23:50 09 Lipiec 2020
Opinie
Krótki link
Autor
247
Subskrybuj nas na

«Kryzys był ogromnym szokiem, a wyjście z niego będzie trudne. Nie jest to czas na angażowanie się w nacjonalizm gospodarczy i protekcjonizm» - stwierdziła Beata Javorcik, główna ekonomistka Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR). 

Według szacunków EBOR względem Polski produkt krajowy brutto w 2020 r. spadnie o 3,5%, ale w 2021 r. wzrośnie o 4%.

Te same dane sugerują, że PKB w Niemczech spadnie w tym roku o 6,5%, a w przyszłości wzrośnie o 5,9%. Najgłębsza recesja nastąpi w Europie Południowej: we Włoszech (9,5%), Hiszpanii (9,4%) i Grecji (9,7%). Inne wskaźniki makroekonomiczne (niskie bezrobocie, niska inflacja, szybki wzrost płac) w Polsce były wyższe niż w większości krajów UE. Stosunkowo dobre wskaźniki polskiej gospodarki wynikają z faktu, że przed kryzysem spowodowanym pandemią koronawirusa tempo wzrostu gospodarczego w Polsce było dość wysokie. 

Czy już dziś możemy stwierdzić, jaki wpływ na gospodarkę miała sytuacja spowodowana pandemią koronawirusa? Z tym pytaniem Sputnik Polska zwrócił się do ekonomisty prof. Mariana Nogi z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

- Od pierwszego do ostatniego kwietnia gospodarka pracowała na około 30 proc. potencjału. Na 70 proc. - były bardzo różne obliczenia - gospodarka była zamknięta. Gdyby tak miało być cały rok, PKB by się kurczył co miesiąc o około 1,5-2%. W skali roku mielibyśmy minus 12 proc.

Natomiast wiadomo, że tak nie będzie, bo lepiej było w maju, kiedy zaczęły się otwierać różne działy gospodarki narodowej. W związku z tym nie ma mowy o takiej recesji w Polsce. Oczywiście są pesymiści, nawet są tacy, którzy mówią, że będzie to kształt litery „L”, czyli dno, że może być jeszcze druga fala pandemii we wrześniu, w związku z tym dopiero gdzieś od lutego następnego roku może zacznie się gospodarka windować powoli do góry.

Natomiast według moich obliczeń w pierwszym kwartale mamy minus 0,5 proc. produktu krajowego brutto.

Prof. Jerzy Hausner, były wicepremier, członek Rady Polityki Pieniężnej i jego zespół są absolutnie przekonani, że w Polsce będzie litera „V”. Czyli teraz będziemy szli tylko w górę. Czyli osiągniemy jakieś minus 2-3 proc. i w następnym roku będziemy już mieli przyrost PKB.

Policzyłem też, że może być spadek 5-6%, i tu się nie zgadzam z prof. Hausnerem. Obym się mylił. Bo to nie jest konkurs piękności, jest to gospodarka, to są żywi ludzie, którzy mają określone potrzeby i chcą te potrzeby zaspokajać. 

Z mojego doświadczenia, ze wszystkich analiz, które prowadziłem jeszcze jako członek Rady Polityki Pieniężnej, wydaje mi się, że takiego szybkiego wyjścia nie będzie. Wiele osób straciło pracę i nawet nie zarejestrowały się jako bezrobotni. Bezrobotni otrzymują bardzo niskie zasiłki, w ogóle trwa dyskusja w Polsce, ile one powinny wynosić.

Kto ma 20-letni staż pracy, otrzymuje zasiłek netto 811 zł przez 6 miesięcy z możliwością przedłużenia jeszcze do 6 miesięcy i koniec. To jest nic, nie zaspokoi to nawet podstawowych biologicznych potrzeb człowieka.

W związku z tym zasiłek dla bezrobotnych zdecydowanie musi być podniesiony, nawet przedłużony powinien być jego okres, bo to jest czas szczególny w tej chwili.

Czyli ten popyt tak szybko nie wzrośnie. Żeby gospodarka, jak chce prof. Hausner, miała kształt litery „V”, to musiałby rosnąć szybko popyt. Bo tylko on by powodował wychodzenie gospodarki prawie pionowo do góry. Natomiast konsumpcja w marcu spadła o 9%, i to w kraju 38-milionowym. To nie jest Bułgaria, to nie są Czechy, to nie jest Słowacja, Polska to są razem wzięte te wszystkie kraje. Jeszcze Węgry możemy do tego doliczyć. I to jeszcze nie będzie zrównoważone. W związku z tym na nas czekają naprawdę różne procesy, które trudno tak jednoznacznie określić. 

Nie wiemy wielu rzeczy. Po pierwsze, nie wiemy, czy będzie druga fala pandemii - jesienna. Po drugie, nie wiemy, jak gospodarka będzie się teraz zachowywać w czasie wychodzenia z pandemii - Polska to jedyny kraj na świecie, w którym właściwie od 1991 roku w ogóle nie było nawet minus 0,1% PKB. Czyli przemysł, przedsiębiorczość, usługi w ciągu 30 lat jeszcze się nie nauczyły, nie zdobyły doświadczenia, jak żyć w okresie recesji. Dla nas to pewna nowość.

Wielkie monopole amerykańskie jak miały bardzo ciekawe innowacje, to chowały je pod przysłowiowe sukno, w sejfie, i czekały na jakieś sytuacje kryzysowe i dopiero wtedy uruchamiały te procesy innowacyjne, aby obniżać koszty, i podwyższały zyski.

Może akurat tak polska gospodarka się zachowa, że przedsiębiorcy zaczną szukać tych przysłowiowych nisz rynkowych i działać kreatywnie, kreować dochody. Dzięki temu będą ludzie zatrudniani przy tych różnych kreowanych inwestycjach, ich dochody będą się zwiększały. I w związku z tym popyt będzie rósł.

Ale na razie po prostu wszyscy czekają na zdanie epidemiologów, co będzie we wrześniu z ewentualną drugą falą koronawirusa.

Moim zdaniem, a ja bardzo ostrożnie liczę, niestety, recesja w Polsce będzie głębsza. Tym bardziej że te wszystkie „tarcze”: pierwsza, druga, trzecia, mówi się o czwartej - powinny działać, ale nie działają z dwóch powodów: po pierwsze, zbyt długo są one opracowywane, szlifowane, dopasowywane do warunków polskiej gospodarki. A ich realizacja nie jest łatwa, bo powinna być jedna kartka papieru, oświadczenie i prośba o „trzecią tarczę”. Przedsiębiorcy cały czas mówią, że to musi być uproszczone i musi być bardzo szybko dostarczane przedsiębiorcom.

Prosty przykład. Transport – pasażerski, przewozy osób, wycieczki, turystyka – tu spadek jest 100%. Tu potrzebna jest naprawdę kartka papieru, że oświadczam, że nie otrzymałem żadnych dochodów od drugiej połowy marca, w kwietniu, i dalej nie ma turystyki w maju, i chcę otrzymać subwencję 2 mln zł. I za kilka dni na koncie ma być 2 mln zł subwencji. Takie warunki muszą być spełnione, żeby 75% darowano. W Polsce jest takie stare porzekadło: kto szybko daje, ten dwa razy daje. Natomiast ten, kto późno daje, niejednokrotnie to jakby nic nie dał.

Taka, niestety, jest prawda w biznesie. To nie znaczy, że zawsze musi być bardzo szybko. Analizy są niezbędne przy podejmowaniu decyzji ekonomicznych. Ale nie można nadmiernie przedłużać procesów wsparcia. To nie jest właściwe.

- Jakie są główne czynniki wzrostu lub spadku PKB?

- Istnieje prawo Okuna. Według Arthura Okuna, amerykańskiego ekonomisty, jeżeli w jakimś kraju jest bezrobocie, to gdyby udało się zwiększyć pulę bezrobotnych i tyle osób wprowadzić na rynek pracy, zatrudnić o 1 proc. więcej, czyli, na przykład, mamy w jakimś kraju zatrudnienie 10 mln osób, to było by to tylko 100 tys. Wtedy PKB wzrosłoby trzykrotnie, o 3 proc. Oczywiście ten pomysł jest krytykowany, analizowany, badany, niektórzy mówią: nie 3, tylko 2,5. 

Niektórzy mówią, że to zależy od tego, ile kosztuje miejsce pracy. Ale nie ulega wątpliwości, że zwiększenie zatrudnienia, powrót do pracy zwolnionych, szukanie nisz i w ogóle otwieranie nowych przedsiębiorstw to są główne czynniki. Te czynniki pociągną za sobą konsumpcję jako czynnik wzrostu PKB. Ale nie jest to czynnik, który wymaga inwestycji. A tego nie było nawet przed pandemią.

Teraz w polskiej gospodarce na wierzch wypływa problem inwestycji. Inwestycji, które będą nie tylko kształtowane i realizowane przez sektor publiczny, ale przede wszystkim przez sektor prywatny. Sektor prywatny, niestety, ma bardzo  mały udział w puli inwestycji w Polsce, ponieważ klimat inwestycyjny w Polsce nie jest za dobry i jest psuty przez ciągłą zmianę prawa, niejasność niektórych przepisów prawnych, a siła robocza, jej opłacalność, nie jest taka konkurencyjna.

Infrastruktura się mocno poprawiła. Płace w Polsce jednak rosną, autostrady, drogi, łączność, komputeryzacja, dygitalizacja gospodarki postępują w miarę na dobrym poziomie. Czyli żeby w Polsce były tworzone duże zakłady produkcyjne, dawały pracę, dawały dużą produkcję, trzeba tworzyć ku temu określone warunki.

Krótko mówiąc, na pierwszym miejscu to jest powrót bezrobotnych i zwolnionej siły roboczej do pracy, a na drugim miejscu konsumpcja. Konsumpcja była i będzie. I ma rosnąć. 

- Pana zdaniem które z branż gospodarki ucierpiały najbardziej?

- Można powiedzieć, że wszystkie. Ale najbardziej ucierpiały transport i spedycja. Także turystyka, związane z nią hotelarstwo, gastronomia, usługi bytowe. Handel odzieżowy, obuwniczy też. Ale, na przykład, handel spożywczy działał. I dopiero później przemysł, transport też – cały, lotniczy, morski. Przemysł samochodowy przecież też jest ściśle związany z transportem. Ten przemysł skurczył się o 80 proc., a nawet 90. I w związku z tym mówi się o przenoszeniu fabryk z Chin do Europy.

- Rolnictwo, gospodarka żywnościowa, ceny żywności… Jakie są prognozy?

- Tu problem jest taki: hydrolodzy stwierdzili, że Polsce grozi susza, mimo że sytuacja trochę się poprawiła, bo w ostatnim miesiącu codziennie trochę deszczu było. Niestety widzę bardzo niedobry trend cenowy, jeżeli chodzi o żywność. Rolnik powinien nawet się cieszyć, że ceny płodów rolnych rosną, bo on by na tym mógł zarobić. Ale on musi walczyć z suszą. To będzie dla niego niezwykle trudne, bo po tych wyższych cenach mniej sprzeda produkcji, i dobrze by było, gdyby on uzyskał ten sam dochód co w ubiegłym roku. Ale przy tak wysokich cenach społeczeństwo nie będzie zadowolone.

Ceny żywności są problemem nie tylko jednego kraju, one są problemem w ogóle oddziaływania absolutnie warunków klimatycznych i cen światowych.

Dałem wczoraj w mediach taki przykład. W maju, w czerwcu W 2006 r. w Polsce były doskonałe warunki klimatyczne, więc wszyscy mówili, jak fajna będzie jesień w Polsce, będą ceny chleba spadały, ceny makaronu, który Polacy też lubią, ceny mąki, oczywiście, wyroby cukiernicze, ciastka. Jak mówiła ta francuska cesarzowa, jak nie mają chleba, to niech jedzą ciastka.

I tu się okazało: w Niemczech powódź, na Słowacji powódź, na Ukrainie susza, rolnicy nie są słabymi ekonomistami, lecz bardzo dobrymi ekonomistami, sprzedali zboże do Niemiec, do Słowacji, nawet na Ukrainę, która jest spichrzem zbożowym w Europie, i w związku z tym na jesieni w Polsce zabrakło zboża, bo zostało sprzedane. I nawet niektórzy się śmiali, że trzeba zboże kupować za granicą, nie wykluczone, że to samo, które wcześniej zostało sprzedane.

Ceny chleba nie obniżyły się na jesieni w Polsce, a ceny ciastek wzrosły. Ktoś powie, że opowiadam bajkę o żelaznym wilku. To nie jest żadna bajka. To jest fakt, który miał miejsce w Polsce w 2006 r. I to wskazuje na to, że ceny żywności są cenami światowymi. Jak wiem z doświadczenia w radzie Polityki Pieniężnej, Rada, badając inflację, bada tak zwaną inflację bazową, czyli taką inflację, na którą właściwie Rada Polityki Pieniężnej i w Rosji, i w Polsce nie ma wpływu. To są ceny żywności. Dlatego ceny żywności w Polsce są takie, jakie są, i jest to problem. Otóż ceny żywności są wysokie, a rolnicy powinni zarabiać. Na pewno rolnictwo będzie w bardzo trudnej sytuacji w Polsce.

- Wiadomo, że im mocniejsze osłabienie wzrostu PKB, tym wolniej będą rosły wpływy z podatków. Budżet bez deficytu w 2020 roku już wydaje się niemożliwy. Jak rząd rozwiązuje ten problem?

- Przed pandemią nie był on zrównoważony. Był zrównoważony tylko na papierze. Widzę, że rząd tego nie mówi, ale założył, że przełknie minus 50 mld zł i robi wszystko, aby nie była większa dziura w budżecie.

Moje wyliczenia pokazują, że cała akcja subwencji na 100 mld, czyli według „tarczy 0”, została wypchnięta poza budżet. Na jakiej zasadzie? Na takiej, że to Polski Fundusz Rozwoju czy państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego emitują obligacje. I to one się będą martwić, czy te akcje nie zostaną potem wykupione. Ale będzie to nie wcześniej jak za 3-4 lata. Czyli te pieniądze są poza budżetem.

To nie będzie do budżetu wchodziło. To jest ta „tarcza 0”. Ale deficyt będzie minimum 50 mld zł. Proficytu już nie będzie.

- Czyli deficyt budżetu będzie pokrywany obligacjami?

- Tu nie ma żadnych nowości. Obligacjami. Zestaw obligacji jest duży, poczynając od bardzo krótkich półrocznych po bardzo długie 10-latki. Zwykle deficyt pokrywa się krótszymi okresami – trzylatkami, maksimum pięciolatkami.

- Czy cięcia budżetowe są nieuniknione? Jakie sektory gospodarki ucierpią najbardziej?

- Jak rząd się chwali, że wydatki na walkę z pandemią wyniosą 312 mld zł, a dochody budżetowe będą stanowić 435 mld, to proszę zmierzyć te dwie liczby. Tu w ogóle nie ma o czym rozmawiać. To jest kwestia naprawdę dużych cięć w różnych sektorach gospodarki. Ale jak to będzie wyglądało, zielonego pojęcia na razie nie mam. Mówi się o przesunięciach, ale na razie bez jakichkolwiek sugestii. Nie mam żadnych informacji. Wszystkie pieniądze muszą iść na pandemię i na ożywianie gospodarki, wyjście z pandemii.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Polska w kryzysie, a szef Kancelarii Prezydenta zmienia pracę?
Przywrócenie niedzielnego handlu lekiem na kryzys w Polsce?
Tagi:
rolnictwo, PKB, UE, koronawirus, epidemia, handel, kryzys gospodarczy, kryzys, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz