05:10 15 Lipiec 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
2232
Subskrybuj nas na

W odcinku „Archiwum X” poświęconym rzekomej „klątwie roku 2000” – o północy agent Mulder całował wreszcie agentkę Scully, po czym rzucał z rozbrajającym uśmiechem: „I co, świat się jednak nie skończył…?”. I tak się mniej więcej czuje Zjednoczone Królestwo po BREXICIE.

Na przejściach granicznych nie stoją kolejki uciekinierów, żywność jest dostępna, kartek nie wprowadzono, po ulicach nie jeżdżą transportery opancerzone, imigranci nie znajdują się w obozach koncentracyjnych. Cała kampania przeciw BREXITOWI na nic. Jednocześnie też jednak obcy nie zniknęli, rodzima produkcja rolna nie stała się bardzie opłacalna, przemysł w cudowny sposób nie powrócił do Brytanii, nowych korzystnych umów handlowych i politycznych brak. Cała kampania na rzecz BREXITU na nic. Skończyły się bowiem kampanie, Wielka Brytania i Irlandia Północna 1. lutego 2020 r. są niemal w tym samym miejscu, w którym były 31. stycznia.

Okres przejściowy

Z praktycznego bowiem punktu widzenia UK i UE wciąż są w okresie przejściowym, podczas którego realne zmiany nie są i nie będą odczuwalne – ani dla mieszkańców, ani dla gospodarki obu krajów. Wciąż nie znamy ostatecznego kształtu przyszłych relacji brytyjsko-europejskich, przede wszystkim oczywiście w zakresie handlu, jak i niewiadomą pozostają np. szczególnie interesujące Polaków i innych wschodnich Europejczyków przepisy imigracyjne.

Jeśli bowiem oddzielić zapowiedzi, obietnice i deklaracje od suchych faktów – to w istocie… nie zmieniło się nic.

I – jak pisaliśmy wielokrotnie – ma tak pozostać co najmniej do końca bieżącego roku, choć oczywiście premier Boris Johnson nie jest znany ze słowności, a nawet – wbrew najświętszym brytyjskim tradycjom – dla utrzymania popularności nie cofnąłby się zapewne nawet przed ruchami PR-owymi równoznacznymi z działaniem prawa wstecz.

Na razie jednak nadal można do UK wjechać na polski dowód osobisty, nadal można zgłosić się po numer National Insurance wymagany do rozpoczęcia pracy na Wyspach i nadal można legalnie rozpocząć pracę (nie mówiąc o jej kontynuowaniu).

Wszelkie opowieści o kwotach kwalifikacyjnych i selekcjonowaniu imigrantów pod kątem wykształcenia, zawodów itd. – to tyle, co hasło polityczne, bez pokrycia w już obowiązujących przepisach.

Równie spokojnie można z UK wyjechać, choć polscy żartownisie już w noc BREXITU zaczęli sobie robić żarciki wrzucając na polskie grupy fejsbukowe zdjęcia jakichś dantejskich scen na lotniskach – oczywiście wzięte z afrykańskich przygód w trzecim świecie. Kolejna fala zainteresowania BREXITEM na świecie zderza się bowiem z faktem, że akurat mieszkańcom Wysp cholernie się on już przejadł i zdecydowanie ciekawsze wydaje się co będzie dalej.

Wielka Brytania po Brexicie
Wielka Brytania po Brexicie

City zawsze wygrywa

To zaś wciąż wydaje się niejasne, rządowi premiera Johnsona nie udało się bowiem odnieść żadnych prestiżowych sukcesów – ani w rozmowach z Nową Zelandią i Australią, które Londyn starał się nakłonić do zliberalizowania przepisów imigracyjnych, co miałoby zresztą znaczenie czysto PR-owe, ani z Japonią, która w propagandzie przed-BREXIT-owej miała należeć do utrzymanych głównych partnerów handlowo-inwestycyjnych UK.

Teoretycznie torysi mają jednak czas, wzmacnia ich bowiem jawna idiotyczność kampanii pro-europejskiej, wieszczącej załamanie się gospodarki brytyjskiej właściwie dzień po BREXICIE, co od początku nie miało przecież żadnego związku z rzeczywistością.

Ekonomika UK oparta jest wszak na finansach, nie produkcji, w miarę konsekwentna linia polityczna Londynu przynosi powolne, ale stałe umacnianie funta – słowem Johnson wie, że cieszy się kredytem zaufania i marginesem czasu do wykorzystania. Sęk w tym, że chyba nie wie co z tym potencjałem zrobić.

Że BREXIT był w interesie rządzących Zjednoczonym Królestwem elit finansowych, nie widzących żadnego sensu dalszego inwestowania w Unią Europejską, a więc de facto finansowania gospodarek niemieckiej i francuskiej występujących pod nazwą strefy euro – to jedna sprawa.

City of London jak zawsze lepiej będzie poza wszelkimi formalnymi blokami i sojuszami, zwłaszcza krępującymi swobodny przepływ kapitału.

Jednocześnie jednak samo wyjście dokonało się pretekstowymi głosami zwykłych Anglików – głosujących za ochroną resztek własnych miejsc pracy (nierealną w sytuacji, gdy BREXIT oznacza większe zaangażowanie globalizacyjne UK), za ochroną rynku rolnego (niemożliwą wobec szykowanej umowy o wolnym handlu z USA), za ochroną rybołówstwa (już wykluczoną prawdopodobnym ostatecznym kształtem umów UK-UE) oraz ogólnie, przeciw imigrantom i żeby było jak dawniej – co jest nierealne tak w związku z potrzebami brytyjskiego rynku usług, jak i zobowiązaniami sektora emerytalnego. Po prostu – raz na jakiś czas Brytania potrzebuje show, jakiejś małej zwycięskiej wojenki. I ta właśnie się zakończyła. Uroczystym odliczaniem na Downing Street 10. Realnie od kilkuset już lat nikt się przecież faktycznymi potrzebami zwykłych Anglików nie przejmuje…

Szkocja – kawałek Europy uwięziony w Brytanii

Nie mówiąc już, o tych gorszych – Szkotach, Irlandczykach, Walijczykach, którzy w przeważającej większości głosowali przeciw BREXITOWI. Przede wszystkim – w nadziei odróżnienia się od Anglii, w drugiej zaś kolejności celem znalezienia zewnętrznych sojuszników przeciw polityce Londynu, jaka by ona nie była.

Właśnie dlatego ja sam ostatnie pół godziny, jakie UK zeszło w ramach Unii Europejskiej – spędziłem wśród Szkotów, w Aberdeen, mieście na północnym wschodzie kraju, wielkim ośrodku przemysłu paliwowo-wydobywczego. I co ciekawe, tak jak w Anglii radośnie świętowano BREXIT jako spełnienie woli wyborców, tak w Szkocji, która w 2/3 głosowała przeciw opuszczeniu Unii – atmosfera była równie optymistyczna, wobec powszechnego oczekiwania na kolejne referendum niepodległościowe. Tym razem, zdaniem Szkotów – skazane na powodzenie wobec deklarowanego poparcia na poziomie 52 procent przekonanych.

Wielka Brytania
Wielka Brytania

BREXIT przyniósł zresztą renesans zainteresowania sprawą niepodległości Szkocji, uznawaną dotąd raczej za lokalną ciekawostkę, w dodatku rozstrzygniętą w poprzednim głosowaniu w 2014 r. Paradoksalnie jednak, choć nagłówki mediów na całym świecie podkreślają dziś europejskie tendencje Edynburga – od strony prawnej do ich usankcjonowania droga wydaje się dłuższa niż kiedykolwiek. Rządząca krajem o częściowej autonomii Szkocka Partia Narodowa uczyniła ze swojego sprzeciwu wobec BREXITU główne hasło polityczne ignorując tę część ruchu niepodległościowego, która najchętniej odłączyłaby się i od Londynu, i od Brukseli (nie mówiąc o Waszyngtonie) wybierając najchętniej drogę Norwegii, tylko bez NATO.

Szkocja staje się dziś oto przed problemem, że mając pro-niepodległościowy rząd, większość parlamentarną i większość deklarowaną do głosowania powszechnego – nie może go zarządzić bez zgody władz brytyjskich, które oczywiście nie mają zamiaru iść na z góry przegrane ponowne referendum.

W efekcie Szkotów czeka więc mozolna droga przez trybunały, które zapewne ostatecznie uznają ich suwerenne prawo do ponownego wyrażenia woli w sprawie unii z Anglią albo trudna droga katalońska i niepodległość ogłoszona jednostronna w przekonaniu, że po doświadczeniach choćby wielu dekad wojny w Irlandii, Londyn nie wyśle czołgów na Edynburg.

Polska – na drodze szkockiej czy brytyjskiej?

Jak się więc okazuje – niemal we wszystkich swych aspektach BREXIT pozostaje doświadczeniem pouczającym dla pozostałych krajów UE, zwłaszcza dla Polski i to nie tylko dlatego, że została wymieniona jako następna kandydatka do wyjścia na krótkiej liście Nigela Farage’a, frontmana wyjścia.

Nawet bowiem, jeśli uznamy odejście Wielkiej Brytanii za początek dekompozycji Unii, wówczas okazuje się, że odbywa się ona (tak jak i jej narodziny…), pod dyktando wielkiego kapitału i interesów amerykańskich w Europie.

Przecież gdyby dziś miało dość do POLEXITU – to tylko na polecenie Donalda Trumpa i w jego polityki nacisków na europejskich poddanych!

Marsz przeciw UE w Warszawie
© Sputnik . Aleksiej Witwicki
Z koli przykład szkocki pokazuje doskonale, że kluczowe jest pozbycie się głównego, najważniejszego okupanta – choćby po to, by zdobywszy oddech móc zdobyć się na samodzielne decydowanie o własnej przyszłości. O tym również Polacy, duszeni przez Biały Dom tak jak Szkoci przez Westminster – powinni zawsze pamiętać. Stając niczym Wołodyjowski z Ketlingiem. To prawda bowiem, że BREXIT jest lekcją – do bardzo intensywnego przygotowania zanim krzykniemy (słusznie!) „Ani Berlin, ani Bruksela – ale tym bardziej nie Waszyngton!”.

Polska nie ma dziś gospodarki mogącej funkcjonować poza Unią (bo własnej gospodarki po prostu nie kontroluje), ani też kapitałów choćby w ułamku porównywalnych z brytyjskimi.

Polska nigdy też nie ma perspektyw, by choćby zbliżyć się do geopolitycznego znaczenia Wielkiej Brytanii, zwłaszcza w jej relacjach ze Stanami Zjednoczonymi.

Stąd właśnie wzór UK jest dla Polaków szalenie mylący, nam pasuje bardziej wizja szkockiego odrywania się od Wielkiego Brata: odbudowy własnej gospodarki, także dzięki dużym inwestycjom infrastrukturalnym i w kapitał ludzki, oparcia o własną bazę surowcową, tworzenia nadwyżki finansowej i dzięki temu ochrony socjalnej dla własnego społeczeństwa oraz nakładów na edukację. Tymi i tylko tymi metodami i Szkocja, i Polska mogą w końcu wybić się na niepodległość, wszelkie pozorne ruchy -XITÓW zostawiając elitom tego globu.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Przeciwnik powinien mieć się na baczności: „Sołncepioki” mogą namieszać
Czy Polska zajmie w UE miejsce Wielkiej Brytanii?
Polska nie ma co się cieszyć z powodu Brexitu
Brexit: czy wszyscy Polacy będą mogli pozostać na Wyspach?
Opinia: Postawa UE wobec Rosji pogorszyła się m.in. przez Polskę. I żaden Brexit tego nie zmieni
Tagi:
stosunki międzynarodowe, stosunki, Polacy, praca w Wielkiej Brytanii, Szkocja, Irlandia Północna, Irlandia, Unia Europejska, Polska, Wielka Brytania, Brexit
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz