05:31 23 Styczeń 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
11743
Subskrybuj nas na

Nowa powieść „Blue moon” znanego brytyjskiego pisarza Lee Childa, piszącego w Ameryce i o Ameryce, jest nieprawdopodobna i obelżywa dla intelektu czytelnika. Jej treść wydaje się wyjęta wprost z rusofobicznej amerykańskiej propagandy.

Jack Reacher to znakomita postać wymyślona przez Lee Childa. Reacher to bohater cokolwiek westernowy – samotny mściciel, który pęta się po USA i wdaje w rozmaite awantury, w ramach których wymierza bardzo subiektywnie rozumianą sprawiedliwość. Jego mottem zdaje się przytoczona w jednej z książek Childa sentencja z nagrobka legendarnego rewolwerowca Dzikiego Zachodu, Claya Allisona: „Nigdy nie zabił nikogo, kto nie wymagał zabicia”. Nie do końca ścisła w przypadku Allisona, który w istocie rzeczy był regularnym psychopatą, odpowiedzialnym za śmierć kilkudziesięciu osób – i pewnie równie nieścisła odniesieniu do Reachera.

Który, niezależnie od tego, jako bohater 24 powieści i dwóch filmów z Tomem Cruisem, zdobył miliony fanów na całym świecie. Do których – przyznam bez zawstydzenia – się zaliczam. Atoli ostatnia książka: wydana pod koniec minionego roku powieść pt. „Blue moon” jest co najmniej rozczarowująca.

Jak Rosja zatrudnia ukraińską mafię w USA

Fabuła jest typowa dla Childa: Reacher wplątuje się w wojnę gangów w nienazwanym mieście, znanym ze przestępczości i korupcji. To, co wyróżnia tę ultraamerykańską powieść spośród innych – to fakt, że o władzę nad amerykańskim miastem walczą Albańczycy i Ukraińcy. W miarę rozwoju fabuły okazuje się, że Ukraińcy – tradycyjnie nienawidzący Ruskich i z początku obwiniający rosyjską mafię o wszystkie szkody, wyrządzane im przez Reachera, w istocie rzeczy są na żołdzie Kremla, zatrudnieni przez „rosyjski rząd” do blokowania blokady rosyjskiego trollingu. W największym skrócie: amerykańskie służby zbudowały skuteczne filtry blokujące nadawane z Rosji treści, atoli złoczyńcy zatrudnili geniusza komputerowego, który skutecznie zastępuje cały rosyjski trolling. A ponieważ działa na terenie Stanów, genialne amerykańskie zagłuszaczki są wobec niego bezsilne. Całkiem jakby „Głos Ameryki” za komuny był nadawany z Jastrzębia Zdroju.

Historyjka oczywiście nie musi być wiarygodna, o ile się dobrze czyta. Tym razem jednak, w mojej opinii, niewiarygodność poszła o krok za daleko.

Drugie dno

Idea rosyjskiego rządu oficjalnie zatrudniającego ukraińską mafię w USA wydaje się wyjęta wprost z rusofobicznej amerykańskiej propagandy. Jest nieprawdopodobna, obelżywa dla intelektu czytelnika i po prostu głupia. Pozornie jest to ukłon nieamerykańskiego pisarza pod adresem Ameryki, która przyniosła mu sławę i pieniądze. Ale ma także drugie dno.

Otóż koncepcja, że cały amerykański system polityczny – ten uniwersalny wzorzec demokracji, który USA krzewi na całym świecie, głównie z użyciem armii i CIA – może być manipulowany przez jednego trolla z pięcioma laptopami i solidnym serwerem, stanowi niezwykle interesujący koncept. A także skłania do postawienia kilku ciekawych pytań.

Na przykład: na czym polega legendarny rosyjski trolling?

Osobiście nie mam kłopotów z uwierzeniem, że rosyjscy hakerzy, influencerzy i inni magicy netu, z własnej inicjatywy lub z zachętą ze strony Kremla zabawiają się w wymyślanie absurdalnych historii i mącenie w głowach Amerykanom. Ale przecież nie robią nic, czego na co dzień nie robiłby amerykański prezydent.

Skręt kiszek na tle rosyjskiego trollingu

Zaśmiecanie netu fałszywymi informacjami, insynuacjami i oskarżeniami to codzienne zajęcie milionów ludzi na całym świecie, z Donaldem Trumpem na czele. I wielu z nich – z Donaldem Trumpem na czele – czyni to, żeby wpłynąć na polityczne decyzje odbiorców fake newsów, przekonać ich do głosowania tak, a nie inaczej.

Wystarczy poczytać portale polskiej ultraprawicy, których jedynym celem jest oczernianie wszystkich myślących i głosujących inaczej, ze szczególnym uwzględnieniem zwolenników lewicy, praw osób LGBT i krytyków Kościoła. Gdyby rozpowszechnianie w necie oszczerstw politycznych było przestępstwem, pół świata siedziałoby w pace.

Czemu zatem cały świat Zachodu ma taki szczególny skręt kiszek na tle rosyjskiego trollingu?

Odpowiedź wydaje się oczywista: ze względu na jego skuteczność.

Ale przecież to nie jest nic, czego Ameryka nie mogłaby zrobić Rosji. Jeśli prawdą jest, że tysiące rosyjskich trolli dzień i noc piorą mózgi Amerykanom, chciałoby się zapytać: czemu to nie działa w drugą stronę? Dlaczego wśród 326 milionów Amerykanów nie znajdzie się dość patriotycznych hakerów, żeby odpłacić pięknym za nadobne 147 milionom obywateli Federacji Rosyjskiej? Dlaczego rosyjski internet nie tonie w zalewie obrazowych doniesień o zbrodniach, perwersjach i korupcjach Wladimira Wladimirowicza?

Niech się uczą rosyjskiego!

Odpowiedź jest nieskomplikowana: Rosjanie znają angielski, a Amerykanie rosyjskiego nie. – żeby zacytować klasykę polskiego kina – niech się ćwoki języka uczą (w oryginale było nieco inaczej, ale poprawność polityczna każe cytat ocenzurować). Żeby manipulować opinią publiczną w jakimś kraju, trzeba nie tylko znać język, ale też mieć rozległą wiedzę na temat kultury i realiów tego kraju, śledzić tamtejszy proces polityczny i rozumieć subtelności. Rosjanie mają w tej sprawie nieopisaną przewagę nad Amerykanami, którzy guzik wiedzą o kimkolwiek innym i nie widzą dalej niż koniec własnego nosa. Lub, bardziej precyzyjnie: niż to, co widać w celowniku optycznym karabinu M24 SWS.

Z drugiej strony – w USA żyją dziś prawie 3 miliony Rosjan. Jeśli rząd USA nie jest w stanie zwerbować choćby co setnego z nich do mieszania w głowach rodakom pozostawionych w ojczyźnie, to doprawdy komplement pod adresem lojalności Rosjan wobec swojego kraju.

Ale i ten problem dałoby się rozwiązać. Na każdy „fake news” przypada z tysiąc newsów prawdziwych. Sieć jest pełna względnie wiarygodnych źródeł informacji, także anglojęzycznych. Poważnych agencji informacyjnych, gazet i periodyków, które sprawdzają swoje źródła, nie wysysają serwisów z brudnego palca, zatrudniają rzetelnych reporterów i researcherów. Można mieć wątpliwości co do ich obiektywizmu w komentowaniu, co do doboru i eksponowania informacji, ale fakty przeważnie się zgadzają. Jeśli „amerykańska opinia publiczna” jest zbyt leniwa, żeby sprawdzić wiadomości, na których opiera swoje decyzje polityczne i wyborcze, to dostaje to, co na zasługuje.

Na przykład Donalda Trumpa.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Trump: Wiem, dlaczego Demokraci zwlekają z przekazaniem sprawy do Senatu
Putin: To próby przerzucenia winy za rozpętanie II wojny światowej z nazistów na komunistów
„Niezapraszanie Dudy do Moskwy byłoby logiczną decyzją”
2019: Nowa odsłona kryzysu ukraińskiego a sprawa Polski
Warszawa: czy ktoś zrozumiał już trend?
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz