06:39 26 Styczeń 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
0 121
Subskrybuj nas na

Jeśli problemy organizacyjne PO zostawimy na boku i przyjrzymy się treśći wygłaszanych tez, to w kolejnej odsłonie widzimy niedoskonałość samych kandydatów. Największa partia opozycyjna nie ma kandydata na prezydenta, a to, czym dysponuje – przypomina układ towarzyski.

My w Polsce mamy wiele problemów tożsamościowych, a jednym z nich jest brak tożsamości politycznych rytuałów. Braki te, czasami chcemy zastąpić „małpując” różnego rodzaju rozwiązania zewnętrzne. Bardzo często jest to proste przenoszenie ceremoniału bez oglądania się na tradycje i nawyki.

W historii III Rzeczpospolitej kilka razy próbowano stworzyć na modłę brytyjską „gabinety cieni” i zawsze kończyło się to tak samo. Większość społeczeństwa nie rozumiejąc tej idei nie chciała i nie potrafiła prawidłowo zinterpretować tego „wynalazku”, zwłaszcza, że „ministrowie cienia” rozumieli swoją rolę w stopniu nie większym niż ich wyborcy.

Tradycja branżowości zawsze przestawała mieć zastosowanie, kiedy problem był nośny medialnie, a wtedy do objaśniania tematu – niezależnie z jakiego zakresu – brał się w partii ten, kto miał największą władzę, a nie wiedzę.

Ministrowie cienia w polskich warunkach stanowią zawsze jakiś rodzaj atrapy, a chwile chwały przeżywają tylko wtedy, gdy ogłasza się medialnie powstanie „gabinetu cieni”, bo dla przeciętnego odbiorcy jest to równoznaczne ze zmianą rządu. Po kilku dniach nawet członkowie partii tworzących ów gabinet nie wiedzą, kto w nim za co odpowiada – „Sorry, taki mamy klimat”.

W Polsce nie uprawia się ryżu i bananów

Drugi implant, który wałkowany jest co pewien czas w Polsce – to  prawybory. W tym przypadku pierwowzór amerykański modyfikowany jest w naszych warunkach na tyle sposobów, że aby go ośmieszyć i odstraszyć ewentualnych naśladowców oryginału, wystarczyłoby zorganizować prawybory po polsku i z pewnością nikt inny nie sięgnąłby po ten, z grunty ciekawy i na wskroś demokratyczny, instrument walki politycznej.

Wiele z instytucji politycznych świata zachodniego trudnych jest do „zaszczepienia” na gruncie polskim, bo sam „grunt” ze swojej natury je odrzuca. Dlatego w Polsce nie uprawia się ryżu i bananów, polski premier nie chodzi pieszo do pracy wzorem szwedzkiego. I w Polsce – wzorem Niemiec – nigdy nie powstanie „wielka koalicja”, bo popis politycznej mądrości, jaki dała  Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość w 2005 roku, z czasem stanie się synonimem polskiej kłótliwości i niezdolności do kompromisu.

Portfel z polskimi pieniędzmi, polskie złote
© Depositphotos / UncleDima
Wracając z nieodległej historii do polskiej teraźniejszości. Kolejny raz napotykamy na próbę reaktywacji idei prawyborów, a styl, jaki zaprezentowano podczas ich przygotowania, potwierdza, że powyżej napisane nie jest wyrazem złośliwości czy malkontenctwa.

Mieliśmy okazję być świadkami kolejnego popisu, tym razem „solo w duecie” tj. debaty prawyborczej w PO dwojga pretendentów na kandydatów.

Krótka historia poprzedzająca to wydarzenie.

Schetyna przed wyborami do parlamentu postanowił odciążyć wizerunkowo PO i usunął się na bok tzn. do Wrocławia, a Warszawą obdarował Małgorzatę Kidawę-Błońską, która w zamian za usługę bycia „malowanym” premierem otrzymała zapewnienie, że będzie reprezentantką PO w wyborach prezydenckich, o ile „król Europy” nie wyrazi woli przystąpić do wyścigu wyborczego.

Tusk kocha Polskę, ale w Europie mu wygodniej

Schetyna i Tusk wyznaczyli jakieś tam daty graniczne, z których żadna nie została dotrzymana, ponieważ Tusk kocha Polskę, ale w Europie mu wygodniej. Akcja nabrała tempa i obietnica złożona Kidawie-Błońskiej zaczęła się materializować. Zaczęła się, bo niespodziewanie w zalakowanej kopercie pojawił konkurent – Jacek Jaśkowiak.

Dla kandydatki zabrzmiało to niczym zniewaga, czemu dawała i daje wyraz na spotkaniach wewnątrzpartyjnych, na zewnątrz udając, że wszystko jest pod kontrolą i żadnej zadry nie ma. Nie trzeba być wróżką, ale tego typu konkurencja w polskich warunkach tworzy więcej barier niż zdrowej rywalizacji, co niewątpliwie przełoży się na zaangażowanie członków Platformy w trakcie wyborów, niezależnie, kto wyjdzie zwycięsko z prawyborów.

Pewniak lub będąc poprawnym politycznie „pewniaczka”, aby zmierzyć się z Dudą, bo tak te wybory są ustawione, musi pokonać Jaśkowiaka. Pierwszy etap to prawyborcza debata, której nie oglądali nawet członkowie PO, bo partyzantka przed i w trakcie debaty nie odstraszyła tylko tych, co z relacjonowania takich wydarzeń żyją.

Jeśli problemy organizacyjne zostawimy na boku i przyjrzymy się treśći wygłaszanych tez, bo trudno to nazwać tezami programowymi, to w kolejnej odsłonie widzimy, tym razem niedoskonałość samych kandydatów. Można odnieść wrażenie, że największa partia opozycyjna nie ma kandydata na prezydenta, a to czym dysponuje – to przypomina układ towarzyski.

Autoprezentacja

W pierwszej części debaty nazwanej autoprezentacją pani Małgorzata Kidawa-Błońska zaczęła od tego, że nie jest: Banasiem, Misiewiczem czy Piotrowiczem. Słuchając tego pomyślałem, że i bez tej informacji członkowie Platformy Obywatelskiej wiedzą, że Kidawa-Błońska nie jest żadną z tych osób, które wymieniła.

Jako bojowniczka o płciową równość zakomunikowała, że decyzję o starcie podjęła, bo kobiety są lepsze.  Zadeklarowała miłość do Polski, która jest dla niej marzeniem. Skrytykowała dotychczasową politykę „antypisu”, której była jednym z autorów i żarliwych propagatorów.

W odpowiedzi, Jacek Jaśkowiak w tej części zaprezentował swoje hasło wyborcze – „Prawdziwy prezydent, przyszła Polska”. Ogłosił, że przed kościołem będzie stał na baczność nie na kolanach, że nie jest antyklerykałem i nie będzie zakłamywał historii.
Prawda nas wyzwoli

W drugiej części kandydaci odpowiadali na pytania.

Pani Kidawa-Błońska zadeklarowała, że będzie mówiła tylko prawdę. Coś w stylu już znanym „prawda nas wyzwoli”. Pochwaliła się osiągnięciami w tym zakresie informując, że podczas wielu rozmów z wyborcami upewniła się, że jest w stanie „w kilka minut” przekonać do swoich racji wszystkich spotkanych na swojej drodze ludzi.

Wynika z tego, że obok wyzwalającej prawdy jest także wiara, która „czyni cuda”.

Jacek Jaśkowiak natomiast zapewnił, że zawsze będzie stał po stronie wykluczonych i słabszych. Zobowiązał się także stać po stronie obywateli i wyraził gotowość chodzić w marszach równości z takim samym przekonaniem, jak w marszach w obronie życia. Posunął się do gróźb wobec Dudy, którego chciałby postawić przed Trybunałem Stanu.

Groźby Jaśkowiaka nie są niczym nowym w PO, a ich powagę Zbigniew Ziobro skwitował tak: „Nieudacznicy. Nawet Ziobry przed Trybunałem Stanu nie potrafią postawić”.

Kolejną deklarację Jaśkowiaka, że nie będzie słuchał Schetyny – tzn. szefa partii – sala skomentowała śmiechem, którego dwuznaczny charakter wydawał się mi bardziej niż oczywisty.

Nie obyło się bez kwestii klimatycznych, które obie strony potraktowały jednakowo.  Optymistka Kidawa-Błońska rezygnację z węgla rozpisała na 15 lat, a pesymista Jaśkowiak na 30 lat, czyli tak naprawdę nikt nie ma pomysłu ani żadnego planu.

Wspólnie z Tuskiem mieli budować elektrownie jądrową, ale oprócz wielkich wydatków na wynagrodzenia nie zanotowano żadnych wielkich kroków w kierunku urzeczywistnienia idei. Okazuje się, że najdalej w tym zakresie poszły prace nad projektem w Żarnowcu w okresie PRL-u.

Polska polityka zagraniczna: „nas nie ma” w Afryce

Problemy polityki zagranicznej Kidawa-Błońska traktuje jak coś w rodzaju wolontariatu. To znaczy chciałaby zorganizować spotkanie przedstawicieli ważnych krajów – nie wymieniając, jakie to są kraje – w Polsce i przekonać, że Polska w relacjach międzynarodowych nie jest rozkapryszonym dzieckiem. Złożyła także deklarację Ukrainie, że po zwycięstwie będzie jej ambasadorem. Komentarz do tej deklaracji jest zbyteczny, bo w polskiej przestrzeni politycznej problem ukraiński funkcjonuje na odrębnych warunkach i w oderwaniu od rzeczywistości, panującej na Ukrainie i w Europie.

Za ciekawostkę można uznać fakt, że według Kidawy-Błońskiej „nas nie ma” w Afryce – z czego logicznie wnioskując wynika, że powinniśmy tam być. Zajawka o Afryce przypomniała mi podobną Tuska o Chinach, podczas słynnego wykładu na Uniwersytecie Warszawskim. Oboje chcieli powiedzieć coś oryginalnego, a w przekazie wyszło mało oryginalne i słabe propagandowo.

Jaśkowiak w tym zakresie spraw chce być roztropny i rozsądny, niczym biblijne panny, aby nie umknęła mu żadna okazja służąca interesowi Polski.

Debata PO - rodzaj szopki przed Bożym Narodzeniem

Wiek emerytalny oboje traktują tak samo na okrągło, to znaczy nie mają nic do powiedzenia.

W podobny sposób zostały potraktowane wszystkie programy socjalne zapoczątkowane przez PiS i aby nie straszyć nikogo mało inteligentnie pominięto problem.

Debata nie miała nic z prawdziwej debaty. Była rodzajem szopki przed Bożym Narodzeniem. I jeśli ktoś lubi tego rodzaju rozrywkę, to zapewne znalazł coś dla siebie. Brak wyrazistości i wiary w wypowiadane frazy, które trąciły sztucznością i nie przysłużyły się nikomu – ani głównym aktorom, ani publiczności.

Nawyków politycznych nie zmienia się ad hoc, nawyki polityczne buduje się latami, a w ich utrwaleniu powinna być zainteresowana cała klasa polityczna. Podczas tego spektaklu obserwowaliśmy swego rodzaju próbę, która gdyby była początkiem jakiegoś procesu, byłaby dobra, niezależnie od efektu końcowego. Ale było to działanie koniunkturalne, u podstaw którego nie leżała chęć wprowadzenia zmian w systemie politycznym, a indywidualna decyzja Tuska, który nadymał się, a kiedy przyszło przysłowiowe „co do czego” stchórzył.

Dodatkowo stwarza to groteskową sytuację, gdzie spod monstrualno patriotycznego przekazu  wynurza się prymitywny upiór partyjnej walki, a deklaracje Schetyny o dwóch kandydatach równie poważnych przypominają podrzędną galę bokserską, gdzie ringowy „zapiewajło” przedstawia sparingpartnerów, z których jeden, zanim walka się rozpoczęła, został  uznany za zwycięzcę, a samo wyjście na ring potraktowano pro-forma, z tą różnicą, że w tym przypadku „zwyciężczyni” obnażyła przed publicznością swoją niesposobność do walki. Tym samym kolejne „szydło wyszło z wora” i będzie udawać, że uczestniczy w realnej walce, a kibicujący jej wyborcy będą udawać, że się tą walką zachwycają. 

Rrozumiem Mojżesza

Coraz bardziej rozumiem Mojżesza „kręcącego” się 40 lat po pustyni. W warunkach polskich – niestety – to się nie sprawdza.

Za pierwszym razem, aby osiągnąć „mojżeszowy efekt”, potrzebowaliśmy 123 lata, za drugim razem 5 wojennych lat, obecne 30 lat nie daje nadziei, że coś się zmieni w najbliższej perspektywie, ponieważ młode pokolenie polityków nie wprowadza nowej jakości, a jedynie kalkuje na obraz i podobieństwo swoich starszych pryncypałów.

Odnawianie kadr partyjnych w Polsce nie ma szczęścia, nie ma płynnego przejścia, a rewolucje, które czasami się zdarzają, nie przynoszą żadnych efektów.

Jeśli popatrzymy na to, co stało się z SLD i z PSL, to jasno widać, że kadr politycznych brakuje, a to, co jest, to bezideowcy, szukający łatwego chleba, a nie wyzwań.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Macron dostrzega, że Europa bez Rosji sobie nie poradzi
Dobrym do sparingu z Dudą byłby Władysław Frasyniuk
„Pały, gaz, kule – bardziej demokratyczne, bo gumowe – i aresztowania”
Andrzej Duda przemówił. W NATO nastąpiła „dobra zmiana”
Tagi:
wybory prezydenckie, Polska, PO
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz