09:38 08 Sierpień 2020
Piszą dla nas
Krótki link
Autor
3170
Subskrybuj nas na

Epidemia nie hamuje. Wręcz przeciwnie. Ogłoszony w Polsce 20 marca stan epidemii ma obowiązywać do Świąt Wielkanocnych, ale jest to coraz mniej prawdopodobne. Liczba zarażonych i liczba tych, którzy zmarli z powodu koronawirusa, nadal dynamicznie rośnie.

Przez kilka dni utrzymywał się przyrost ilości zakażonych w granicach 250 osób na dobę. 2 kwietnia, już po wprowadzeniu nowych ograniczeń, nastąpił wyraźny wzrost. Tego dnia przybyło 392 nowe zakażenia. To był póki co najgorszy dzień od początku epidemii w Polsce.

Minister Michał Dworczyk, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, jeszcze 1 kwietnia mówił: „na dzień dzisiejszy nie mamy w planie wprowadzania kolejnych ograniczeń”. Ale już te które są, są uciążliwe i nie wiadomo czy skuteczne.

Sytuacja w Warszawie w związku z koronawirusem
© Sputnik . Aleksiej Witwickij
Z uwagi na ograniczenia ilości kupujących (jednorazowo w sklepie mogą przebywać po 3 osoby do jednej kasy), przed Biedronką spotykam długą kolejkę. Tym bardziej długą, że obowiązuje ograniczenie 2 metrów odległości miedzy ludźmi. Jest zimno, ludzie z malującym się na ich twarzach zdenerwowaniem, przestępują z nogi na nogę.

Wcześniej, a były to godziny miedzy 10 a 12, czyli te, w których wg nowych ograniczeń zakupy mogą robić tylko osoby powyżej 65 roku życia, jestem świadkiem sceny, gdy do pustego sklepu chce wejść młoda kobieta. W sklepie prawie nikogo nie ma, ale ochrona jej nie wpuszcza. Tłumaczą, że straż miejska ich sprawdza i za nieprzestrzeganie nowych zasad karze mandatami. Zdenerwowana kobieta tłumaczy, że ma w domu dwoje niepełnosprawnych dzieci. Wkurzona odchodzi z kwitkiem.

W sieciach społecznościowych pojawiła się informacja, że jakiś biegający młody człowiek został ukarany mandatem 5000 zł za to, że …. biegał. Wg nowych zasad nie można uprawiać sportu, biegać czy jeździć na rowerze. Za łamanie tych zasad grozi kara od 5000 zł do 30 000 zł. Informacja szybko rozchodzi się po sieci, ale zaraz okazuje się fejkiem. Ktoś spreparował mandat i jego zdjęcie wrzucił na Facebooka, a tam rozszedł się on już lotem błyskawicy. Policja fakt ten zdementowała. Ale to nie znaczy, że takiego mandatu nie można otrzymać. Po prostu jeszcze nikt nie otrzymał.

Wg nowych zasad dom możemy opuścić tylko w trzech wypadkach. Dojazd do pracy, wolontariat na rzecz walki z koronawirusem oraz załatwiania spraw niezbędnych do życia codziennego.

Czy wyjście po papierosy czy alkohol będzie uznane za „załatwianie spraw niezbędnych do życia”? Raczej nie. Czy policjanci będą mogli zajrzeć do naszej torby z zakupami, sprawdzić, co kupiliśmy i jeśli znajdą tam butelkę żytniej wlepić nam mandat? Raczej tak, bo jak inaczej zrobić komuś zarzut, że opuścił dom bez obiektywnie uznawanej potrzeby?

Kolejne dni epidemii przynoszą kolejne ofiary. Rekordowy dzień ilości nowych zakażeń stał się też rekordowy w ilości zmarłych. Tym razem było to 14 chorych.

Społeczeństwo na razie się jeszcze nie buntuje. Albo jeszcze nie jest tak sfrustrowane, albo skutecznie powstrzymują ich od protestów obowiązujące zakazy zgromadzeń i wysokie kary za ich naruszenie. Wyłamali się z tego przedsiębiorcy, którzy we wtorek zorganizowali w Warszawie „strajk przedsiębiorców”. Kilkadziesiąt samochodów jeździło z prędkością kilku kilometrów na godzinę, blokując kilka ulic. Protestujący przedsiębiorcy chcieli zwrócić uwagę premiera, że nowo wprowadzone przepisy, ich zdaniem „za mało chronią przedsiębiorców w czasie epidemii”. W korku utknęły także autobusy. Na dziewięć osób nałożono mandaty karne, a skierowanych zostanie łącznie 60 wniosków o ukaranie do sądu.

Osobom, wobec których zostaną skierowane wnioski do sądów, może grozić grzywna nawet do 5 000 złotych.

Mało zauważany problem, bo rząd go nie dostrzega, a jego wspomagająca biznes „tarcza antykryzysowa” nie obejmuje, to sytuacja bezdomnych czy osadzonych w aresztach i zakładach karnych.

Bezdomnych jest w Warszawie kilkanaście tysięcy. Noclegownie dla bezdomnych są 4. Żadnej z nich nie prowadzi miasto. To placówki społeczne. Społecznie zakładane i społecznie utrzymywane. Schronisk jest trochę więcej. W jednych i drugich warunki nie są najlepsze także w normalnych czasach. Teraz jest i trudniej i niebezpieczniej. Ludzie w takich domach mają wspólne toalety, wspólna kuchnię w której przygotowują posiłki i wiele innych okazji do zakażeń.

Inspektorzy sanitarni omijają szerokim łukiem takie miejsca, bo zapewne, robiąc kontrolę musieliby je zamknąć lub przeznaczyć jakieś środki na przystosowanie tych domów do warunków izolacji. Kar też nie ma co nakładać, bo nie zapłacą. Z czego? W takich miejscach koronawirus ma idealne warunki do ekspansji. A stamtąd na resztę ludności. Państwo nie widzi problemu, bo zawsze tych ludzi traktowało jak niewidzialnych.

Przed noclegownią Monaru na ulicy Marywilskiej 44a w Warszawie spotykam mężczyznę po 60-tce. Chce wejść. Nie ma gdzie spać. Mieszkał z 90-letnią matką. Ta, ulegając panice i wywołanemu nią strachowi wezwała policję, bojąc się zarażenia. Policja kazała mu opuścić dom. Wyszedł na ulicę i trafił w to miejsce. Dzwonimy. Do bramy podchodzi jakiś mężczyzna w masce i goglach na oczach.

– Chce pan wejść?

– Tak odpowiada mężczyzna.

– Czekać, zaraz ktoś przyjdzie.

Stoimy i rozmawiamy przed bramą wejściową dobre pół godziny. Poznaję jego historię życia. Z rozmowy dowiaduję się, że sam całe życie zajmował się bezdomnymi. Był kiedyś nawet kierownikiem jednego z takich ośrodków. Teraz sam potrzebuje noclegu. W dwóch miejscach już mu odmówiono. Na dworcu w nocy pobito. Inteligentny, oczytany, mówi nienaganną wręcz literacką polszczyzną. Zupełnie tu nie pasuje.

Sytuacja w Warszawie w związku z koronawirusem
© Sputnik . Aleksiej Witwickij
Po pół godzinie w końcu do bramy wraca zamaskowany mężczyzna ze spryskiwaczem w dłoni. Pytam go jak sprawdzają, czy ktoś nie stanowi zagrożenia dla innych przebywających w noclegowni. Nie odpowiada. Mówi, że z mediami nie będzie rozmawiał.

Przeprowadza krótki test na koronawirusa, pytając czy mój rozmówca… ma tego wirusa. Możliwe są 3 odpowiedzi. Tak, nie, nie wiem. Pada odpowiedź nie mam. Wynik testu więc negatywny. Przez kratę bramy bezdomny wkłada ręce, a te zostają mu spryskane wspomnianym spryskiwaczem. Może wejść. Czy przyniósł tam koronawirusa czy z nim wyjdzie, dowiemy się w statystykach z następnych dni.

Nie lepiej jest w więzieniach. Kontaktuje się ze mną matka jednego z osadzonych na Białołęce. Sytuacja więźniów znacznie się pogorszyła. W więzieniu zapanował lekki terror. Z tego co słyszę, strażnicy pastwią się nad więźniami. Zakręcili im wodę w celach. Muszą o nią prosić oddziałowych, a na kubek czekają po kilka godzin. Oddziałowi przechodząc koło więźniów ostentacyjnie kaszlą. Taka zabawa. Widzenia wstrzymane to komu powiedzą? Gdy robią kontrolę osobistą, to nie zmieniają rękawiczek. Czyli cały pawilon obmacany tymi samymi rękawicami, z zaglądaniem i wkładaniem rąk w miejsca intymne.

Wczoraj prosto spod pryszniców, kazali iść więźniom ma spacerniak. Ci się postawili, więc oddziałowy zapowiedział, że mają szlaban na prysznic. Kiedyś był raz w tygodniu, teraz mieli mieć dodatkowy w związku z pandemią. Nie będą. Nie mają środków do dezynfekcji, te mogą sobie ewentualnie kupić w kantynie podczas wypiski. Nie każdy ma pieniądze, bo te kantyny są drogie, a teraz jeszcze droższe, bo wszędzie spekulacyjnie podnosi się ceny. Właścicielami takich kantyn zwykle są członkowie rodziny lub znajomi dyrekcji zakładu karnego.

Wypróbowałem dziś aplikację „kwarantanna” dostępną w internecie. Osoby na przymusowej kwarantannie musza ją teraz obligatoryjnie stosować i w ten sposób odbywa się ich inwigilacja. Chciałem się tej inwigilacji poddać dobrowolnie, by sprawdzić jak działa, ale nie się nie udało. U mnie aplikacja nie zadziałała, ponieważ mój numer telefonu nie jest w bazie osób zobowiązanych do przestrzegania kwarantanny. Widocznie mają już tak dużo ludzi w kwarantannie, że ja im nie jestem potrzebny, by testować nowe technologie do inwigilacji społeczeństwa.

Jak działa ta aplikacja? Zaraz po jej aktywacji otrzymujemy pierwsze zadanie. Musimy sobie zrobić selfie. Przez kolejne dni, o różnych porach dnia i nocy system będzie prosił nas o kolejne zdjęcia. Makijażu lepiej więc nie zmywać. Od żądania zrobienia kolejnego selfie mamy tylko 20 minut na jego przesłanie. Lepiej być na to gotowym. 20 minut oznacza, że mamy tylko tyle czasu, by wpaść do sąsiada na kielicha, czy wyjść do kiosku po papierosy, telefon zostawiając oczywiście w domu. Niewykonanie zadania w tym czasie to znak dla służb, by sprawdziły, czy nie łamiecie zasad odbywania kwarantanny. Nie jest łatwo, bo niezależnie od tej genialnej aplikacji, wykorzystującej geolokalizator naszego telefonu, niezapowiedzianej wizyty policji możemy się nadal spodziewać o każdej porze.

Obowiązku posiadania telefonu komórkowego nie mamy. Ale fakt jego nieposiadania musimy zgłosić pod rygorem odpowiedzialności karnej. Nie liczmy na to, że dadzą nam telefon zastępczy. Co najwyżej, jeśli telefonu nie posiadamy, dzielnicowy częściej wpadnie sprawdzić, czy myjemy ręce i nogi.

W tych ciężkich czasach cieszyć może fakt, że władza robi wszystko, by żyło nam się lepiej. Właśnie od wielu dni ciężko pracują nad tym, by wybory mogły się odbyć, a oni mogli je wygrać. Prawdziwą karierę robi idea głosowania elektronicznego. W pewnej podlaskiej wsi wnuczek Maciek, już zaczął przygotowywać swoją prababcię Genowefę do szoku jakim będzie jej pierwszy w życiu kontakt z komputerem. Złośliwi mówią, że nie warto, bo władza już wie jak babcia Genowefa zagłosowała 10 maja.

Pracownica służby zdrowia, USA
© REUTERS / Jeenah Moon
Tu akurat widzę pewien pozytyw. My, suweren, mamy jakiś iluzoryczny wpływ na władzę tylko raz na 4 czy 5 lat podczas głosowania. Wtedy nam coś obiecują, a w wyjątkowych wypadkach nawet coś dają. Często tłumaczą to tym, że nie można częściej, bo organizacja wyborów to przecież ogromne koszty. A jeśli ten system głosowania elektronicznego się sprawdzi? Dlaczego nie mielibyśmy żądać większego wpływu na władzę? Czemu siedząc w domu przed telewizorem, jedząc orzeszki, przynajmniej raz w miesiącu nie mielibyśmy weryfikować naszych wyborów, które często już dzień po nich okazują się kolejną pomyłką.

Z pomocą takiego elektronicznego systemu, zamiast tych na Wiejskiej, to my decydowalibyśmy o tym kogo powołać chcemy, by nam dobrze służył, a kogo się pozbyć, bo nam szkodzi? A może kogo, za to co nam i naszemu krajowi robi, wsadzić do pudła? Gdyby taki system istniał jak długo taki Macierewicz mógłby się ostać w Ministerstwie Obrony Narodowej? Oczywiście nie liczmy na to, że byliby tym zainteresowani politycy, których wszystkich zgodnie łączy nienawiść do demokracji. Ale raz sprawdzone narzędzie czemu nie wykorzystać w referendach, w których to my, suweren, sami będziemy decydowali jak chcemy żyć?

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Polscy lekarze ruszą na pomoc Włochom w walce z koronawirusem
Koronawirus: życie w Paryżu oczami Polaka
Polska wprowadza nowe obostrzenia w związku z koronawirusem
Tagi:
koronawirus, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz