19:51 20 Luty 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
13963
Subskrybuj nas na

Jak donosi jeden z popularnych portali, w Olsztynie, niemiecka właścicielka, odzyskawszy budynek mieszkalny, robi wszystko, by pozbyć się z niego polskich lokatorów.

Sprawa nie jest jednak nowa, a i nie jest jakimś oryginalnym przypadkiem. To po prostu konsekwencja panującego od lat trzydziestu oficjalnego antykomunizmu.

Krótka historia „walki z komuną”

Śmiało można powiedzieć, że „antykomunizm” w III RP przybrał charakter integralny. Dotyczy niemal każdej sfery życia publicznego, a im dalej sięga tym mocniej zahacza o absurd. I tak w sferze geopolitycznej przybiera postać prostackiej rusofobii, co na łamach Sputnika było już wielokrotnie opisywane.

Dochodzi do tego, że polscy publicyści już otwarcie stwierdzają, iż reprezentują jakiś „Zachód”, a nie Polskę. Z kolei w sferze symbolicznej co więksi antykomuniści żądają zakazania symboli ruchu robotniczego jako „totalitarnych”, a i skutecznie usuwają je z kolejnych miejsc publicznych.

Cmentarz żołnierzy radzieckich w Warszawie
© AP Photo / Alik Keplicz
Ale zgodnie z zasadą „zaostrzania się walki” to przecież mało, wobec czego przeszkadzać zaczął już nawet Orzeł Biały i tak oto skuwany jest z kolejnych budynków czy pomników. Swoją drogą, tego rodzaju barbarzyństwa w Polsce dopuszczali się tylko hitlerowcy.

Jest jednak i sfera ideologiczna, w której wszelkie nurty myśli socjalistycznej są poddane (auto)cenzurze, czemu ulega nawet lewica, dryfująca w czystej wody liberalizm. Niestety rozciąga się to także na stosunek obecnych władz Państwa Polskiego do PRL.

W ten sposób zmierzamy do uznania tego rozdziału w historii za niebyły, a wszelkie rozwiązania – w tym ekonomiczne – doby Polski Ludowej, są traktowane jako szkodliwe. Finalnie pozbyliśmy się np. publicznego transportu, wysoko przetworzonej produkcji czy kontroli nad publicznymi finansami. Ale o ile poprzez emigrację wewnętrzną można od tego skutecznie się uwolnić, o tyle kwestie własnościowe doganiają Polaków szybciej niż im się wydaje…

Ziemie Odzyskane w ustroju socjalistycznym

Jak wiadomo, powrót Polski na dawne piastowskie ziemie, miał być swoistą rekompensatą za utratę tzw. Zachodniej Ukrainy, Zachodniej Białorusi czy polskiego Wilna, które przyłączone zostało do Litewskiej SRR.

Sprawa zagospodarowania tych ziem była kluczową dla władz Polski Ludowej właściwie przez cały okres jej istnienia. Niemałe zasługi miał tu Władysław Gomułka, swego czasu kierujący odpowiedzialnym za to ministerstwem. Oficjalnie zachęcano repatriantów by osiedlali się na względnie dobrze zorganizowanych ziemiach: w rozwiniętych miastach czy pozostawionych bez opieki gospodarstwach rolnych.

Socjalistyczne podejście do zagadnienia znacząco jednak ograniczało możliwości przejęcia ziemi czy nieruchomości na własność prywatną. Zasoby mieszkaniowe w PRL traktowane były jako te, w których Polacy mają żyć, a nie je „posiadać”. W związku z tym nikt nie dbał o to by w księgach wieczystych zaistniały charakterystyczne dla kapitalizmu zapisy właścicielskie. Opuszczony przez Niemców dom przechodził na własność państwa, a mieszkający tam Polacy byli po prostu lokatorami. Polska Ludowa miała dzięki temu zdolność do centralnego planowania osadnictwa, stąd słynne „mieszkania przydziałowe”.

Przynależność PRL do konkurencyjnego wobec Zachodu, bloku polityczno-militarnego z ZSRR, automatycznie odsuwała niebezpieczeństwo graniczno-terytorialno-własnościowego rewizjonizmu ze strony NRF, choć właściwie od samego jej początku istniały organizacje typu Związek Wypędzonych, grupujące przesiedlonych z Ziem Odzyskanych Niemców i ich spadkobierców. Problem w każdym razie nie istniał, stworzyliśmy go sobie sami po 1989 roku.

Prywatyzacja na serio

Nie było jednak tak, że w szale powszechnego świętowania częściowo wolnych wyborów 4 czerwca 1989 roku, gdy Joanna Szczepkowska ogłaszała „koniec komunizmu w Polsce”, nikt nie miał obaw co do dalszego losu Ziem Odzyskanych. Choćby i sam premier Tadeusz Mazowiecki zastanawiał się nad koniecznością obecności, wówczas jeszcze radzieckich, wojsk w Polsce, celem zabezpieczenia się przed siłą zmierzających ku zjednoczeniu (pod batutą Bonn) Niemiec.

Nasi zachodni sąsiedzi nie rozpętali jednak żadnej wojny, nie było takiej potrzeby. Polska sama odrzucała kolejne zdobycze PRL. Leszek Balcerowicz począł Polaków „leczyć” z ich pracy i pieniędzy, a rodzimą gospodarkę z tego co posiadała. Zmieniła się także polityka mieszkaniowa. Państwo utraciło nie tylko monopol na tę sferę, ale także i wszelką kontrolę nad budownictwem.

Ten obfitujący w ogromny popyt rynek, przejęli bankierzy i developerzy, po dziś dzień windujący ceny mieszkań do granic możliwości. Polacy zaczęli nabywać mieszkania na własność. Wszystko to było wstępem i przyzwoleniem na roszczenia dawnych właścicieli, w ogromnej większości przecież niemieckich jeśli mówimy o Ziemiach Odzyskanych.

W publicystyce zazwyczaj zrzuca się to na karb „niedbałości”, polegającej na wspomnianych brakach w księgach wieczystych, ale może warto zapytać dlaczego nikt po 1989 roku o to nie zadbał? Idźmy jednak dalej: dlaczego fotografujący się z kolejnymi pokrzywdzonymi polskimi rodzinami politycy, nie wnieśli projektu ustawy, który wszelkie roszczenia własnościowe uznałby za niebyłe?

Dzisiaj jesteśmy w Unii Europejskiej i to raczej niemożliwe, ale dlaczego nie zrobiono tego wcześniej? Ta puszka Pandory została otwarta przez naszych „reprezentantów narodu”, nikogo innego. I gdybyśmy żyli w poważnym państwie, to śledztwo w tej sprawie prowadziłyby już służby specjalne, ale że żyjemy na peryferiach Ameryki w Europie, to trudno tego oczekiwać...

Kolejne sukcesy już na horyzoncie

Warto więc chyba zastanowić się, do czego jeszcze doprowadzi nas ideologia „antykomuny”, z którą walczyć nie sposób. Na razie widzimy jak bardzo rozmijają się deklaracje Jarosława Kaczyńskiego o „niemieckich reparacjach” z rzeczywistością, w której to my – i to „zgodnie z prawem” – płacimy Niemcom kolejne „reparacje”, bo jak inaczej nazwać tak potężne przekształcenia własnościowe?

Jak wiele jest jeszcze takich nieruchomości? Nie tylko w Olsztynie, ale również w Szczecinie czy Wrocławiu? Jaki to problem zanegować, nawet istniejące wpisy w księgach wieczystych, skoro łatwo można dowieść, że to spadek po nieuznawanej przez obecne władze Polsce Ludowej? Prawnicy chyba nie muszą się tu nawet szczególnie starać, wystarczy symboliczne zdjęcie premiera Morawieckiego, składającego kwiaty na grobach niemieckich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej NSZ.

III Rzeczpospolita nie tylko nie robi nic, by problemowi zaradzić, ale daje wręcz kolejne argumenty do skutecznych roszczeń kolejnych „pokrzywdzonych”. Skoro sami negujemy własne zwycięstwo w II wojnie światowej, to jakim prawem nadal gospodarujemy na zdobytych wówczas ziemiach? Żadna Bundeswehra nie musi się tu pojawiać, sami grzecznie oddajemy to, o czym nieświadomie mówimy, że nam się nie należy. Pozostaje politykom tylko pogratulować. Miejmy nadzieję, że i Polacy im kiedyś za to „podziękują”...

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

List otwarty do Prezydenta Federacji Rosyjskiej, Władimira Władimirowicza Putina
Czy upadł jeden z filarów Trójmorza?
Kto i dlaczego neguje wyzwolenie Polski w 1945 roku?
„Ślizganie się po rzeczywistości pana ministra Czaputowicza”
Rosyjscy politycy o słowach Wałęsy w kwestii reparacji
Tagi:
II wojna światowa, reparacje, komunizm, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz