22:08 09 Grudzień 2019
Amerykańscy emeryci

Żadne pieniądze nie „pracują na naszą starość”

© Zdjęcie : Julien Belli
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
3251
Subskrybuj nas na

Nie wiem, jak Państwo, ale ja uważam, ze nowa sejmowa lewica daje czadu. Sposób, w jaki poradziła sobie z dylematem pisowskiego projektu podniesienia składek na ZUS dla najbogatszych był, po prostu, znakomity.

Zgłaszając własny projekt, łączący zniesienie tzw. trzydziestokrotnośc z podniesieniem najniższej emerytury i ograniczeniem emerytur najwyższych, Lewica przejęła inicjatywę, uniknęła pułapki wpisania się zarówno w politykę PiS, jak i w taktykę opozycji totalnej i dała po nosie kandydatce PO na prezydenta, która ogłosiła, że głosując za pisowskim projektem lewicowi posłowie pokazaliby, że są „nic nie warci”. A przy okazji przyczyniła się do wycofania się władzy z projektu, który w swych ogólnych założeniach miał sens, choć miał też złe intencje.

Co powiedziawszy, należy odnotować, że zgłoszenie tego projektu przez PiS i gorąca dyskusja nad nim przyniosły wielką korzyść: przywróciły prawa obywatelskie idei trzeciego progu podatkowego. 

Justyna Pochanke skwapliwie zgadzała się

Nagle zewsząd usłyszeliśmy wezwania do wprowadzenia dodatkowego progu dla najbogatszych – jako nie tylko możliwej, ale pożądanej alternatywy wobec zniesienia zasady zwalniającej „etatowców” zarabiających powyżej 30 średnich krajowych od składek na ZUS. Z jednej strony w specjalnym apelu wzywał do tego szef „S”, Piotr Duda, z drugiej – w TVN takie rozwiązanie proponował senator PO Marek Borowski, a Justyna Pochanke skwapliwie zgadzała się z nim, że to uczciwsze i w ogóle lepsze.

„Zamiast kamuflować podwyżki w systemie emerytalnym, lepiej podnieść podatki z otwartą przyłbicą” – pouczyła „Gazeta Wyborcza” piórem Dominiki Wielowieyskiej. Zaskakująco, wszyscy mają rację.

Jako lewak z nożem w zębach nie mam oczywiście nic przeciwko podnoszeniu obciążeń najlepiej zarabiających. Niewiele rzeczy irytuje mnie bardziej niż to ciągłe biadolenie przedsiębiorców i górnej warstwy menedżerów o tym, jak trudno im się żyje, i jak wiele ich ciężko ukradzionych pieniędzy zabiera im podłe państwo.

Gwoli ścisłości: dziś jest tak, że dla osób, które pułap 30-krotności osiągają np. w pierwszym kwartale – zarabiają 50 czy 150 tysięcy miesięcznie – podatki i składki, czyli tzw. klin podatkowy, to ok. 32 procent. Dla najbiedniejszych – 37. To kompletnie nie ma uzasadnienia moralnego.

Uzasadnienie praktyczne dla zachowania dzisiejszego systemu ma być takie, że nieskończenie wysokie składki oznaczałyby nieskończenie wysokie emerytury. Zaś próba ich administracyjnego ograniczenia – jak proponuje dziś Lewica – może być zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny. W kontekście Trybunału pod kierownictwem mgr Przyłębskiej brzmi to raczej żartobliwie.

Zresztą projekt lewicy, mówiący o ustaleniu górnego pułapu na „sześciokrotność wynagrodzenia minimalnego w roku poprzedzającym rok przejścia na emeryturę” – dziś koło 13 tysięcy, po planowanym wejściu w życie ustawy, czyli w roku 2021, ponad 15 – ma bardzo przebiegłe uzasadnienie. „Proponowane zmiany są odpowiedzią na zaobserwowany trend w strukturze demograficznej”.

Badania pokazują, że osoby z najwyższym wynagrodzeniem żyją dłużej niż osoby pobierające po przejściu na emeryturę świadczenie minimalne lub bliskie minimalnemu.

Oznacza to, że osoby najlepiej zarabiające najdłużej pobierają emeryturę i dzięki proponowanym rozwiązaniom zmniejszy się nierównowaga pomiędzy sumą środków wypłaconych przez ZUS w poszczególnych grupach dochodowych i wiekowych. Drugim zgłoszonym przez lewicę warunkiem jest – bezsprzecznie słuszne – podniesienie minimalnej emerytury o 500 złotych. Lewicowy projekt jest zwarty, logiczny i usuwa podstawową wadę projektu pisowskiego, jaką jest jego intencja: nie naprawa systemu emerytalnego, tylko załatanie dziury budżetowej spowodowanej wyborczymi obietnicami.

Choć osobiście uważam, że wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej byłoby rozwiązaniem lepszym. Nie grozi zakwestionowaniem zmian w przyszłości, gdy będziemy mieli prawdziwy Trybunał, a poza tym przywraca nas, w pewnym stopniu, do grona państw cywilizowanych, charakteryzujących się progresją podatkową.

Zresztą u zarania obecnego systemu emerytalnego najwyższy próg podatkowy istniał – i system był tak skonstruowany, że mniej więcej wtedy, kiedy pracownik wchodził w 3. próg, wypadał z ZUSu, więc ból podatkowy był mu niejako osłodzony. Wtedy wydawało się to przejawem cwaniactwa zaprojektowanego przez partię bogatych dla bogatych – ale w porównaniu z sytuacją, w której znaleźliśmy się dzisiaj, po zniesieniu 3. progu przez PiS w 2007 roku, tamto rozwiązanie jawi się jako sensowne i sprawiedliwe.

System emerytalny niefunkcjonalny i niemoralny

Kłopot polega wszakże na tym, że żadna z tych dwóch propozycji nie rozwiązuje problemu. Ani likwidacja limitu składek, ani przywrócenie 3. progu podatkowego – a nawet wprowadzenie obu tych rozwiązań równolegle – nie zmienia tego, co czyni nasz system emerytalny tyleż niefunkcjonalnym, co niemoralnym. A jest to idiotyczny, toksyczny, wprowadzony przez Balcerowicza przy biernym przyzwoleniu Krzaklewskiego – lidera związkowego, przypomnijmy – system kapitałowy, którym ultraliberalny rząd AWS-UW zastąpił obowiązujący wcześniej system oparty na solidarności pokoleń.

Czy też – mówiąc fachowo – system zdefiniowanej składki, którym zastąpił system zdefiniowanego świadczenia.

Jak wyjaśnia specjalistka od systemu emerytalnego, prof. Leokadia Oręziak – w tym drugim, w systemie opartym na solidarności, podstawą wysokości emerytur jest społeczny konsensus co do tego, jaki poziom zabezpieczenia na starość należy się obywatelom, tak, aby życie emerytów było godne i bezpieczne.

System emerytalny to decyzja społeczna i polityczna o tym, jak dzielimy dochód narodowy między tych, co pracują, a tych, co pracować nie mogą, w tym emerytów. Oczywiście, podział między emerytami jest w jakimś stopniu modyfikowany tym, jak długo ktoś pracował i ile zarabiał, ale te modyfikacje nie narażają na nędzę milionów obywateli, którzy pracowali przez całe życie, a teraz już nie są w stanie. A tacy stanowią olbrzymią większość: według ONZ-owskiego ośrodka National Account, aż 95 procent dochodów dzisiejszych emerytów to dochody otrzymywane ze świadczeń publicznych.

Tzw. reforma systemu emerytalnego z 1999 roku – tłumaczy prof. Oręziak – miała dwa cele. Pierwszy – to gwałtowne obniżenie emerytur poprzez zmianę stopy zastąpienia (relacji emerytury do ostatniej pensji) z około 70 procent do mniej więcej 30. Ważne było wszakże, żeby zrobić to tak, żeby nikt się nie połapał, zanim będzie za późno – co się udało. Pamiętne reklamy wróżące starość pod palmą wraz z nieprzytomnie zawiłą metodą wyliczania świadczeń w nowym systemie uśpiły czujność ludzi, którzy naprawdę nie byli w stanie wyobrazić sobie, ile dostaną. Ówczesnej władzy to wprawdzie nie pomogło – ani AWS, ani Unia Wolności nie weszły do następnego Sejmu – ale w międzyczasie 300 miliardów złotych zostało wypompowane z systemu ubezpieczeń społecznych do prywatnych firm. I to był ten drugi cel reformy.

 Udany debiut nowej sejmowej Lewicy

Wyprowadzając pieniądze z ZUS do systemów kapitałowych otwarto pole dla wszelkiego rodzaju instytucji finansowych, których zadaniem nie było gwarantowanie emerytur polskim emerytom, tylko dostarczanie zarobku właścicielom.

Ale dyskusję o systemie emerytalnym należy tak naprawdę zacząć od stwierdzenia oczywistego, choć konsekwentnie ignorowanego przez większość dyskutantów.

Otóż – wbrew mitom powtarzanym od 20 lat – żadne pieniądze nie „leżą na naszych indywidualnych kontach emerytalnych” i nie „pracują na naszą starość”.

Składki zbierane od pracujących przeznacza są na wypłaty dla obecnych emerytów, którzy w przeciwnym razie zdechliby z głodu – i każda złotówka wyjęta z tego systemu powiększa dług publiczny, albowiem państwo musi ją skądś zdobyć, żeby dołożyć ZUS-owi.

I w takim sensie system jest oparty na solidarności pokoleń, nawet jeśli piewcy kapitalizmu spod znaku obu prawic chcą to nazywać inaczej.

Oczywiście, zdrowiej, mądrzej i uczciwiej byłoby przyznać, że tak jest i powrócić do systemu obowiązującego w większości cywilizowanych krajów świata. 

I to także powiedziała Lewica, zgłaszając swój projekt. „W związku ze starzeniem się społeczeństwa, czeka nas załamanie się systemu emerytalnego i dobrze byłoby go przemyśleć i wprowadzić system zdefiniowanego świadczenia” – mówiła prezentująca go Magdalena Biejat. Biejat – socjolożka i działaczka społeczna z Razem, która startując z 4 miejsca przeskoczyła dwie kandydatki umieszczone wyżej (w tym samą Annę Marię Żukowską) – to jeden z powodów, dla których debiut nowej sejmowej Lewicy jest tak udany.

Jest nie tylko inteligentna i ideowa, ale dodatkowo osobiście wprawia prawicę w stan histerii: Solidarna Polska zaapelowała do PiS o odwołanie jej z funkcji szefowej komisji polityki społecznej i rodziny, bo „chce zabijać poczęte dzieci”. Jeśli dołączyć do tego dość zgodną opinię komentariatu, że najlepsze wystąpienie w debacie nad exposé miał Adrian Zandberg – trudno wyobrazić sobie lepszy start.

Z właściwej mi marudności zasugerowałabym Lewicy jedynie ograniczenie liczebności delegacji na spotkania z prasą. 6 członków klubu przepychających się przed kamerami podczas krótkiego briefingu pod lożą prasową wygląda cokolwiek niepoważnie.

Wystarczyłaby Magdalena Biejat jako twarz projektu i jeden z liderów klubu jako wsparcie. Czarzasty, Gawkowski, Zandberg i Wieczorek w obstawie Żukowskiej stanowili zbyt silny eszelon jak na tak drobną potyczkę.

Choć oczywiście wszyscy warci są wysłuchania.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Szydło o „poważnym błędzie” PiS
Emeryci przez nieuwagę mogą „paść ofiarami” kaszy gryczanej
Polscy emeryci będą zadowoleni? Rząd szykuje dla nich pieniądze
Tagi:
PiS, ZUS, Polska, emeryt, reforma emerytalna, emerytura, emeryci, Lewica
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz