02:54 09 Sierpień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
Świat zmaga się z koronawirusem COVID-19 (106)
2210
Subskrybuj nas na

Wśród pasażerów zaokrętowanych na największy w swoim czasie statek pasażerski świata – znalazł się pewien (anonimowy zresztą) Szkot. Dość pechowo jednak transatlantyk ów zderzył się z górą lodową, w związku z czym skrupulatne szkockie media odnotowały „Aberdończyk utonął w morzu. Wraz z nim zatonął też Titanic…”.

Ta popularna medialna legenda (w istocie bowiem tytuł ów wyglądał nieco – ale tylko nieco! – inaczej) dobrze ilustruje stosunek Szkotów do wszystkich zdarzeń niechby i o światowym zasięgu, lecz dla nich istotnych przede wszystkim w kontekście: ale czy są dobre czy złe dla Szkocji? A zwłaszcza dla sprawy szkockiej niepodległości. Nie inaczej jest też z kwestią koronawirusa.

Angielska flegma i szkockie zawadiactwo

Najpierw jednak może kilka obserwacji ogólnych. Dzieląc swe życie zawodowe, polityczne i prywatne między Polskę a Szkocję – czas pandemii szczęśliwie spędzam w tej drugiej. Szczęśliwie, bo na dystans od frustracji nieuchronnie towarzyszących wprowadzonej przedwcześnie i utrzymywanej zbyt długo polskiej blokadzie, z dala od jałowych awantur pseudo-politycznych, no i w bliskości miejscowych, szkockich, naturalnych środków profilaktycznych i wirusobójczych. Nie będąc jednak przecież odciętym świata mogę już chyba śmiało uogólnić, że właściwie ogół reakcji na fakt przebywania akurat teraz na Wyspach Brytyjskich przez Polaka (choć jest nas tu wciąż grubo ponad milion) – sprowadza się właściwie do jednej z dwóch: 

  • „Ahaha, i co teraz, zachorował ten wasz Johnson/Karol [?!], trzeba było tak długo czekać – zobaczcie jak w Polsce jest to wspaniale zorganizowane!”
  • w ścisłej łączności z poprzednim oraz z mniej lub bardziej fałszywym współczuciem: „Ale co, umarliście już wszyscy? Ciężko te wszystkie trupy zbierać z ulic?”.

Niestety, jednych i drugich zmuszony jestem stale rozczarowywać. Anglików nie opuściła ich flegma, Szkotów nie przestał cechować ich podszyty zawadiactwem spokój. Wszystkie kraje koronne funkcjonują na tyle normalnie, na ile pozwala formalny lockdown, nie obejmujący jednak ogromnej większości przemysłu i oczywiście całości rolnictwa. W Szkocji na polach uprawnych uwijają się miejscowi farmerzy, a na golfowych – gracze, platformy wydobywcze pracują dzień i noc, podobnie jak i setki zakładów składających się na szkocki sektor wydobywczy.

Na ulicach pełna blokada widoczna była może przed dwa pierwsze dni, z czasem jednak ruch nieco się powiększył, do tego wręcz stopnia, że pewnego dnia zdarzyło mi się zaobserwować całkiem zgrabną trójautową stłuczkę na – przyznaję, poza tym pustym – wielopasmowym rondzie na obwodnicy Aberdeen (tak, tego od pechowego pasażera „Titanica”). Parki (choć nie place zabaw) są otwarte, nad rzeki powrócili spacerowicze. Maseczki ochronne są tu równie rzadkim widokiem, jak nikaby (muzułmańskie zasłony na twarz).

Gospodarka, głupcy!

Co zaś się tyczy zarażenia premiera Borisa Johnsona i Karola, noszącego w Szkocji tytuł księcia Rothesay – to ciekawostkowo można tylko wspomnieć, że tutejsza szuria (bo taka występuje przecież w dowolnej części internetu) z góry założyła, że „wcale nie mają żadnych koronawirusów, tylko a) chcą nam udowodnić, że cierpią wraz z nami / zagrożenie jest egalitarne, a nie, jak zwykle, elity są bezpieczne; b) chcą nam pokazać ich uzdrowienia, że koronawirus nie jest groźny nawet dla starszych i stukniętych, więc zaraz możemy wrócić do pracy”. Oba poglądy dość dobrze oddają podstawowe cechy wyspiarskiego nastawienia do pandemii, tzn. fakt, że nie zatarła ona poczucia dysproporcji klasowych i socjalnych, a społeczeństwo czuje, że klasy historyczne i posiadające są zawsze zabezpieczone przed wszelkimi zagrożeniami, nieważne realnymi czy nie. Po drugie zaś – że najważniejsza jest praca i powodzenie gospodarcze, bo nikt w realiach państwa liberalnego (nawet z rozbudowanym system opiekuńczym, jak w Szkocji) za ciebie ich nie osiągnie i nie wykona.

Jasne, coś się też jednak zmienia – np. część zakładów pracy musiała zawiesić działalność nie na polecenie władz, ale… z braku pracowników, którzy obdarzeni po raz pierwszy dobrodziejstwem 80-proc. (a w niektórych przypadkach nawet 100 proc.) płatnego zwolnienia – radośnie z niego skorzystali. Co ważne też, choć pierwszy i uruchomiony faktycznie natychmiast pakiet pomocowy oczywiście skierowany był do wielkiego kapitału, o tyle równie szybko, przed wszystkim pod naciskiem opozycyjnych Szkockiej Partii Narodowej i Labourzystów – program ten uzupełniono o rozwiązania dla samozatrudnionych i pracowników. Obok więc tych (skądinąd pożytecznych, wzmacniających bowiem element opiekuńczy państwa) zmian są jednak rzeczy stałe i niezmienne, jak szkocki okrzyk „Możecie nam zamknąć nasze puby, ale nikt nie odbierze nam prawa do ginu w naszych kuchniach!” Co, skądinąd, tłumaczyłoby skąd wziął się chwilowy niedobór toniku i cytryn w szkockich sklepach... 

Pewne rzeczy pozostają niezmienne…

Do kwestii takich należy oczywiście sprawa szkockiej niepodległości. W legendarnym brytyjskim serialu „Doctor Who” (którego streszczanie laikom nie miałoby sensu, dość więc wspomnieć, że opowieść o podróżującym w czasie i przestrzeni zwariowanym kosmicie emitowana jest z krótkimi przerwami przez BBC od 1963 r.!) bohaterowie – Doctor i jego pochodząca z XX wieku szkocka przyjaciółka - lądują w odległej przyszłości na pokładzie gigantycznego promu HMS „Britannia”, który zabrał ogół mieszkańców Zjednoczonego Królestwa ku gwiazdom, gdy Ziemia uległa tajemniczej katastrofie. W toku badania sprawy napotkana na pokładzie mała dziewczynka marszczy brewkę słuchając charakterystycznego akcentu bohaterki: – Dziwnie mówisz… – zwraca uwagę. – Bo jestem Szkotką – tłumaczy nasza podróżniczka. – No wiesz, pewnie Szkoci też są gdzieś na tym statku… – A, Szkoci, nie… Kiedy już mieliśmy odlatywać powiedzieli, że oni muszą mieć własny statek i polecieli sami… – wyjaśniła dziewczynka. – Yhm. Czyli nic się nie zmieniło… – konkluduje rodaków bohaterka.

I tak by właśnie było. Ba, tak jest: skoro, a nawet tym bardziej, jeśli świat się kończy – to Szkocja chce w finale wystąpić jako niepodległe państwo, koniec kropka! 

I choć w postawie wobec początków kryzysu, zwłaszcza dużo wolniejszego niż w reszcie Europy wprowadzaniu restrykcji – Edynburg i Londyn zachowywały nieogłoszoną, ale oczywistą zgodność, o tyle pewne uspokojenie sytuacji po lockdownie (w Anglii wymuszonym, w Szkocji jedynie uprzejmie poproszonym przez miejscową premier, Nicolę Sturgeon z SNP) od razu otworzyło drzwi do wznowienia pryncypialnej rozgrywki angielsko-szkockiej, w której stawką bieżącą pozostają kompetencje krajowe i centralne w odniesieniu do poszczególnych odcinków walki z kryzysem pandemicznym – ale którego nagrodą główną, nigdy nie traconą z oczu jest rzecz jasna ponowne referendum niepodległościowe.

Respiratory zaduszą Zjednoczone Królestwo?

Punktem zapalnym dosłownie ostatnich dni – okazała się być kwestia respiratorów, dostępności do nich i zarządzania zasobem, a także problem ilość testów i zakresu populacji objętego diagnostyką. Zasadą dewolucji bowiem, czyli przekazania części kompetencji władz brytyjskich rządom szkockiemu i północno-irlandzkiemu – był ich nadzór nad realizacją m.in. polityki zdrowotnej. Oczywiście, w ograniczonym zakresie, wobec w istocie dość jednolitego systemu National Health Service (czyli, uogólniając, ichniego NFZ). Gdy więc gruchnęła wieść, że Londyn chce przejąć samodzielną kontrolę nad dopuszczaniem do świadczenia respiratorowego oraz zająć wszystkie zapasy testów, wskazując jako jedyny podmiot do kupowania nowych NHS England – w Szkocji (a także w Walii) zawrzało. Rząd w edynburskim Holyrood twardo oświadczył, że sam w poprzednich latach zabezpieczał odpowiednie środki i ilości sprzętu na potrzeby mieszkańców kraju i może się nimi dzielić dobrowolnie i na prośbę potrzebujących, ale nie pozwoli na zagrożenie bezpieczeństwa zdrowotnego Szkotów (zwłaszcza, że NHS England cieszy się zasłużenie gorszą opinią od szkockiego).

Sprawa jest tym delikatniejsza, że jak przyznał rząd Johnsona – UK nie jest w stanie obecnie przeprowadzać więcej niż 10.000 testów dziennie

Mamy najwspanialsze w Europie laboratoria, ale nasza diagnostyka trochę ustępuje niemieckiej, no i nie mieliśmy takich zapasów jak nasi koledzy w Berlinie… – zwijał się sekretarz ds. zdrowia, Matt Hancock.

Do zapowiedzianych przez premiera B. Johnsona 100.000 dziennie – jest więc wciąż daleko. Oczywiście, testy wciąż można robić prywatnie – jednak ich cena waha się w zależności od firmy od £125 do £375.

Wszystko to zaś przypomina, że jeszcze miesiąc temu aktualnym tematem dyskusji w UK była pełna prywatyzacja NHS – publicznej służby zdrowia – której przejęciem miałby być zainteresowany kapitał amerykański, reprezentowany przez samego Donalda Trumpa. Dla rządzących Szkocją narodowych socjaldemokratów, zdecydowanie przeciwnych prywatyzacji i nie znoszących Trumpa, Johnsona i całej ich filozofii (?) rządzenia – pojawił się więc dodatkowy argument za oddzieleniem się od Anglii i budową własnego, znacznie bardziej wydolnego systemu opieki zdrowotnej (i społecznej).

Radykalni niepodległościowcy stawiają zresztą sprawę jeszcze ostrzej – i tylko półżartobliwie, zestawiając blisko 29.000 przypadków w Anglii z 2.600 w Szkocji powtarzają: skoro na razie nie mamy granicy – to może zbudujmy przynajmniej kordon sanitarny?

Aberdeen, Szkocja

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Tematy:
Świat zmaga się z koronawirusem COVID-19 (106)

Zobacz również:

„Z szablami na czołgi!”: Setka lekarzy z koronawirusem. Polsko, przestań udawać
Wielka Brytania: potwierdzono dwa przypadki koronawirusa
Wiceminister zdrowia Wielkiej Brytanii zaraziła się koronawirusem
Tagi:
epidemia, koronawirus, Szkocja, Wielka Brytania
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz