12:51 30 Marzec 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
5440
Subskrybuj nas na

Jak to jest, że gdy badamy poziom demokracji w różnych krajach, to interesują nas głównie procedury, formalności i rachunki – a kompletnie nie poruszamy materii dostępności obywateli do źródeł informacji i tym samym wyborczych alternatyw?

Panie Doktorze, te leki już nie działają...

Słowo „demokracja” jest w debacie publicznej używane tak często, że z całą mocą możemy postawić tezę, iż doszło do „satiacji semantycznej”, czyli utraty znaczenia w związku ze zbyt częstym jego powtarzaniem. Jest ono jednak obarczone pewnymi dogmatami, które za nim stoją i mają z niego tworzyć argument i to zarówno w niewinnej internetowej dyskusji jak i w kolejnej napastniczej wojnie. W Polsce wiąże się to z przemianami roku 1989 i traktowane jest jako równoznaczne z hipotetycznym pluralizmem partyjnym, który miał tu zapanować przed ponad trzydziestoma laty. Tyle z formalnego punktu widzenia, bo przecież gdy popatrzymy na kadry rządzące Polską od wspomnianej wyżej daty, to gołym okiem widzimy tych samych ludzi i zmieniające się szyldy, ale te same oferty programowe, delikatnie tylko zaktualizowane do bieżących potrzeb.

To zabawne, ale okazuje się, że wymiany personalne w większym stopniu miały miejsce przy przetasowaniach na szczytach władzy PRL. Ekipa Gomułki wymiotła ludzi Bieruta, ekipa Gierka ludzi Gomułki itd. Funkcjonowało powiedzenie „tak czy owak – Zenon Nowak”, bo faktycznie ten działacz potrafił utrzymać się na wodzie w każdych warunkach. Ale dziś takich Zenonów Nowaków mamy przecież mnóstwo!

Donald Tusk obchodzi kolejne instytucje niczym atrakcje w wesołym miasteczku, Jarosław Kaczyński trzyma się pełni władzy w partii, a ostatnio i w państwie. Leszek Balcerowicz „pilnował” finansów publicznych  niezależnie od tego czy rządziła lewica czy prawica. Gdy spojrzymy na zachodnie demokracje, a zwłaszcza na Stany Zjednoczone Ameryki, to zastaniemy niemal w każdym przypadku zabetonowaną scenę polityczną, której aktorzy wymieniają się władzą bez większych efektów dla społeczeństw. USA w ogóle bywają nazywane „najbardziej demokratycznym państwem świata”, ale nie zdarzyło się jeszcze by prezydentem tego kraju został ktoś, kto nie wygrał wcześniej konkursu ofert w jednym z dwóch karteli gromadzących wiodące grupy interesu.

...a w innych aptekach dają to samo!

Wybory do PE
© AP Photo / Czarek Sokolowski
Z tym, że wyznawcy tak pojmowanej demokracji zawsze podpierają się argumentem w ich mniemaniu ostatecznym – tak wybrali ludzie! I formalnie się przecież wszystko zgadza. Nikt na zachodzie nie prowadzi ludzi pod rękę do urn, nikt nie znaczy kart wyborczych, nikt pistoletu do głowy wyborcom nie przystawia. Istotnie to może wyglądać jako akt dobrej woli ze strony głosujących. Ale przecież nikt poważny nie sądzi chyba, że obywatel kształtuje swój głos pod wpływem własnych przemyśleń, pełnej wiedzy czy nieskrępowanego dostępu do informacji. No właśnie – informacji.

W Polsce na ten przykład możemy obejrzeć TVP, TVN czy Polsat. Przeczytać każdego ranka Gazetę Polską Codziennie czy Gazetę Wyborczą. Posłuchać I Programu Polskiego Radia albo TOK FM. W internecie królują onet.pl czy wp.pl. Pełny wybór, nieprawdaż? Szkopuł w tym, że każda z tych redakcji prezentuje jednak określoną linię i oczywiście nic w tym złego, ale szydło wychodzi z worka, gdy ktoś chce z nimi o ten rynek powalczyć. Czytelnicy odwiedzili właśnie Sputnik, który w w/w środkach masowego przekazu jest przedstawiany jako „głos Kremla”, a w niedalekiej Estonii właśnie testuje się prześladowanie jego dziennikarzy. Stworzono nawet całe pojęcie „fake news” i przemysł jego zwalczania, który niejako z automatu przypisuje tym mediom skłonność do „fałszowania rzeczywistości”, a więc – w domyśle – media „niekremlowskie” mają mieć monopol na prawdę. Więc uważaj drogi obywatelu, byś słuchał i czytał tylko to co „wypada”.

Tak drogi Czytelniku – wchodząc tutaj wykazujesz się odwagą i niezależnością, która nie w smak jest wielkim demokratom. A skoro więc już ustaliliśmy, że w świecie zachodu występuje mniej lub bardziej oczywisty monopol medialny, to chyba nietrudno pokusić się o stwierdzenie, że obywatel tych państw ma ograniczoną zdolność poznawczą, a co za tym idzie – również wolę wyborczą?

Na co ja w ogóle jestem chory?

Ciekawe, że różnorodne rankingi nigdy nie biorą tego pod uwagę. Wątek jest zresztą warty rozwinięcia z jeszcze jednej przyczyny, czyli światowego systemu zależności. W Polsce straszy się rosyjskimi mediami, ale jakoś dziwnym trafem robią to głównie środki masowego przekazu z większością kapitału niemieckiego lub amerykańskiego. To zresztą bardzo dobrze oddaje poziom suwerenności współczesnej Rzeczypospolitej, którym tak – nie wiedzieć czemu – chełpi się Prezydent Andrzej Duda. Niech Szanowny Czytelnik zwróci zresztą uwagę na obowiązującą nomenklaturę. Nie ma rosyjskich „mediów” tylko „tuby propagandowe”, nie ma rosyjskich „dziennikarzy” tylko „funkcjonariusze medialni” i nie ma „alternatywnego źródła” wiadomości tylko „wojna” informacyjna.

Agresja jest jednostronna, to nie Rosja tropi zachodnie ośrodki wpływu, ale Zachód wyszukuje rosyjskich powiązań na główce od szpilki. A to przecież tylko mały wycinek całego zagadnienia. Z Rosją czy bez Rosji – polski system masowej informacji jest zupełnie zamknięty i zmonopolizowany przez siły reprezentujące określony kapitał i określone interesy.

Dlaczego nie jest to uwzględnione gdy tworzone są kolejne kolorowe mapki pokazujące Zachód jako ostoję demokracji, a wszystkie inne państwa, zwłaszcza te które coś znaczą, jako ponure dyktatury? Nie mówimy wszakże o konkursie typu Miss World, ale o kwestii, która realnie przekłada się na dzieje świata. Ile krajów zostało już zaatakowanych z powodu „niedostatku demokracji”? Ilu ludzi zostało z tej przyczyny zamordowanych? Ilu do dziś opłakuje swoje pomordowane rodziny? Warto sobie wyobrazić co musi oznaczać termin „demokracja” dla tych, którzy przed demokratycznymi bombami musieli chować się w piwnicach.

Czy jest dla mnie jakaś nadzieja Panie Doktorze?

Technologia ma jednak to do siebie, że trudno nad nią zapanować. Faktycznie internet jest jakąś nadzieją na zwiększenie dostępności obywateli do alternatywnych źródeł informacji. W idealnym świecie demokracji każdy człowiek mógłby przeczytać czy obejrzeć po kilka różnych zestawów i samemu dokonać selekcji. Ale nikt przecież nie ma na to czasu, to zrozumiałe. Niemniej, choć Zachód wściekle zwalcza „fake newsy”, do których zalicza wszystko to, co nie znajduje się pod jego kontrolą, to i tak coraz więcej osób poszukuje wyjścia z sytuacji. Nie zawsze zresztą przynosi to efekt pozytywny, czasem przecież internet również potrafi zaprowadzić nas na informacyjne manowce. Nie zmienia to faktu, że jeżeli gdzieś na świecie demokracja ma przestać być pustą formą, to musi się to zacząć od przełamania informacyjnego monopolu wielkiego kapitału.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Wałęsa opowie amerykańskim politykom o stanie demokracji w Polsce
Polski teatr chce bronić demokracji
Tokarczuk o swoim Noblu: Wzmocnił polską demokrację
Tagi:
media, demokracja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz