13:42 29 Styczeń 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
2223
Subskrybuj nas na

Szymon Hołownia nie wypadł sroce spod ogona i może znaleźć jakiś lejtmotyw swojej kampanii prezydenckiej. Sensem startu takich kandydatów jest kanalizacja obecnych, a niezagospodarowanych w Polsce nastrojów.

Przez chwilę zastanawiałem się czy pisać o ogłoszonej z hukiem kandydaturze Szymona Hołowni w wyborach prezydenckich 2020. W końcu informacja o tym, że w Sputniku porusza się taki temat, może stać się elementem… jego kampanii. Ostatnie lata to w Polsce okres „taniego bohaterstwa”, w którym celebryci pozują na ofiary. Najwygodniej zaś zostać dziś „ofiarą Kremla”. Nie chcę jednak pomagać Panu Hołowni, a raczej zauważyć pewną prawidłowość dotyczącą niemal każdych wyborów w Polsce, w tym także tych prezydenckich, gdzie siłą rzeczy personalia mają większe znaczenie niż afiliacje ideowo-polityczne.

Wypełnić pustkę

18 lat temu polską scenę polityczną szturmowała Samoobrona. Formacja niebagatelna, oryginalna w skali Europy, ale jednak będąca odbiciem antysystemowych tendencji sporej części polskiego społeczeństwa. Samoobrona ze swoim polotem była ewidentnym zagrożeniem dla establishmentu III RP.

Charyzma Andrzeja Leppera przyciągała, a dobrze opracowany program społeczno-gospodarczy był po pierwsze diagnozą, a po drugie receptą na wiele ówczesnych bolączek Polaków. Przez 5 lat Polacy mogli dawać upust swoim negatywnym emocjom wobec mainstreamu oddając głosy na Samoobronę i sam fakt obecności niekontrolowanego ruchu z niedającym się udobruchać liderem wisiał niczym miecz nad głowami elit.

Wyciągnięto więc z tego wnioski i po zniszczeniu Leppera i Samoobrony, gdzieś na szczytach władzy postanowiono o kreacji „pozasystemowych” ruchów i kandydatów spośród takich formacji/ludzi, których nie będzie trudno kontrolować. Tak było z Ruchem Palikota, tak było z Kukiz’15, być może teraz podobnie jest z Wiosną i Konfederacją. Przy czym rzecz nie w pokrewieństwie ideowym danych ugrupowań, a raczej w konieczności zagospodarowania konkretnych segmentów polskiego elektoratu. Skoro już on istnieje, to niech go zdobywają „nasi”, a nie „obcy”. I podobnie jest z wyborami prezydenckimi. W 2005 roku Andrzej Lepper miał trzeci wynik, jeszcze kilkanaście lat wcześniej do drugiej tury wszedł Stan Tymiński. Niecałe 5 lat temu za „antysystemowca” robił Paweł Kukiz, teraz tę rolę może odegrać Hołownia.

Program dla każdego

Tak naprawdę nie znamy jeszcze żadnego programu sensu stricto Szymona Hołowni, ale można domniemywać, że będzie to zbiór banałów i sprzeczności uszytych na miarę polskiego wyborcy, będącego przecież nieustannie bombardowanym przez środki masowego przekazu.

Hołownia będzie więc „wierzącym chrześcijaninem, ale tolerancyjnym”. „Zwolennikiem wolnego rynku, ale z osłonami socjalnymi”. Wreszcie będzie chciał „dobrych relacji z Rosją, ale przecież nie z dyktaturą KGB”. Zakład? Oto jedyny sens startu takich kandydatów. Kanalizacja obecnych, a niezagospodarowanych w Polsce nastrojów.

Owszem, Szymon Hołownia nie wypadł sroce spod ogona i może znaleźć jakiś lejtmotyw swojej kampanii, choćby „zgodę i pojednanie”, w domyśle między zwaśnionymi Platformą Obywatelską i Prawem i Sprawiedliwością. Dlatego właśnie będzie musiał stać między nimi w każdym sporze. Prywatyzacja? No tak, ale może nie szpitale. Łamanie konstytucji? No dobrze, ale bez przesady. Wojska amerykańskie? No niech będą, ale może bez bomby atomowej.

To daje możliwość sprawienia wrażenia, że faktycznie mamy do czynienia z kimś „spoza”, ale w rzeczywistości będzie to tylko kontrolowany (być może bez świadomości kontrolowanego) balon próbny. A przy okazji zagarnie ileś tam procent poparcia, które mógłby dostać ktoś zupełnie nie z establishmentu.

Pułapka postpolityki

Napisano już o tym wiele, ale chyba nigdy dość, dopóki szkodliwości tego zjawiska nie uda się wytłumaczyć. Po 1989 roku na świecie zapanowała moda na „niepolityczność”. Oczywiście jest ona złudna, ludziom się tylko wydaje, że można być apolitycznym. W rzeczywistości zaś oddanie głosu, choćby nieważnego, a i bojkot głosowania – są zrachowaniami doskonale politycznymi. Nie pozostają bez wpływu na to, co istotne.

Niemniej jednak ludzie nadal w ten wątpliwej jakości ideał wierzą. Po co jakaś polityka? Biznesem się zajmij! Kursy walut czytaj, a nie Lenina! Pałac Kultury i Nauki? A ile tam się zmieści powierzchni handlowej? Stajemy się coraz bardziej debilni jako naród i tym samym łatwo nami sterować. Jeżeli bowiem polityk ma zdobywać zaufanie przekonując ludzi o swojej niepolityczności, to tak jakby kandydat do opery zadeklarował na wstępie, że nie umie śpiewać.

Paweł Kukiz siedzi już drugą kadencję w sejmie, ale za nic w świecie nie nazwie się „politykiem”. Rządząca w latach 2007-2015 Platforma Obywatelska dumnie ogłaszała na billboardach „nie róbmy polityki”. Oto „sztuka zdobywania i utrzymywania władzy oraz rządzenia państwem” została zredukowana do czegoś wstydliwego, czym najlepiej się nie interesować i nie zajmować. Żeby to lepiej oddać, wróćmy na chwilę do przywołanej opery. Wyobrażacie sobie, że ten kandydat jednak przechodzi sito, fałszuje podczas sztuki, a potem widzowie oklaskują go na stojąco? Ci widzowie to właśnie Polacy przy każdych kolejnych wyborach.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Jak zarabiać na bezpłatnym urlopie. Wyjaśnia Stanisław Karczewski
Prawybory w PO: Sorry, taki mamy klimat!
„Polska to chory kraj”: TVP „zbanowała” kontrowersyjny spot – wideo
Idzie nowe. Komu zagraża Szymon Hołownia
Tagi:
Andrzej Lepper, Konfederacja, Wiosna, Janusz Palikot, Samoobrona, Kukiz'15, Platforma Obywatelska, KO, PiS, Szymon Hołownia, wybory prezydenckie, polityka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz