szukać jakichś globalnych rozwiązań, szukać szczepionki, a tutaj miłe spotkanie pań i panów prezydentów, aby o czymś pogadać, wydać kasę, zobaczyć Dubrownik i Tallin – piękne miasta, ale co z tego?

— Odwołanie szczytu w Tallinie jest, jak się okazuje, jednym z zasadniczych plusów koronawirusa. Drugim takim pozytywnym następstwem może być właśnie przeprowadzenie weryfikacji, analizy, dotychczasowej polityki ekonomicznej i dotychczasowych sojuszy międzynarodowych...

— Właśnie przy okazji pandemii ujawnia się, czy uwypukla się to, o czym mówimy od dłuższego czasu. Że wielki hegemon amerykański służy temu, żeby brać, a nie żeby dawać. Żeby żądać, a nie żeby wspierać. Wielki brat amerykański umknął przed wirusem, niczym słoń przed myszą; pomoc Europie słała Moskwa i słał Pekin, a nie Waszyngton, co było widać bardzo wyraźnie.

Unia Europejska jak zwykle zapędziła się w biurokrację, jak zwykle wydawała dyspozycje dotyczące krzywizny koronawirusa w tym wypadku, a nie udzielania realnej pomocy. Słowem, jest to doskonały moment, żeby przeanalizować, w jakim punkcie geopolitycznym jesteśmy. I co ważne – każdy z osobna. To znaczy, w którym punkcie jest Warszawa, w którym punkcie jest Bukareszt, w którym miejscu jest Tallin, w którym miejscu jest Zagrzeb.

Bo są to zupełnie różne sytuacje geopolityczne, i nikt tak naprawdę nie ma złudzenia, że nic tych stolic między sobą w sposób jasny i prosty nie łączy.

Uważam, że Polska i inne państwa Europy powinny wreszcie określić stosunki do swych dawnych partnerów wschodnich, przede wszystkim Rosji i Chin. Wszystko to powinno być punktem wyjścia do analizy gospodarki wewnętrznej takich krajów, jak Polska. Wskazania, że bez silnego impulsu na rzecz własnej polityki przemysłowej, własnego unarodowienia sektora finansowego, uniezależnienia polskiej gospodarki od czynników zewnętrznych nie da się na przyszłość stawiać czoła wyzwaniom takim, jak pandemia.

To są bardzo ważne lekcje.

I gdybyśmy o tym rozmawiali z partnerami czy środkowoeuropejskimi, czy również wschodnioeuropejskimi i azjatyckimi, byłoby to z pewnym pożytkiem. O tym, oczywiście, nie można mieć złudzeń, nikt w tym rządzie, nikt w tej klasie politycznej w Polsce nie byłby w stanie przeprowadzić takiej rozmowy, ponieważ ci ludzie nie myślą w kategoriach polskiej racji stanu i polskiego interesu narodowego. To są kompradorzy, czyli kasta urzędnicza, narzucona nam przez Zachód. Oni nie zrealizują takich polskich planów.

Jedyną możliwością przy okazji pandemii jest przeprowadzenie gruntownej analizy oddolnej i oddolnej krytyki takiej polityki, takiej postawy geopolitycznej, jaka jest cechą Andrzeja Dudy i całego tego towarzystwa. I dopiero na tej bazie można by było sformować program Polski, w tym także program równorzędnego partnerstwa w Europie Środkowej. Nie żadnych tam wielkich bloków, nie żadnych fikcyjnych sojuszy, nie dublowania przedwojennych pomysłów pana ministra Becka, zwanych szyderczo dyplomacją „huśtawki pana Becka”. Nie nowej „huśtawki pana Dudy”.

Powinniśmy zacząć zastanawiać się, jak partnersko urządzić świat po koronawirusie między stolicami, myślącymi w kategoriach państwowych i narodowych, w Warszawie, w Bukareszcie, Tallinie i Zagrzebiu, patrząc najlepiej w stronę Moskwy i Pekinu.

— Dziękuję bardzo za rozmowę.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Wybory prezydenckie 2020 (102)

Zobacz również:

Trójmorze „rozwinie skrzydła” dzięki USA?
Grzegorz Braun dla Sputnika: Mam „certyfikat koszerności”, że nie jestem „ruskim agentem”
ABW strzela w tył głowy. Bez sądu i śledztwa
Czaputowicz: Trójmorze nie dla Ukrainy
Joanna Senyszyn dla Sputnika: O wyborach, koronawirusie i o domku z ogrodem
Tagi:
gospodarka, Moskwa, Warszawa, Donald Trump, USA, Andrzej Duda, Partnerstwo Wschodnie, strefa euro, wybory prezydenckie, Konrad Rękas, stosunki międzynarodowe, stosunki dyplomatyczne, Trójmorze, polityka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz