04:26 27 Listopad 2020
Opinie
Krótki link
Autor
2810
Subskrybuj nas na

Wynik tasiemcowego szczytu w Brukseli to przejaw czegoś, o czym zdążyliśmy już zapomnieć: geniuszu Unii Europejskiej.

Unia nie ma ostatnio najlepszej prasy. Z jednej strony – nawala ją eurosceptyczne prawactwo, wykrzykujące o zamachach na suwerenność narodową, ale z drugiej – bezwzględnie surowi krytycy, tacy jak Yanis Varoufakis, lewicowy minister finansów Grecji. Varoufakis trafnie opisuje Brukselę jako system dyktatu neoliberalnych technokratów, przeciwieństwo wyśnionej paneuropejskiej demokracji.

Kompromis, który zachował twarz premierom Polski i Węgier

W pisowskiej Polsce Unia stała się jednym z instrumentów wewnętrznej wojny, całkiem jak Rosja, Smoleńsk czy koronawirus. Władza buduje swój autorytet w swoim elektoracie opowieściami o tym, jak „wstaliśmy z kolan” i nie będzie więcej Niemiec pluł nam w twarz – opozycja straszy swój polexitem i antyeuropejskim buractwem władzy. We wtorek obie strony ogłosiły zwycięstwo: premier orzekł, że pokonał Unię, blokując powiązanie funduszy europejskich z „tak zwaną praworządnością”, czego dowodzi pkt. 23, ustęp 2 „Konkluzji” z posiedzenia Rady Europejskiej; opozycja – że Unia pokonała premiera, albowiem środki zostały powiązane, czego dowodzi pkt. 23 ustęp 1. Nikogo tak naprawdę nie obchodzi, co się stało.

A stało się tyle, że w dokumencie zapisany został kompromis, który pozwolił Unii pójść naprzód z keynesowskim planem stymulowania odbudowy gospodarki, stanowiącym wyraźne zerwanie z dotychczasowym paradygmatem „austerity”, czyli odpowiadania na kryzys cięciami, które go pogłębiają – a jednocześnie pozwolił zachować twarz premierom Polski i Węgier. Którzy mogą w swoich krajach opowiadać, że dopisek z drugiego akapitu dowodzi, że żaden mechanizm nie powstał.

Zaryzykuję twierdzenie, że Morawiecki i Orbán wiedzą, jak jest: hasło „Rada Europejska szybko powróci do tej kwestii” naprawdę nie oznacza, że „środki w przypadku naruszeń przyjmowane przez Radę większością kwalifikowaną” nie będą tak przyjmowane. Ale zarówno Orbán jak i Morawiecki musieli coś rzucić swojemu ludowi.

Gra pt. „prawdziwi pogromcy elit kontra bankster”

W przypadku Morawieckiego na czele „ludu” występuje oczywiście Jarosław Kaczyński, który przecież znakomicie zdaje sobie sprawę, iż w jego własnym, prywatnym rządzie toczy się walka buldogów pod dywanem – i ewidentnie wybrał buldoga, którego obecnie wspiera.

Liderem opozycji z rządzie jest Zbigniew Ziobro, który walczy z Morawieckim nie tylko o ideologiczną czystość pisowskiej kontrrewolucji – to gra pt. „prawdziwi pogromcy elit kontra bankster” – ale także o wpływy w spółkach Skarbu Państwa i generalnie, o władzę. I to Ziobro dostał po łapach ogłoszonym w 2 dni po wyborach prezydenckich orzeczeniem TK, który wrzucił do kosza cała reformę kodeksu karnego – co przecież nie odbyło się bez zgody prezesa.

Ziobro najwyraźniej nie pojął lekcji, ponieważ nadal harcuje. Swoją ostatnią wymierzoną w Morawieckiego szarżę przedstawił opinii publicznej jako próbę wsparcia premiera w jego europejskich negocjacjach – co mniej więcej wskazuje, do jakiego stopnia ma on własnych wyborców za idiotów.

Szarża odbyła się w dwóch podejściach.

Najpierw minister sprawiedliwości chciał wymusić na rządzie przyjęcie uchwały zobowiązującej prezesa RM do „twardego weta” wobec jakichkolwiek prób powiązania praworządności z wypłatami. „Chciał” – bo co do tego, czy taka uchwała została przyjęta, są rozbieżne opinie. Ludzie Ziobry mówią, że tak, a Morawieckiego – że nie.

„Premier, wspierany przez ministra spraw zagranicznych i ministra ds. europejskich, odmówił przyjęcia takiej uchwały” – powiedzieli Wirtualnej Polsce „rozmówcy z rządowego zaplecza”. Z kolei „Dziennik Gazeta Prawna” od „jednego ze współpracowników ministra sprawiedliwości” usłyszał, że „ministrowie Szymański i Czaputowicz oraz premier Morawiecki chcieli rozmydlić sprawę”, ale „Ziobro zażądał jasnej uchwały rządu, a następnie wspólnie z prezesem Kaczyńskim wymogli twarde >nie<”. Sam na konferencji prasowej orzekł, że uchwała „została przyjęta drogą obiegową” – ale na stronie Kancelarii Premiera nie ma po niej śladu.

Jeszcze bardziej nieudana okazała się druga próba Ziobry, który chciał wcisnąć taką uchwałę Sejmowi. Temat nie tylko nie trafił pod obrady, ale inicjatywy nie ma nawet w sejmowym rejestrze projektów uchwał.

A w razie, gdyby ktoś miał jeszcze jakąś wątpliwość co do tego, jaka jest aktualnie linia partii, Jarosław Kaczyński w wywiadzie udzielonym chwilę po zakończeniu obrad szczytu pouczył podwładnych stanowczo: „Uzyskaliśmy najwięcej, jak było można. Wiem, że zdarzają się krytycy przyjętych rozwiązań – nawet w naszym obozie. Chcę im powiedzieć, że bardzo się mylą”.

Przyszłość rysuje się odrobinę lepiej niż przeszłość

„Mylą się” oczywiście Ziobro i jego hunwejbini, którzy od razu po zakończeniu szczytu pobiegli do mediów, żeby opowiadać, że premier oczywiście odniósł wielki sukces na odcinku pieniędzy, ale na odcinku praworządności jednak należało wetować... Pomysł, że Polska dostała pieniądze właśnie w zamian za rezygnację z weta, najwyraźniej nie przychodzi im do głowy.

Realnie patrząc, Jarosław Kaczyński jest zależny od Ziobry mniej więcej w tym samym stopniu, co Ziobro od niego. Solidarna Polska ma dziś 19 posłów, a przewaga Zjednoczonej Prawicy nad opozycją to zaledwie 5 mandatów; bez Ziobry samodzielne rządzenie stałoby się niemożliwe. Z drugiej jednak strony – Ziobro za bardzo lubi być ministrem, żeby unieść się honorem i trzasnąć drzwiami, kiedy jego kolejne pomysły będą lądowały w koszu. Raz już rozstał się z Kaczyńskim i lekcja samodzielności nauczyła go pokory. Zerwanie koalicji rządowej mogłoby oznaczać nawet przyspieszone wybory – a samodzielnie Solidarna Polska nijak się od Sejmu nie dostanie.

Toteż przyszłość rysuje się odrobinę lepiej niż przeszłość: Ziobro pozostanie w rządzie, próbując podgryzać Morawieckiego i na różne sposoby poszerzać zakres swojej władzy. Jest jednak nadzieja, że będzie mu to wychodzić gorzej niż dotychczas.

Dotychczas Jarosław Kaczyński miał trzy sita, w których mógł ukręcić łeb inicjatywom Ziobry, napisanym tak, żeby wzmacniać pozycję ministra sprawiedliwości: rząd, prezydenta, Trybunał Konstytucyjny. Korzystał z nich nader rzadko. Teraz jednak dochodzi dodatkowa motywacja: mechanizm kontroli praworządności. Niezależnie od radosnych hymnów premiera i jego stronników, przyjęte przez szczyt ustalenia mogą kosztować nas kupę kasy, jeśli władza spróbuje dalej dekomunizować sędziów, czy polonizować media. Jarosław Kaczyński oczywiście gotów jest zaryzykować tę kasę dla realizacji własnych obsesji – ale przecież nie dla ambicji Ziobry.
Staliśmy się wszyscy odrobinkę bezpieczniejsi.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Ogromna szansa dla polskiej gospodarki. Czaputowicz o szczycie UE
Wyniki szczytu UE: trudniej niż oczekiwaliśmy
Tagi:
media, Jacek Czaputowicz, Zbigniew Ziobro, Mateusz Morawiecki, kryzys gospodarczy, finansowanie, fundusz, koronawirus, epidemia, Unia Europejska, szczyt, polityka, PiS, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz