07:27 07 Grudzień 2019
Gazeta Wyborcza w Warszawie.

Populiści klasy premium

© Sputnik . Krzysztof Żurek
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
4340
Subskrybuj nas na

Jak trafnie zauważa prof. Michał Markowski, badacz dyskursu z Uniwersytetu Illinois w Chicago w niedawnym wywiadzie w „GW”, popadliśmy w swego rodzaju fetysz opinii.

Byłam ostatnio świadkiem ciekawej wymiany myśli.

"Czy mamy chore społeczeństwo?" – zapytał Grzegorz Kołodko Jacka Żakowskiego.

Kołodko, z właściwą sobie arogancją lekceważąc to, czego oczekuje się od przedstawicieli elit intelektualnych w erze „bezprzykładnego ataku na wolność i demokrację”, ciągle urządza konferencje, na których nie mówi się o PiSie, a przynajmniej nie wyłącznie.

Na ostatniej – zatytułowanej „Program dla Polski: gospodarka – społeczeństwo – państwo” do występu w poszczególnych panelach zaprosił, poza naukowcami, po jednym dziennikarzu. W tym Żakowskiego właśnie.

Nic tak nie jednoczy jak wspólne poczucie wyższości

Społeczeństwo jest całkiem w porządku, problemem są elity. Poziom elit politycznych jest dramatyczny. Ludzie nigdzie tak głupio nie gadają, jak gada się w Sejmie...

– odparował z właściwą sobie swadą red. Żakowski i wszyscy pokiwali głowami z zadowolonym uśmiechem, albowiem wiadomo, że nic tak nie jednoczy jak wspólne poczucie wyższości.

Agnieszka Wołk-Łaniewska
© Zdjęcie : Leonid Swiridow
Agnieszka Wołk-Łaniewska

Ten konsensus pogardy popsuł prof. Maciej Gdula, który właśnie przeniósł się z kategorii zawodów najbardziej prestiżowych (pracownik naukowy – 82 proc. deklaracji dużego szacunku) do najmniej (poseł na Sejm – 32 proc., działacz partyjny – 20 proc.). Gdula dość bezczelnie stwierdził, że politycy – których ostatnio poznaje w wielkiej liczbie, jako świeżo wybrany poseł – nie są w swej masie gorsi niż ludzie świata nauki czy biznesu, którzy wszak „nie pomijają żadnej okazji, żeby politykom przywalić”. Członkowie klasy politycznej stali się „ludźmi do bicia” dla przedstawicieli elit biznesowych czy naukowych, i stąd ich fatalne notowania – stwierdził Gdula.

I jest to zauważenie niewątpliwie trafne – ale też niekompletne.

Albowiem tymi, którzy są odpowiedzialni za tragiczny – i nierzadko niesprawiedliwy – wizerunek polityków są, jako żywo, dziennikarze.

Dlaczego znakomity publicysta i przenikliwy analityk, jakim niewątpliwie jest Jacek Żakowski, podczas konferencji naukowej na wyższej uczelni, pozwala sobie na tak prostacko populistyczny tekst? Mówiąc, że lud jest znakomity, tylko elity ohydne, Żakowski wpisuje się wprost doskonale w retorykę PiS-u, którym tak głęboko pogardza.

Jest umiarkowanie świetnie

Jarosław Kaczyński
© AFP 2019 / WOJTEK RADWANSKI
Z jednej strony – społeczeństwo polskie wcale nie jest „w porządku”, Polacy nieodmiennie wysoko lokują się na skali prawicowego autorytaryzmu, wykazują wysoki poziom narodowego narcyzmu, pieczołowicie pielęgnują wrogie stereotypy wobec przedstawicieli innych grup. Są homofobami: 79 procent Polaków uważa, że homoseksualizm jest „odstępstwem od normy”, z czego 24 proc. – że „nie wolno go tolerować”. Są islamofobami: 59 proc. popiera stwierdzenie, że „muzułmanie i ich religia są tak różni od nas, że nie powinni mieć dostępu do wszystkich stanowisk w społeczeństwie”. Są otwarcie wrodzy wobec Romów: 74 proc. uważa, że „to dobrze, że istnieją miejsca, do których Romowie nie mają wstępu”; a 75 proc., że „rosnąca populacja Romów zagraża bezpieczeństwu naszego społeczeństwa”.

Nie bez znaczenia są także inne wskaźniki, które red. Żakowskiego powinny, jak sądzę, obchodzić: na przykład fakt, że 63 proc. Polaków nie przeczytało w zeszłym roku ani jednej książki. Generalnie rzecz biorąc, jest umiarkowanie świetnie.

Z drugiej strony – od przedstawiciela otwartego, postępowego dziennikarstwa oczekiwałabym autokrytycznej refleksji na temat naszej, dziennikarskiej, odpowiedzialności za jakość politycznej debaty, która warunkuje opinię o klasie politycznej.

Słowo objawione polskiego postępowego Europejczyka, TVN24, kształtuje swoje programy publicystyczne w ten sposób, że z góry można powiedzieć, co ich poszczególni aktorzy powiedzą, zanim ktokolwiek otworzy usta – konsekwentnie zestawiając najbardziej  jazgotliwych przedstawicieli obu stron. Zgoła unikatowo udaje się obejrzeć w telewizji fachowca od gospodarki czy spraw społecznych, który oceniłby merytorycznie taki czy inny projekt rządu – z zasady głos dostają ci sami politycy i publicyści, którzy dzielą się z widzami swoją nieodmienienie krytyczną opinią. Jak trafnie zauważa prof. Michał Markowski, badacz dyskursu z Uniwersytetu Illinois w Chicago w niedawnym wywiadzie w „GW”, popadliśmy w swego rodzaju fetysz opinii.

„Opinia została wywindowana do rangi najskuteczniejszego narzędzia publicznej rozmowy”, stała się „ostateczną miarą społecznej komunikacji”, gdyż każdy uważa, że „wyrażenie siebie” jest jego najwyższym prawem i nikt nie próbuje nawet zrekonstruować i zrozumieć tego, co mówi druga strona. W ten sposób wszelki dialog zamienia się w dwa wrogie monologi. I to jest – zdaniem większości mediów – sposób na atrakcyjny program, który przykuje uwagę widzów.

Programy informacyjne mają kształt reklamy proszku do prania

Mało tego – jesteśmy winni straszliwej tabloidyzacji tyleż informacji, co publicystyki politycznej; sytuacji, w której debata publiczna sprawozdawana jest jak mecz bokserski, z nieskończonymi powtórzeniami coraz silniejszych ciosów. Każda głupia wypowiedź przedstawiciela opozycji wałkowana jest bez przerwy w telewizji rządowej i odwrotnie – TVN na okrągło pokazuje i omawia wpadki ludzi PiS, co głupszym poświęcając „programy specjalne”, jakby naprawdę najważniejszym problemem w życiu obywatela RP było to, że Jarosław Kaczyński powiedział, że Stanisław Piotrowicz „nie zrobił nic złego” w stanie wojennym.

Programy informacyjne mają kształt reklamy proszku do prania czy środka na zatwardzenie, z ciągłym powtarzaniem tej samej frazy w celu utrwalenia jej w pamięci odbiorcy. Politycy, którzy mają pomysł, żeby poważniej analizować temat i przedstawiać bardziej zniuansowane opinie, popełniają polityczne samobójstwo, albowiem nikt ich nie zaprasza i nikt ich nie pokazuje.

„Infotainment”

Na to dodatkowo nakłada się potworne zjawisko, w USA zwane „infotainment”. To bękart zrodzony z nieszczęśliwego związku informacji i rozrywki („information” i „entertainment”), inaczej zwany „miękkimi newsami”.

Według definicji Thomasa E. Pattersona, politologa i medioznawcy z Harvardu, jednego z najważniejszych krytyków tego „gatunku dziennikarskiego”, to „programy informacyjne, eksponujące wypadki i wydarzenia, które nie mają większego wpływu na sprawy publiczne i są wybrane tylko z względu na swój potencjał szokowania bądź bawienia widzów”.

Programy, które powinny dawać odbiorcom wiedzę o świecie i instrumentarium do tego, aby – jako wyborcy – podejmowali racjonalne wybory, zaśmiecane są materiałami o zerowej wartości informacyjnej, co pozostawia im wybór między odmóżdżającą papką a izolacją.

Jak niedawno napisał Jerzy Urban: „Obejrzyjmy «Fakty», ale tylko do dziecka z rakiem” – z tym, że to co jest przed „dzieckiem z rakiem” nie jest o wiele lepsze. Cała klasa dziennikarzy politycznych i informacyjnych jest współodpowiedzialna nie tylko za wizerunek polityków – a co za tym idzie, polityki – w oczach wyborców, a także za poziom ich zorientowania i oczekiwań.

To taka refleksja dla uczczenia Światowego Dnia Podłości.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Wydobycie węgla to „służba dla Polski”?
Czarzasty: Pozdrowienia od Włodka tego od walenia wiadra i Armii Czerwonej
Pieniądze Kulczyków w kampanii prezydenckiej?
Dwie kobiety nie mogą być w Polsce rodzicami
Tagi:
Polska, TVN, TVP, polityka, media, społeczeństwo, PiS, Grzegorz Kołodko, Jacek Żakowski, debata publiczna, populiści
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz